W stosunkach ze wschodnimi sąsiadami dzieje się ostatnio źle. Ale czy wcześniej było rzeczywiście dobrze? Bynajmniej. Tylko inaczej zaczynamy na te kontakty patrzeć.

Polityka wschodnia jako próba lewitacji

Czyli unoszenie się w powietrzu bez podparcia
Od lat nie było tak źle w stosunkach Polski ze wszystkimi naszymi sąsiadami za wschodnią granicą - pisał niedawno publicysta "Rzeczpospolitej" Piotr Kościński. Białoruś - dramat! Nie ma żadnych szans na demokratyzację. Litwa - stosunki najgorsze od wielu lat. Ukraina? Do niedawna „dawała wielką nadzieję“, ale proces zbliżenia do Unii Europejskiej zepsuło uwięzienie Julii Tymoszenko. Na szczęście żadne dramatyczne problemy nie wystąpiły ostatnio w stosunkach z Rosją, ale „nasze i rosyjskie działania wobec zarówno Ukrainy, jak i Białorusi pozostają w całkowitej sprzeczności“ - pisze Kościński.

Tę smętną diagnozę stosunków ze wschodnimi sąsiadami potwierdziła niedawna wizyta ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w Kijowie i okolicznościowa, ale symboliczna wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego na Litwie.

Co to wszystko oznacza? „Polską dyplomację czeka na Wschodzie dużo więcej pracy niż dotąd. I nie tylko dyplomację. Prezydenta, premiera, innych ministrów; także senatorów i posłów oraz organizacje pozarządowe“ – napomina Piotr Kościński. Tylko w co mają wszyscy ci, wymienieni przez autora „Rzeczpospolitej“, ludzie i instancje, wkładać dużo więcej pracy, skoro – jak sam stwierdza – „winą za zły stan stosunków Polski z jej wschodnimi sąsiadami nie można obciążać naszych dyplomatów“. Może wobec tego - ich dyplomatów i nie tylko dyplomatów? I czy w ogóle są tu jacyś „winni“? Czy stosunki Polski ze wschodnimi sąsiadami uległy pogorszeniu ostatnio, czy wcześniej były one rzeczywiście dobre?

Nic nowego


W polityce wschodnich sąsiadów wobec Polski trudno dopatrzeć się jakichś zasadniczych zmian. Ich stosunek do naszego kraju w całym okresie niepodległości streszcza się w haśle: Żądamy wszystkiego najlepszego! Stosunki postrzegane jeszcze niedawno jako dobre opierały się na tym, że Polska starała się dać im (a w każdym razie obiecać) wszystko co najlepsze, równocześnie usilnie dążąc do zredukowania własnych adresowanych do nich oczekiwań do nieprzekraczalnego minimum. Takim minimum było nieśmiałe upominanie się o poszanowanie praw polskiej mniejszości na Litwie czy zabiegi o zezwolenie na restaurację Cmentarza Orląt Lwowskich. Problem ochrony praw polskiej mniejszości na Ukrainie w ogóle się nie pojawiał, jeśli nie liczyć zapisu w traktacie o wzajemnych stosunkach. Epizodycznie był podnoszony w stosunkach z Białorusią, głównie w związku z rozłamem w tamtejszym związku Polaków.

Ale i te minimalistyczne oczekiwania nigdy nie spotykały się z przychylnym odzewem: Litwa nie cofnęła się ani o krok w swojej polityce depolonizacji części Wileńszczyzny, przydzielonej jej po wybuchu II wojny światowej; równocześnie oczekując polskiego wkładu w rozbudowę infrastruktury komunikacyjnej i energetycznej, zapewniającej jej łączność z zachodem Europy. Podobnie Ukraina: chętnie korzystałaby z ułatwień w ruchu granicznym i kontaktach z Europą Zachodnią, nie czyniąc ze swej strony nic dla przystosowania własnego systemu politycznego i gospodarczego do udziału we współpracy ogólnoeuropejskiej i ewentualnego członkostwa w Unii Europejskiej.

Przyciągnięcie do UE Ukrainy było jednak i jest naczelnym celem polityki Polski. Całkowitą katastrofą kończy się polityka pojednania ze wschodnimi sąsiadami, która miałaby przecież się stać fundamentem nowej ery przyjaznych stosunków wzajemnych. Na Litwie trwa w najlepsze przezwyciężanie skutków „polskiej okupacji“ Wilna i Wileńszczyzny (w czym coraz żywszy udział biorą także polscy uczniowie litewskiej szkoły tysiąclecia Litwy w Solecznikach). Na Ukrainie krzewi się kult i wyrastają pomniki bohaterów narodowych walczących o "samostijną Ukrainę" - w tychże bohaterach my widzimy przestępców winnych ludobójstwa na polskiej ludności zamieszkującej tam od wieków. W opinii Ukraińców na Wołyniu doszło do zaostrzenia narodowościowych antagonizmów i starć zbrojnych, w których - jak to na wojnie - obie strony dopuszczały się okrucieństw czy wręcz zbrodni. Nie było wezwań do przeprowadzenia „wielkiej akcji likwidacji polskiego elementu“, w ramach której należało wykorzystać dogodny moment wycofywania się wojsk niemieckich „dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat (z rozkazu terytorialnego dowództwa UPA „Piwnicz“). Była natomiast zbrodnia Akcji „Wisła“, za którą nigdy nie dość przeprosin.

Polityka pojednania z Ukrainą załamała się 8 wrześniu 2009 roku podczas oficjalnej wizyty prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki w Polsce, w czasie której zaproponował w wywiadach dla czołowych polskich gazet właśnie taką płaszczyznę porozumienia: była wojna i chłopaki się postrzelali. Miały to przypieczętować uroczystości w Sahryniu pod Hrubieszowem, gdzie 10 marca 1944 r. oddział AK wystrzelał kilkuset ukraińskich mieszkańców tej wsi. Na udział w tych uroczystościach nie zdecydował się (ku szczeremu rozczarowaniu niektórych stołecznych publicystów) nawet wielki promotor polsko-ukraińskiego pojednania prezydent Lech Kaczyński. Uroczystości odwołano.

Przecieranie oczu


Jeżeli więc w ostatnich latach i miesiącach zmieniło się coś we wzajemnych stosunkach, to nie jest to polityka naszych wschodnich sąsiadów. Ale nie jest to też jakaś istotna zmiana naszej polityki, szumnie nazywanej polityką wschodnią; obserwujemy jedynie stopniowe zrywanie z praktyką przymykania oczu na rzeczywistość tych stosunków w imię kultywowania fikcji „strategicznego partnerstwa“. Tyle, że na wszelkie krytyczne uwagi
kierowane pod adresem Wilna - dotyczące przeważnie sytuacji polskiej mniejszości - Litwini reagują z rosnącym rozdrażnieniem i irytacją.

W odpowiedzi na interwencje w sprawie dyskryminującej polskie szkolnictwo ustawy oświatowej uchwalonej 17 marca ub. roku, litewskie MSZ oświadczyło: „Litwa (…) nie dopuści do tego, by się [Polska] wtrącała do relacji suwerennego państwa z jej obywatelami oraz w wydawania ustaw”. Jest to znamienna zmiana tonu wypowiedzi w toczonym od dwudziestu lat dialogu polsko-litewskim. O ile wcześniej Litwa reagowała na postulaty strony polskiej wykrętami albo obietnicami bez pokrycia, to teraz mówi nam bez ogródek: Jesteśmy suwerennym krajem, nie spełnialiśmy i nie będziemy spełniać waszych chimerycznych żądań podnoszonych w imieniu polskiej mniejszości, która nie wiadomo czy tak naprawdę istnieje (wszak litewscy uczeni dowiedli, że chodzi o spolonizowanych Litwinów), w dodatku opartych na tak mało ważnych podstawach, jak międzynarodowe konwencje czy polsko-litewski traktat z 26 kwietnia 1994 roku. Traktat ten nas nie zadowalał i nigdy nie zamierzaliśmy go realizować, przynajmniej w części dotyczącej praw mniejszości narodowych (o ich prawach i o nich samych zresztą mamy swoje oryginalne poglądy).

Tego przesłania nie zrozumiał premier Tusk, udając się do Połągi na spotkanie z premierem Kubiliusem, aby – jak się okazało - powołać nowy polsko-litewski zespół, którego zadaniem było uzgodnienie poglądów na temat już uchwalonej i wprowadzanej w życie ustawy oświatowej. Poglądów, rzecz jasna, nie uzgodniono, a jedynym rezultatem wypadu polskiego premiera do Połągi było zawieszenie strajku polskich szkół, dzięki czemu litewskie władze mogły spokojnie wprowadzać do nich postanowienia nowej ustawy.

Polityka polska w europejskich szatach


Nie widać pozytywnych rezultatów „zeuropeizowanej“ polityki wobec Ukrainy (po zejściu ze sceny wielkiego przyjaciela Polski Wiktora Juszczenki i wkroczeniu na nią Wiktora Janukowycza, którego Polska nie lubiła) i Białorusi, której promotorem stara się być minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Nie jest zresztą do końca jasne, czy jest to ta sama polska polityka, którą uprawia polska dyplomacja od 1989 roku - tyle że ubrana w europejskie szaty - czy jest to rzeczywiście polityka europejska, w której realizacji Polska ma ambicje przewodzić całej Unii.

Wbrew pozorom rozróżnienie to nie jest dzieleniem włosa na czworo, tylko próbą uświadomienia, że mowa tu o dwóch zasadniczo różnych podejściach do całokształtu stosunków ze Wschodem. Pod szyldem polityki wschodniej wszystkie polskie rządy rozumiały budowanie przyjaznych stosunków ze wschodnimi sąsiadami z wyłączeniem Rosji. Rosja w tej koncepcji była i w dużej mierze pozostaje wielkim nieobecnym, występuje co najwyżej jako źródło zagrożenia, przybierającego raz postać oręża energetycznego, raz odradzającego się wielkomocarstwowego imperializmu albo choćby tylko niesympatycznego azjatyckiego despotyzmu zagrażającego wolności narodów sąsiedzkich, których Polska chce przed nim uchronić. W tym zestawieniu wszelkie, nawet te iluzoryczne, osiągnięcia „strategicznego partnerstwa“ Polski z mniejszymi sąsiadami ze wschodu mają z założenia antyrosyjskie ostrze. I nic tu nie pomogą zapewnienia, że Polska chce - równocześnie! - utrzymywać z Rosją stosunki jak najbardziej przyjazne.

Natomiast w polityce państw zachodnioeuropejskich (jak i bodaj wszystkich państw po obu brzegach Atlantyku) Rosja zajmuje, rzecz jasna, ważną jeśli nie pierwszoplanową pozycję - jako jeden z ważniejszych graczy na międzynarodowej arenie, ale także jako niezwykle ważny partner gospodarczy, zaspokajający dużą część ich potrzeb surowcowych.

To zasadniczo odmienne podejście w jaskrawy sposób ujawniło się w okresie poprzedzającym budowę tzw. rury na dnie Bałtyku. Podczas gdy rząd polski ogłaszał coraz to nowe plany uniezależnienia się od dostaw rosyjskiego gazu (w których rola gazu norweskiego urosła do rangi symbolu niezależności energetycznej) i bronił interesów Ukrainy jako kraju tranzytowego, odmawiając zgody na budowę nitki gazociągu omijającej ten kraj, zachodnioeuropejskie kompanie gazowe widziały w gazie rosyjskim właśnie możliwość zmniejszenia zależności od - ciągle niepewnych - bliskowschodnich źródeł zaopatrzenia. Tak pojawiła się konieczność budowy podmorskiej rury, której projekt polscy politycy i eksperci uważali w swoim czasie za „strachy na lachy“.

Ukraina może w niedługim czasie jeszcze jaśniej uświadomić sobie iluzoryczność polskiej ochronny przed wielkorosyjskim imperializmem i żałosną nieskutecznością obrony jej gazowych interesów, jako że ostatnio w Moskwie przebąkuje się o możliwości całkowitej rezygnacji z usług ukraińskiej sieci przesyłowej.

Innym przykładem chybionych poczynań obliczonych na pohamowanie wielkorosyjskiego imperializmu jest wykupienie rafinerii ropy naftowej w Możejkach na Litwie, zaaranżowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Valdasa Adamkusa. Pomyślane jako sposób na wyrwanie nadbałtyckiego rynku paliwowego spod dominacji rosyjskich koncernów przedsięwzięcie to okazało gospodarczą klęską. Ale czy mogło być inaczej? Zamknięcie rosyjskiego rurociągu dostarczającego rosyjską ropę do Możejek zaraz po sprzątnięciu ich sprzed nosa Rosjanom trudno uznać za całkowitą niespodziankę. Natomiast z pewnością było nią - przynajmniej dla polskiego inwestora - potraktowanie go ze strony „strategicznego partnera“ Polski, jako instrumentu polskiej dominacji, któremu należało kategorycznie się przeciwstawić. Najpierw była to odmowa sprzedaży, a później choćby tylko dostępu do terminalu paliwowego w Kłajpedzie, w końcu rozebranie 19-kilometrowego odcinka torów kolejowych wykorzystywanego do eksportu paliw z Możejek przez Łotwę. To ostatnie posunięcie trudno określić inaczej jak zwykły akt sabotażu. Dla postawy bezinteresownej wrogości wobec przedsięwzięcia, któremu przyświecały rzekomo wspólne założenia strategiczne, trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie. To odruch skorpiona przeprawiającego się na drugi brzeg rzeki na grzbiecie żaby.

Sprzedawanie Niderlandów


Tymczasem prócz pomruków niezadowolenia czy łagodnych napomnień kierowanych z Warszawy pod adresem naszych „strategicznych partnerów“ na wschodzie nie widać tu żadnej skłonności do wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków z rzeczywistego stanu wzajemnych stosunków. Nadal zdają się obowiązywać księżycowe założenia doktryny Giedroycia, w myśl których rezygnacja z Wilna i Lwowa miała nam zaskarbić dozgonną miłość Litwinów i Ukraińców (na dokładkę też Białorusinów), a umocnienie suwerenności tych państw (najlepiej z dodatkiem Gruzji) osłonić przed ekspansją wielkoruskiego imperializmu. W tych założeniach nic się nie zgadzało od samego początku – od pomysłu obdarowania sąsiadów Wilnem i Lwowem, autorstwa pewnego młodego księdza. Na ten pomysł wpadł bowiem, a co gorsza zrealizował dobre parę lat wcześniej, niejaki Józef Stalin. Skutkiem tego to, co miało uchodzić za wspaniałomyślny dar, wyglądało na próbę sprzedaży Niderlandów.

A jednak doktryna Giedroycia przez z górą dwadzieścia lat była niewzruszonym aksjomatem polskiej polityki wschodniej. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że jest o w ogóle jedynym dorobkiem powojennej polskiej myśli politycznej.
Niewątpliwą zasługą Piotra Kościńskiego jest postawienie rzetelnej diagnozy stanu stosunków z naszymi wschodnimi sąsiadami (może trafniej byłoby powiedzieć – stosunków sąsiadów z Polską). Cóż, kiedy w konkluzji publicysta „Rzeczpospolitej“ stwierdza z rezygnacją: „Niestety, nie ma prostych recept, jak zmienić tę sytuację“ i radzi: "Trzeba (...) przede wszystkim z uporem kontynuować wszystkie działania, które już jakiś pozytywny skutek przyniosły. Niezmiennie przekonywać Ukraińców, że integracja z Unią ma sens. (...) Niezmiennie przekonywać Litwinów, że ani Polska, ani litewscy Polacy w niczym im nie zagrażają“. Jak długo? Przez następne dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto lat?

Jest recepta


Recepta jest całkiem prosta. Trzeba przede wszystkim zejść na Ziemię i zacząć nazywać rzeczy po imieniu. Powiedzieć Litwinom, że nie godzimy się na lituanizację i wyzuwanie z resztek mienia sporej garści Polaków, która pozostała na Wileńszczyźnie po wielkich jałtańskich porządkach. Ukraińcom trzeba uświadomić, że wolna i niepodległa Ukraina nie będzie budzić naszego zaufania, jeżeli za kamień węgielny jej państwowości ma być uznana konieczność eksterminacji "lachiw". Ale też trzeba zaprzestać protekcjonalnego poklepywania ich po ramieniu, zanudzania ofertami poparcia w sprawach, z którymi sami całkiem dobrze radzą. Litwa, która miała trafić do Unii Europejskiej po naszych śladach, znalazła się w niej razem z nami, a przez moment istniała groźba, że trafi tam przed nami. Zasługa Polski polega w tym przypadku jedynie na tym, że w trakcie rokowań akcesyjnych wystawiała Litwie in blanco świadectwo demokratycznej moralności, tracąc w ten sposób bezpowrotnie jedyną okazję wymuszenia na niej regulacji możliwych do zaakceptowania dla naszym rodaków na Wileńszczyźnie. Dzięki temu kraj ten może prowadzić wobec nich politykę jaskrawo sprzeczną ze standardami, jakie rzekomo obowiązują w Unii.

Z drugiej strony byłoby rozumne zrezygnowanie z beznadziejnych prób zamykania Rosji kordonem sanitarnym i swoistej dyskryminacji tego wielkiego kraju w stosunku do innych wschodnich sąsiadów, korzystających z politycznej i moralnej taryfy ulgowej. Tak więc Rosjanie powinni uznać, że zbrodnia katyńska była ludobójstwem, chociaż według przyjętej w prawie międzynarodowym definicji jest „tylko“ zbrodnią wojenną, a mówić o rzezi wołyńskiej, spełniającej wszystkie kryteria tej definicji, jako o ludobójstwie - jakoś nie wypada. Nie wypada też za często wspominać o masowych mordach w Ponarach, zwłaszcza zaś o tych co wykonali tę ciężką robotę. Ta polityczna giętkość - poza tym, że okazała się bezproduktywna – jest na dodatek moralnie podejrzana. Rezygnacja z tej anachronicznej koncepcji narodowego bezpieczeństwa zdjęła by z Polski piętno notorycznej antyrosyjskości, czyniąc ją bardziej wiarygodną także w oczach zachodnioeuropejskich partnerów i pozwalając śmielej występować wobec Wschodu także w ich imieniu.

Recepty na zmianę można więc opracować. Z perspektywami ich zastosowania jest znacznie gorzej. Przyglądając się scenie politycznej w naszym kraju, trudno dostrzec siły gotowe zboczyć z utartego szlaku Giedroyciowego dziedzictwa, choć niektórzy zaczynają dostrzegać, że szlak wyznaczony w Maisons-Laffitte prowadzi donikąd.

Rozpoczął się konkurs Dziennikarz obywatelski 2011 Roku.
Zgłoś swój materiał! Zostań najlepszym dziennikarzem 2011 roku. Wygraj jedną z ośmiu zagranicznych wycieczek.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!