(© .)

Informacja „Rzeczpospolitej" o trotylu w prezydenckim samolocie Tu-154 wywołała zamieszanie, wybuchy wściekłości i miotanie najstraszliwszych oskarżeń pod adresem rządu. Rozpalaniu namiętności sprzyjała mylna identyfikacja szczątków ofiar.

Spacerować z Putinem czy umierać za Gruzję?

Dawno, dawno temu, u zarania dziejów wolnej prasy w naszym kraju, przysłuchiwałem się dyskusji dziennikarzy na temat roli tejże w demokratycznym państwie. Padło pytanie, czy dziennikarz musi zastanawiać się nad skutkami, jakie może pociągnąć za sobą jego publikacja.

Tomasz Wróblewski, dzisiejszy redaktor naczelny „Rzeczpospolitej", stanął na stanowisku, że nie musi, a nawet nie powinien, mogłoby to bowiem zagrozić wolności prasy - ostoi demokracji. Rolą dziennikarza jest przekazanie prawdziwych treści, a czytelnik niech z tym robi co chce.

Informacja „Rzeczpospolitej" z 30 października o trotylu i nitroglicerynie w prezydenckim samolocie Tu-154 zdaje się świadczyć, że jej naczelny pozostaje tym poglądom wierny. Acz nie do końca.

Na zamieszanie, wybuchy wściekłości i agresji, na miotanie najstraszliwszych oskarżeń, jakie ta informacja wywołała, powinien był właściwie zareagować wzruszeniem ramion: Wydrukowałem, a wy czytelnicy „róbta z tym co chceta“. Tymczasem redaktor Wróblewski tłumaczy się. Z niewinną miną przyznaje, że co do tego trotylu to się autor rewelacyjnego artykułu Cezary Gmyz mógł pomylić (ale mógł też nie), równocześnie jednak wskazuje na wiele niejasności, zagadek, dziwnych problemów, które premier Tusk powinien co najrychlej wyjaśnić i rozwiązać.

Z oskarżeniami prezesa PiS o mord na jego bracie artykuł w „Rzeczpospolitej" nie ma nic wspólnego – nie ma tam przecież ani słowa o jakimś zamachu czy czymś podobnym.

Komentarz do artykułu swego pracownika redaktor Wróblewski opatrzył przewrotnym tytułem „Nie wolno igrać z emocjami“. Oczywiście redaktor nie mógł nie wiedzieć, że na wieść o trotylu czeka w tym kraju, i to od dawna, praktycznie od 10 kwietnia 2010 roku, wiele osób, wśród nich z pewnością niemało czytelników „Rzeczpospolitej". To na jej poczytnych łamach czytelnicy ci są utwierdzani w przekonaniu, że za tragiczną śmiercią prezydenta Kaczyńskiego musi kryć się nie jakaś trywialna katastrofa tylko
ZAMACH. I nie trudno było przewidzieć, że wszyscy ci entuzjaści zamachu na hasło trotyl zakrzykną w najwyższym podnieceniu: A nie mówiliśmy!

Makabryczne pomyłki

Rozpalaniu namiętności wokół katastrofy smoleńskiej sprzyjała mylna identyfikacja zwłok Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej (jak się wkrótce okazało, nie jedyna). Do litanii powtarzanych od z górą dwu lat zarzutów o „rozdzieleniu wizyt", „oddaniu śledztwa" Rosjanom, potakiwaniu „kłamstwom Anodiny”, potulnym oczekiwaniu na zwrot wraku samolotu - relikwii i równocześnie domniemanego dowodu moskiewskich matactw, na trop których naprowadzili niezależni zagraniczni eksperci itp. doszły oskarżenia o niedbale przeprowadzoną identyfikację zwłok, skandaliczny brak poszanowania szczątków ofiar i kłamliwe ukrywanie własnych i rosyjskich uchybień wobec należnej im czci.

"Jak mogło się stać - pytał w Sejmie poseł PiS Andrzej Duda - że ciała zostały złożone do trumien w czarnych workach, że na nich położono ubrania, które rodziny przywiozły po to, żeby zostały w nie ubrane? Nie uszanowano zwłok naszych przyjaciół, patriotów, polskich obywateli" – biadał. Przez delikatność nikt nie pytał, jak poseł Duda wyobraża sobie ubieranie zwłok ofiar katastrofy lotniczej, które w wielu przypadkach były po prostu trudne do rozpoznania.

Dlatego po tak efektownym wprowadzeniu mógł spokojnie żądać głów dwóch ministrów Tuska, Tomasza Arabskiego i Ewy Kopacz, odpowiedzialnych, według mówcy i jego kolegów, za te wszystkie skandaliczne zaniedbania.

Postawiony w obliczu oczywistej pomyłki, uginając się pod zarzutami prawicowej opozycji, premier Donald Tusk już na wstępie wspomnianej debaty sejmowej przeprosił bliskich ofiar za ewentualne pomyłki i uchybienia w trakcie identyfikacji zwłok. Swoje przeprosiny wygłosił w nader niefortunnym momencie - w środku kampanii, niedwuznacznie zmierzającej do wysadzenia go z siodła jeszcze przed upływem drugiej kadencji. Z jego przeprosin prawicowi oponenci i niektórzy ich pseudolewicowi sekundanci wyciągnęli jedyny logiczny dla nich wniosek: skoro premier sam poczuwa się do jakiejś winy (a wiadomo, że jego winy są w rzeczywistości o wiele większe – niewybaczalne!) to jest to tylko jeszcze jeden powód do żądania jego natychmiastowej dymisji.

Powodzeniu kampanii podkopywania rządu Tuska sprzyjały afery – taśmowa i Amber Gold. W tej sytuacji oczekiwanie, że poruszenie wywołane tak drastycznym zdarzeniem, jak zamiana zwłok dwu ofiar katastrofy smoleńskiej, nie będzie wykorzystane dla wzmocnienia ataków, byłoby świadectwem naiwności, o którą Donalda Tuska trudno posądzać – dowodzi raczej poczucia bezradności wobec przybierającej na sile pisowskiej ofensywy (wymownym świadectwem rosnącej siły antytuskowego obozu okazał się dwa dni później marsz pod hasłem „Obudź się Polsko!”).

Wiele mówiące napomknienia

Wygłaszając swoje przeprosiny, Donald Tusk nieroztropnie zajął miejsce na ławie oskarżonych, na której nie miał szans obrony. W dodatku rozjątrzył przeciwników kilkoma aluzyjnymi uwagami. „Prawica nadużywa katastrofy - skarżył się - jako pretekstu do ciągłych ataków politycznych, bo może nie chciała sobie nigdy postawić prawdziwych pytań i nie chciała szukać odpowiedzi na prawdziwe pytania dotyczące katastrofy, być może dlatego – ciągnął - nigdy tak naprawdę nie usłyszeliście na tej sali pytań o to, kto był naprawdę organizatorem tej wyprawy. O to, kto zapraszał ludzi na samolot. Może dlatego nikt z was nie usłyszał tak naprawdę pytań, i sobie sam ich nie zadał”.

Równocześnie zapewnił, że sam tych pytań nie będzie powtarzał. Inaczej mówiąc, oskarżony nie tylko zgodził się odpowiadać za nieokreśloną liczbę i rodzaj przestępstw, ale także obiecał, że nie będzie się bronił.

O powtarzaniu tego rodzaju pytań nie mogło zresztą być mowy, jako że od feralnego 10 kwietnia 2010 roku obowiązywało w naszym kraju tabu, zakazujące roztrząsania kwestii, jak doszło do zorganizowania i szaleńczo lekkomyślnego wykonania owego tragicznego lotu do Smoleńska i jaka była w tym rola zmarłego prezydenta. Przed zadawaniem owych istotnych pytań, o których lękliwie napomknął polski premier, chronił zmarłego prezydenta, jego brata i rodziny pozostałych 95 ofiar zabobonny lęk przed wywołaniem gniewu duchów. Dlatego to w świetle raportu komisji powołanej do zbadania katastrofy i niekończących się dywagacji na ten temat Lech Kaczyński – bądź co bądź osoba sprawująca najwyższy urząd w państwie – jawi się jako ktoś, kto nie mógł mieć wpływu ani na organizację, ani na skład towarzyszącej mu świty, ani na przebieg lotu.


Jedynymi odpowiedzialnymi okazywali się co najwyżej piloci specjalnego pułku przewożącego VIP-ów albo funkcjonariusze BOR-u. Równocześnie pod osłoną owego tabu budowany był kult zmarłego prezydenta, wykluczający jakąkolwiek krytyczną refleksję nad tym, co się stało pod Smoleńskiem.

Nieśmiała sugestia Tuska, że w spawie smoleńskiej nie powinien odpowiadać jako jedyny podsądny, została uznana przez rzeczników prawicy za zuchwałą prowokację; zmierzała przecież do podważenia głoszonej przez nich wersji wydarzeń, że szkalowany i obrażany przez cały okres swej prezydentury Lech Kaczyński został w końcu wpakowany przez urzędników kancelarii premiera do marnego samolotu i wysłany w niebezpiecznej misji bez należytej ochrony i koniecznych środków bezpieczeństwa.

Naruszenie tabu chroniącego pamięć zmarłego prezydenta spotkało się zresztą z dezaprobatą polityków różnej maści, a nawet wielu komentatorów politycznych, nawet dalekich od kręgów obrońców czci nieboszczyka. ("Pytania Tuska o to, kto zapraszał do samolotu, były głupie i nie w jego stylu" – skwitował z niesmakiem jeden z nich). Zupełnie jakby nie rozumieli, o czym była mowa!
I tu zaskoczenie: Jedynym, który dokładnie zrozumiał, co chciał powiedzieć premier Donald Tusk, okazał się Jarosław Kaczyński. Świadczą o tym następujące słowa, wypowiedziane kilka dni później w czasie zorganizowanej przez się ekonomicznej debaty: „Chciałbym, żeby [...] ta fatalna wojna rozpoczęta siedem lat temu i ciągle trwająca, mająca w końcu i bardzo tragiczne skutki, została w końcu zakończona". Frazę tę niemal dosłownie powtórzył kilka dni później w czasie propagandowego wojażu po Białostocczyźnie.

Nie były to więc słowa nieprzemyślane, a oznaczają ni mniej, ni więcej, tylko to, że katastrofa smoleńska była skutkiem trwającej od siedmiu lat wojny na samym szczycie władzy. Czy nie to samo chciał powiedzieć premier Tusk?

W ten sposób rzucone jakby mimochodem napomknienia obu adwersarzy przybliżyły nas do odpowiedzi na jedyne istotne, a dotąd konsekwentnie pomijane pytanie, dlaczego samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie – mimo skrajnie niesprzyjających warunków – musiał lądować na lotnisku Siewiernyj. Ta odpowiedź brzmi: Dlatego, że trzy dni wcześniej wylądował tam Donald Tusk!
Rewelacyjna jest jeszcze jedna uwaga, rzucona na marginesie sejmowej debaty nad trumnami przez prominentnego przedstawiciela prawicy.

Zauważył on, że poza przeprosinami za pomylenie trumien, „oddanie śledztwa" w sprawie katastrofy smoleńskiej i dopuszczenie do profanacji szczątków ofiar Donald Tusk jest jeszcze winien przeprosiny za spacer z Putinem (mowa o słynnym spacerze po sopockim molo w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej). Zwrócił w ten sposób uwagę, że przed feralną wyprawą smoleńską „wojna na górze“ nie toczyła się bynajmniej tylko o samolot czy miejsce przy stole konferencyjnym w Brukseli. Ta wojna toczyła się o koncepcję i praktyczne cele polityki zagranicznej Polski.


Groźna twarz Putina
W polityce zagranicznej uprawianej przez braci Kaczyńskich na spacery z Putinem nie było miejsca. Było w niej natomiast wyjątkowo duże zapotrzebowanie na podróże prezydenta do Gruzji.

Jej założenia najdobitniej przedstawił on sam w sierpniu 2008 roku w przemówieniu na wiecu w Tbilisi. „Jesteśmy [tu] po to, żeby podjąć walkę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy nie!".


Brzmiało to jak wypowiedzenie wojny rosyjskiemu imperializmowi, zagrażającemu w danym momencie integralności terytorialnej Gruzji, ale groźnemu dla Polski i świata. Lech Kaczyński nie decydował się wtedy wysłać w obronie Gruzji polskich sił pokojowych, ale był gotów do organizowania międzynarodowej antyimperialistycznej krucjaty. Nie przypadkiem przed wylotem do Tbilisi konsultował się z prezydentem USA Bushem, a nie z rządem Polski. Premier Tusk dopiero post factum znalazł okazję wyrazić opinię , że bycie "misjonarzem za wszelką cenę" nie leży w interesie Polski, a służą im "możliwie dobre relacje, możliwie małe napięcia" w stosunkach z Rosją.

Po tym jak obrona Gruzji przed rosyjską agresją zakończyła się porażką, a strategiczne partnerstwo prezydentów Kaczyńskiego i Saakaszwilego uległo naturalnej erozji, starcia na temat polityki wschodniej Polski przeniosły się na front smoleński. I mimo, że zabrakło głównego filaru, na którym opierał się obóz przeciwników spacerów z Putinem, rząd Tuska i jego formacja ponosi na tym froncie nieustannie porażki. Na własne życzenie. Premier Tusk wprawdzie ośmielił się zaprosić premiera Putina na Westerplatte i umówić z nim na spotkanie w Katyniu (za co teraz jest wzywany do raportu), ale po katastrofie smoleńskiej bezradnie patrzył na niweczenie swoich politycznych planów, niemrawo odpierając mniej lub bardziej absurdalne zarzuty i oskarżenia o spiskowanie z wrogiem i zdradę.

W ciągu minionych kilku lat minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wprowadził pewne korekty do utrzymywanego przez dziesięciolecia kursu na pielęgnowanie za wszelką cenę strategicznego partnerstwa ze wschodnimi sąsiadami, jest to jednak zmiana taktyki, a nie strategii opartej na martwo urodzonej doktrynie Giedroycia, której kurczowo trzymały się wszystkie rządy odrodzonej Polski.

Czyni tak również rząd Platformy Obywatelskiej, starając się nie zauważać, że oparta na tej doktrynie polityka zakończyła się kompletnym fiaskiem. Upatrzeni przez nas „strategiczni partnerzy" ruszyli, nie oglądając się na nas, własną drogą (w rzeczywistości oni tymi własnymi drogami kroczyli od dawna). Pora przyjąć to do wiadomości. Pora zauważyć, że za sąsiada na wschodzie mamy też Rosję, która nie zniknie pod wpływem odprawianych nad nią egzorcyzmów. Trzeba – wzorem podziwianych w naszym kraju Amerykanów - zacząć pytać, co jest, a co nie jest zgodne z interesem Polski. Niestety wydaje się, że od tak rewolucyjnego zwrotu w polskiej myśli politycznej jesteśmy dalecy, a sądząc po burzy rozpętanej publikacją „Rzeczpospolitej“ – może się nawet oddalamy.

----
Do znanej stacji telewizyjnej zadzwonił mocno strapiony telewidz i po długim odgrzebywaniu w pamięci myśli, którą chciał wyrazić, po pokonaniu niemałych trudności artykulacji poskarżył się, że nie może zrozumieć, dlaczego – po tylu latach niewoli - Tusk poddał Polskę Putinowi.

Znajdź nas na Google+

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!