Od kilku dni przewija się przez media, ale jakby opłotkami, problem postawiony oficjalnie przez dra Pileckiego, który nie bada śmierdzących pacjentów. Mówi o tym oficjalnie i głośno.

TVN we wczorajszych wiadomościach pokazała wypowiedzi wspomnianego dra Pileckiego, oraz innych lekarzy, przeprowadzając równocześnie ad hoc sondę uliczną. Problem podniesiony oficjalnie przez doktora, oraz jego oświadczenie, że odsyła brudnych pacjentów, został przez przypadkowych przechodniów postawiony natychmiast w kategoriach „każdemu się należy”, „demokracja”, „po to wybrał takie studia” itp.

Zanim ktokolwiek oceni postawę lekarza, który mówi wszak o pacjentach szpitalnych (mających warunki do utrzymania elementarnej higieny) oraz o pacjentach przychodzących do prywatnego gabinetu na badanie diagnostyczne - po których należałoby się spodziewać zwykłej przyzwoitości - powinien zapoznać się z tym oto zapisem dyzuru , który obrazuje zwykłą pracę ludzi, którzy wybrali ten zawód.

Po takiej lekturze dopiero można mieć rozeznanie, jaki chory jest traktowany z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, czyli w ramach uciążliwości wybranego zawodu, a od jakiego personel ma prawo wymagać elementarnej czystości.

Tak się składa, że indagowani przez reportera przechodnie, komentujący nagłośniony wreszcie oficjalnie problem smrodu emanującego od większości pacjentów, byli jakby z lekka wczorajsi i na moje oko należeli właśnie do takich, od których powietrze na sali szpitalnej staje się trującym amalgamatem do tak zwanego” zawieszenia siekiery”. Oczywiście jest i druga strona tego medalu - nie w każdym szpitalu jest naprawdę czysto, nie każdy sanitariat utrzymany jest we właściwy sposób; również - ciągle jeszcze nie każdy ma w domu prysznic, ale wizyta u lekarza jednak do obmycia się, chociażby w misce wody, zobowiązuje.

Rozpoznajemy bez żadnych wątpliwości ludzi, którzy umyli się przed wizytą, nawet jak ich nie stać na kosmetyki od tych, którzy nie myją się miesiącami, a smród bijący od ich ciała daje czasem niespodziewane efekty. Wśród wielu „przygód” z brudem, dane mi było przeżyć i taki, kiedy przyzwoicie ubrany kuracjusz, zademonstrował swoje nogi, co skończyło się obustronnie żenującą sytuacją: ja, w ósmym miesiącu ciąży, „jechałam do Rygi” nad umywalką, podczas gdy zażenowany facet moczył nogi w muszli klozetowej, aby zedrzeć z nich przyrośnięte brudem skarpety, nie zdejmowane, jak powiadał „od śmierci żony”! Zależało mu na szybkim wykonaniu EKG.

Że brzmi to niewiarygodnie? Owszem. Dla ludzi, którzy się zawodowo z takimi sytuacjami nie zetknęli. Ale w tej materii nie ma rzeczy niemożliwych i dlatego patrząc wczoraj na zakazaną gębę, która wygłasza do mikrofonu „bo taki wybrał zawód” i „każdemu się należy” - mam ochotę - niestety - bez żadnej empatii kopnąć go w to, czego z zasady nie myje. „Należy mu się” czasem powód do wymoczenia klejnotów w zimnej wodzie. O „pani” demonstrującej zafajdane majty, przez pomyłkę włożone tyłem do przodu i na lewą stronę, i o tej, która pytała mnie w zaufaniu, co ma zrobić z robakami, której jej z… wyłażą - pisać już nie będę. Komu by się tyle czytać chciało?

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!