Za "kilka Facebooków” portale społecznościowe mogą być już obowiązkowe. I zamiast chodzić na wybory prezydenckie, będziemy tylko klikali na ikonkę „like” na profilu kandydata.

Rzadko zdarza mi się, że – czytając felieton - mimowolnie zaczynam się głośno śmiać, więc kiedy już coś takiego mi się zdarzy – to chcę się tą radością podzielić ze znajomymi. Problem w tym, że będąc 1200 kilometrów od domu, w żaden sposób nie mogę wręczyć moim znajomym udanego artykułu Krzysztofa Vargi (Duch Święty na Facebooku) osobiście. W tym momencie, chcąc wysłać kilku osobom artykuł o Facebooku, paradoksalnie zorientowałam się, że nie mogę tego zrobić właściwie nie z powodu odległości, lecz właśnie z powodu braku konta na rzeczonym Facebooku. Nie pomyślałam że – pomimo e-maili i komunikatorów - z niektórymi znajomymi nie będę się mogła skontaktować. Bo e-mail i komunikatory się „ma”, a na Facebooku się „jest”.

Nie jestem technofobem, ani wojującym przeciw portalom społecznościowym fundamentalistą. To nie tak. Sama byłam do niedawna na Facebooku (co każdy może sam sprawdzić, ale o tym za chwilę), przeszłam także etap „Naszej klasy” w czasach, gdy nazywała się jeszcze „Naszą klasą” (czego nie można sprawdzić i dobrze, bo „nk.pl” jest już ponoć passe). Po prostu, kiedy zauważyłam, że wchodzenie na Facebooka zastąpiło mi snucie się po domu, wyglądanie przez okno, zaglądanie do lodówki, podlewanie kwiatków i wykonywanie drobnych prac domowych w ramach ucieczki od bardziej wymagających zajęć, zdecydowałam się pójść na fejsbukowy odwyk. Rzucić. Deaktywować.

Deaktywować? Kiedy to piszę, mój asystent Microsoft Office z 2003 roku puka się w czoło. On też nie nadąża za zmieniającym się światem internetu, który pozostawia coraz wyraźniejsze ślady także w naszym języku. W naszym języku „Mordozbiory” czy „Ćwierkacze” pozostawiły wprawdzie mniejsze ślady niż w angielskim, bezkonkurencyjnym środku internetowej komunikacji. W Stanach Zjednoczonych takie czasowniki jak „to tweet”, „to google”, „to unfriend”, czy przymiotniki jak „facebook-official” i „intexticated” trafiają już do drukowanych edycji słowników porządnego wydawnictwa Merriam-Webstera. Są pewnie setki innych, których nie znam, bo podobnie jak autor felietonu „Duch Święty na Facebooku”, pozostaję lata świetlne za „cyfrowymi tubylcami”, którzy arkany internetu znają jak własną kieszeń.

Ale co z tym Duchem Świętym? Krzysztof Varga dokonał na Facebooku epokowego odkrycia: nie tylko Elvis wciąż żyje. Żyją także Stalin, Lenin, Kafka i Dostojewski. I to w dodatku całe tuziny. Jak? Otóż możesz być martwy i założyć sobie konto na Facebooku, ale nie możesz być żywy i konta na Facebooku zlikwidować. Możesz je tylko deaktywować, a w internecie i tak pozostanie ślad „tu byłem”. Na razie mi to wprawdzie nie przeszkadza, ale jak już statecznie osiwieję i wnuki zaczną mi zadawać pytania w stylu: „Babciu, opowiedz, jak wyglądał Facebook za twoich czasów” to może zacząć.

I tu znów ujawnia się moje myślenie internetowego dinozaura. Do czasu, kiedy osiwieję, przeminie jeszcze pewnie kilka Facebooków i prawdopodobnie niewyobrażanie zmieni się oblicze internetu. „Deaktywacja” nie jest jeszcze dziś równoznaczna ze społecznym samobójstwem (kilku przyjaciół jednak zadzwoniło złożyć mi życzenia urodzinowe, choć nie byłam już wtedy na Facebooku), ale jest już synonimem społecznej Syberii. Jednak „za kilka Facebooków” potrale społecznościowe będą już pewnie tak nierozerwalnie związane z życiem społeczeństwa, że nie będzie można tak łatwo nawet „deaktywować”. Pan Varga pisze pół-serio:

„Jeśli kiedyś w Chinach pojawi się coś na kształt prawdziwej demokracji, a internet zostanie uwolniony, Facebook ma szansę stać się pierwszą co do liczby "obywateli" społecznością świata, bez różnicy - wirtualnego czy prawdziwego, nagle po prostu zrobi tam sobie profile z miliard Chińczyków, i już. Być może nawet będzie to Chinach obowiązkowe.”

A tak całkiem-serio, to „za kilka Facebooków” portale społecznościowe mogą naprawdę być obowiązkowe. I zamiast chodzić na wybory prezydenckie, będziemy tylko klikali na ikonkę „like” na profilu kandydata.

Nie ma co się jednak przejmować, ani pomstować na użytkowników portali społecznościowych, że zaśmiecają słownik „fejsbukową nowomową”. Szekspir podobno też dorzucił do słownika języka angielskiego kilka tysięcy wymyślonych przez siebie słów i jakoś nikt mu dziś nie wypomina, że zaśmiecał język. A przecież można by napisać mu „na wallu”, co się o nim myśli, albo nawet go „unlajknąć”.

Rozmiary, jakie osiągnęło fejsbukowe imperium świadczą po prostu o tym, że postęp cywilizacyjny przeniósł się z ulicy do internetu. I tak jak można uciec od zgiełku ulicy do dżungli, tak można się „deaktywować”. Ale w dżungli człowiek sam na dłuższą metę sobie nie poradzi. Więc „fejsbukowe dinozaury” muszą pamiętać, że czeka ich taki sam los, jaki spotkał prawdziwe dinozaury: wymarcie.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!