Porucznik "Kostek" - żołnierz wyklęty

Prosiłem, by spisał swoje wspomnienia. Niestety, odszedł na wieczną wartę 14 stycznia 1998 roku. Gdyby wykuto gdzieś na obelisku nazwiska bohaterów walk nad Narwią, powinno tam być też i nazwisko por. Karola Kazimierza Kosteckiego... Żołnierza wyklętego.

Wrocław. Cmentarz grabiszyński. Kompania honorowa, orkiestra, sztandary. Aleją cmentarną idzie żałobny kondukt. A kogoż to odprowadzają? Pewnie generała, a może co najmniej pułkownika. Nie! To tylko pogrzeb zwykłego porucznika - kombatanta.

Różni są wprawdzie kombatanci. Są tacy, co przeszli bojowy szlak znad Oki do Berlina, tacy co z Andersem zdobywali Monte Cassino, ale i tacy, co prochu nie wąchali, walczyli w nieistniejących pułkach, a potem bezwstydnie, bez żadnych zasług piersi wypinali po medale. Powiedział ktoś, że im dalej od wojny, tym więcej „kombatantów”! Czym zasłużył się ten ,że chowają go z taką pompą?

On, Karol Kazimierz Kostecki,
„Kostek”- żołnierz wyklęty, mógłby swoim prawdziwym kombatanctwem obdzielić kilkunastu innych. Co o nim wiem ? Właściwie niewiele. Nie mogę powiedzieć, że był moim kolegą. Nie był też bliskim przyjacielem. Dzieliła nas zbyt duża różnica wieku. Szanowaliśmy się wzajemnie. Lubił mnie i chętnie o swoich przeżyciach opowiadał. Pracowaliśmy w jednej instytucji, w zespole szkół, gdzie był zastępcą dyrektora ds. administracyjnych, a ja kierownikiem wydziału. Mieliśmy mądrego szefa i niezły kierowniczy kolektyw, który w większości, bo takie były czasy, był „ czerwony”, ale jak ta rzodkiewka - w środku” biały”. Nie tylko nie czynił Kostkowi wstrętów, ale jak czas pokazał - pozwolił wszystkim pracownikom szkoły, mimo wtyczek UB, możliwie bezboleśnie przejść gorączkę połączoną z euforią powstania szkolnej Solidarności i potem traumy Stanu Wojennego.

Siedzieliśmy na cotygodniowych naradach. On i ja - bezpartyjni. Miał do mnie zaufanie. Wiedział, że to co mówi, pozostanie między nami. Miał jakiś wewnętrzny lęk. Nie czuł się całkiem bezpieczny. Przecież z więzienia wyszedł na fali odwilży, tylko jakby na przepustkę, na leczenie. Nadal działała bezpieka, choć pod innym szyldem. On, który tak” dokuczył” powojennej władzy, że siedział pod celą z wyrokiem śmierci! Nie mam, niestety, zbyt dobrej pamięci. A przecież fragmenty jego wspomnień utkwiły mi w niej o tyle, że mogę tu, na tych kartach, po wielu latach, napisać...

Przed wojną skończył chyba Seminarium Nauczycielskie i podchorążówkę. Na manewrach, jak wspominał, dowodził plutonem. W ciężkim, wielogodzinnym marszu pomagał swoim żołnierzom. On, oficer, podłączał się i w coraz innej swojej drużynie pomagał nieść ciężki karabin maszynowy. Lubili go żołnierze, a jego pluton, ku zazdrości innych oficerów, osiągał doskonale wyniki. W wojsku było w tym czasie wielu niepiśmiennych chłopów. Uczył ich czytania i pisania. Nie pozwolił też swoim kapralom wyżywać się na rekrutach. Myślę, że nie każdy człowiek może być dobrym oficerem, nauczycielem czy księdzem. Do pewnych funkcji trzeba się urodzić, mieć iskrę Bożą. Jak czas pokaże, on taki dar miał.



Wybuchła wojna. Jego jednostka broniła przeprawy przez Narew. Przez kilka dni odpierali pancerny zagon gen. Guderiana, nacierający ze strony Prus Wschodnich. To tam, w punktach oporu „Wizna”, zwanymi polskimi Termopilami, wierny swej przysiędze, że się nie podda, walczył do końca i ostatecznie wysadził się w bunkrze w powietrze kpt. Raginis. Może to był jego dowódca? Reduta nie dostała wsparcia i ostatecznie padła. Części obrońców udało się przedostać do gen. Kleberga i walczyć dalej. Hitlerowska machina wojenna z niesamowitą przewagą czołgów i samolotów, mimo niezwykle ofiarnej obrony polskiego żołnierza, zalała kraj. Doszedł też drugi cios - radziecki „cios w plecy”! Wróg stanął na przedpolach stolicy.

I tu, przed nacierającymi Niemcami, broniły też Warszawy cekaemy Kosteckiego. Wstrzymywały jak mogły nacierających. Nagle żołnierze dostrzegli, że ich dowódca padł. To postrzał od niemieckiego snajpera, który wziął go na muszkę. Kula o centymetry minęła kręgosłup. Ranny przekazuje dowodzenie. - Zaraz do was wrócę - mówi...

Sanitariusze odnieśli go do punktu opatrunkowego. Już nie mógł wrócić. Szpital, operacja, walka o życie... Warszawa pod nawałą bomb i pocisków, bez odsieczy, skapitulowała. Wraże oddziały zajęły stolicę. Hitler odebrał zwycięską defiladę. Nie pomogli nam nasi sprzymierzeńcy - Anglicy i Francuzi. Nie chcieli „ umierać za Gdańsk”. Pozwolili, by Hitler mógł się uzbroić, zająć Nadrenię, Austrię i Czechy. Francja szybko także padła. Polska w nierównej walce została pokonana i podzielona, na mocy układu Ribbentrop - Mołotow. Okupanci zabrali się do robienia porządków na zajętych przez siebie obszarach. Różnie traktowani byli polscy jeńcy wojenni. Los tysięcy oficerów na Wschodzie okaże się tragiczny. Niemcy – jeńców oficerów - zamykają w Oflagach. Kostecki był oficerem, ciężko rannym. Leczenie trwało długo i w jakiś sposób udało mu się podleczonemu z tego szpitala uciec. Przedostał się w okolice Narola, na wschodzie Polski. Tam zorganizował partyzantkę. Został dowódcą oddziału Armii Krajowej.

Bronił skutecznie Polaków przed napadami banderowców, którzy w co najmniej dziwny sposób walczyli o wolność Ukrainy, mordując sąsiadów - Polaków. Współpracował z radziecką partyzantką przeciw Niemcom. W 1944 roku przez te tereny przeszedł front, odsłaniając Bełżec, Oświęcim i inne miejsca zagłady. Na ostrzach radzieckich bagnetów powstał nowy rząd - całkowicie zależny od woli Stalina. Rząd RP w Londynie nie był uznawany od czasu ujawnienia przez Niemców zbrodni w Katyniu (upłynie prawie pół wieku nim się Moskwa do tej zbrodni przyzna). Wreszcie w maju 1945 r. skończyła się wojna. Kostecki rozwiązał swój oddział. - Nie będziemy przecież walczyć przeciw Polsce - mówił do żołnierzy. -Jaka ta Polska jest to jest,ale Polska. Ale ci, co się ujawnili i oddali broń, zostali aresztowani. Nie było dla nich miejsca w tej Polsce. Zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa.


Mieli dylemat: więzienie czy las? AK- zapluty karzeł reakcji – mówiły plakaty. Szalał Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, instruowany przez oficerów radzieckiego NKWD. Aresztowania, tortury, wyroki. - Jak to jest, panie komendancie - pytali jego podwładni? Co to za Polska, która tak nam dziękuje za naszą walkę i krew? Wrócili pod jego komendę. Jest to już nie AK, może organizacja „Nie” lub chyba oddział WiN-u. Będą walczyć o wolność i niepodległość Polski, by pomścić tych katowanych i mordowanych w ubeckich kazamatach. Wiedzą, zakały jakiej nacji, choć straszliwie przez holokaust zmasakrowanej, kierują głównie tym nienawistnym urzędem - i tu często w tej walce nie ma - „ zmiłuj się”.

Jakby na to nie patrzeć, była to walka bratobójcza. Wobec przewagi liczebnej milicji i KBW była to też walka straceńcza. Ale walczyli! Śmierć za śmierć. - Panie Zbysiu - mówił do mnie - nie ma pan pojęcia, jaką ja miałem wtedy władzę... Karał na swoim terenie bandytów, którzy napadali i rabowali chłopów. Rozbijał partyjne komitety. Uwolnił swoich aresztowanych chłopców w jednej z brawurowych akcji. Dopiekał nienawistnej, narzuconej władzy.

Trzeba przypomnieć, że w czerwcu 1945r. odbył się w Moskwie proces bezprawnie sądzonych i osądzonych 16 przywódców Polski Podziemnej, zagarniętych podstępem przez NKWD, niby do rozmów. W takich to tragicznych czasach działał WiN ( historyczny osąd tych i innych poczynań różnych grup WiN-u , np.”Ognia” na Podhalu, nie jest do dziś jednoznaczny).

Teren Narola idealnie nadawał się do walk partyzanckich. Tu jeszcze długo po wojnie działała UPA. Ścieżki ich z konieczności się krzyżują. Walczyli ze sobą, ale i byli ścigani przez KBW. Gdy doszło do przypadkowej rozmowy z jakimś wyższym dowódcą upowskim, Kostecki spytał: „Dlaczego tak bestialsko mordujecie Polaków?” Ten odpowiedział: -„ Żeby się świat o nas dowiedział”(!) Taka partyzantka zbyt długo trwać nie mogła. Pętla obławy zaciskała się.

Oddział topniał. Za Kosteckiego, który tak dokuczył nowej władzy wyznaczono nagrodę. I nadszedł taki dzień, że oto zupełnie przypadkiem „Kostek” dostał się w łapy bezpieki. Może się to wydać nieprawdopodobne, ale do ujęcia przyczynił się jego własny, ulubiony koń(!). Pozostawiony z konieczności w jakiejś akcji, osiodłany poczłapał do zapamiętanej kryjówki, zdradzając ją idącej trop w trop obławie. Zaskoczony i osaczony Kostek nie bronił się, nie chciał narażać tych, u których zakonspirowany się przechowywał. Jeszcze nie wiedzieli, kogo zgarnęli. Ale ten stan nie trwa długo.

Przesłuchania, tortury, świadkowie i już wiadomo było z kim mają „przyjemność”. Na procesie na jego korzyść zeznawał nawet dowódca partyzantki radzieckiej, z którym prowadził dywersję na tyłach frontu. Nie pomogło. Wyrok: kara śmierci! Nie wiem, nie pamiętam, kiedy mi to opowiadał, w którym to roku dostał ten wyrok. I ile z tym wyrokiem śmierci przesiedział pod celą. Wiem tylko, że po jakimś czasie zamieniono mu ten wyrok na 15 lat więzienia.

Siedział chyba we Wronkach. Ciężkie więzienie, ciężkie warunki. Byle jakie jedzenie, nikłe porcje, często nadpsute. Za namową jakiegoś starego więźnia zatykał nos i połykał, co dawali. Żołądek mu się skurczył. Ten wysoki mężczyzna schudł kilkanaście kilogramów. Można powiedzieć, że została z niego skóra i kości. Ale nawet, gdy z jakiejś okazji dano dokładkę - nie brał. Nie dostawali książek ani gazet. Aby wypełnić czymś czas, łebkiem szpilki wypolerował na błysk zaśniedziałą cynową czy aluminiową miednicę.


Cele były wtedy przepełnione, siedziało wielu „wrogów ludu”. By nie myśleć o wolności , rodzinie, o jedzeniu, za jego namową, tę przerażającą, więzienną nudę zaczęto wypełniać szkoleniem. Codziennie inny więzień mówił o swoim zawodzie i jego tajnikach. Jak siedział dekarz, uczył jak się kryje dachy. Leśnik - o sadzeniu drzew. Młynarz o młynie i rodzajach mąki. Nawet „doliniarz, bo polityczni siedzieli razem z kryminalistami, pouczył jak nie dać się „oskubać”. Tylko piekarzowi zaraz przerwano, bo od tego opowiadania „rozszedł się” jakby zapach świeżego chleba, a to było dla nich nie do zniesienia...

Raz jeden klawisz w przypływie szczerości powiedział: „Ja jestem głupi chłop, ale w celach siedzą i ksiądz, i profesor, i inni mądrzy ludzie. Czy to możliwe, by oni wszyscy się mylili i nie mieli racji”. Widocznie jednak nie mieli! Bo kto miał władzę miał i rację! Sfingowane procesy, wymuszane torturami zeznania i wysokie wyroki, oraz te ciche, nocne pochówki – takie to były podłe czasy.

10 lat przesiedział w więzieniu. Wyszedł schorowany na przepustkę, chyba na fali gomułkowskiej „odwilży” w 1956 roku. Do więzienia już nie wrócił. Nie mógł długo znaleźć pracy. Wreszcie ją dostał - jako palacz w kotłowni przy internacie szkoły przyzakładowej. Tu władzy szkodzić nie mógł. Ale mógł już teraz swobodniej pluć krwią zmieszaną z węglowym pyłem. Im dalej od śmierci Stalina, tym reżim chwilowo łagodniał. Część „czerwonych” różowiała. Można było jakby lżej oddychać. Los mu się nieco odmienił. Skończył zaoczne studia. Dostał inną pracę. Ktoś wkrótce docenił jego zdolności i nie bez trudności awansował.

Pracowaliśmy razem przez kilkanaście lat, aż do jego przejścia na emeryturę. Był doskonałym i cenionym pracownikiem, świetnym organizatorem. Brak mu było przez tyle lat zieleni, to wokół terenu nowej szkoły przy ul. Braniborskiej zasadził wiele drzew i krzewów. Drzewa te pięknie już wyrosły. Pamiętam, że ktoś nocą ściął przed świętami Bożego Narodzenia czub zasadzonej przez niego jodełki - na choinkę - i została tylko u dołu jedna, żywa gałązka. On tę gałązkę tak pielęgnował, że z powrotem, rok po roku nabrała właściwego kształtu jodły. Dziś jest już duża. To taka pamiątka po nim.

Prosiłem, by spisał swoje wspomnienia. Podobno zaczął pisać. Odszedł na wieczną wartę 14 stycznia 1998 roku. Leży pochowany na polu nr 55. W pobliżu przepływa Ślęza i cicho mu szumi, gdzieś hen, daleko stąd szumią inne rzeki, jak Narew , Brda i Tanwia, gdzie walczył. Szumią one o tragicznych wojennych i powojennych zmaganiach Polaków, ich poświęceniu i bohaterstwie. Gdyby wykuto gdzieś na obelisku nazwiska bohaterów tych walk, powinno tam być też i nazwisko por. Karola Kazimierza Kosteckiego (*27II 1917r +14 I 1998 r), kawalera Orderu Virtuti Militari i Krzyża Walecznych.

A na dole obelisku te znane, zmuszające do zadumy słowa: „Przechodniu powiedz Polsce...” Czas pozacierał już nieco w mej pamięci daty, opowiedziane przez niego przeżycia i wspomnienia jego podwładnych – akowców, którzy siwi, pochyleni już wiekiem przyjechali z Narola i Lubaczowa i innych stron Polski, by oddać ostatni hołd swemu dowódcy. To co usłyszałem i zapamiętałem, pewnie nie wszystko, przekazuję potomnym.

Wrocław 15 X 2006r. Zbigniew Sypień

Zbigniew Sypień

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3