Od pięciu dni trwa protest głodowy pielęgniarek w konińskim szpitalu. Determinacja zmuszająca je do narażania zdrowia i życia dla pierwszej, 200-złotowej podwyżki po czterech latach, przeraża. Czy leci z nami minister zdrowia?

Jak podaje "Onet", piąty dzień trwa strajk głodowy konińskich pielęgniarek. Domagają się podwyżek. Choć należałoby właściwie powiedzieć - nie godzą się na dalsze przycinanie pensji.

Średnia pensja pielęgniarki w konińskim szpitalu to 3060 zł brutto. Dla niektórych to dużo, dla innych - mało. Wg mnie to mało, ale zdaję sobie sprawę z realiów. Tylko, że realia, w przypadku konińskiego szpitala przemawiają za słusznością postulatu pielęgniarek.

Podajmy kilka suchych faktów. Pielęgniarki zarabiają średnio 3060 zł brutto. Nie otrzymały od czterech lat żadnych podwyżek. Biorąc pod uwagę inflację od 2008, roku oznacza to, że realnie na początku roku 2008 zarabiały ok. 3,5 tys. zł. Innymi słowy - od roku 2008 dyrekcja szpitala regularnie obcinała im pensje. Dziś ta różnica sięga już 500 zł.

Czego domagają się pielęgniarki? Początkowo domagały się 600 zł brutto podwyżki, czyli przywrócenia realnej wartości swoich pensji sprzed czterech lat. Ostatecznie godzą się na 400 zł brutto w dwóch transzach po 200 zł w odstępach półrocznych. Innymi słowy 200 zł brutto na głowę zażegnałoby konflikt w Koninie. Okazuje się jednak, że dla władz szpitala i miasta - to zbyt wiele. Takie są skutki bezmyślności i beztroski niekompetentnych urzędników.

W tym czasie szpital podpisywał coraz to wyższe umowy z NFZ. Tylko na ten rok placówka podpisała kontrakt na 122 mln zł - podaje "Onet". O 6,2 mln zł (czyli o ponad 5 proc.) więcej niż na rok 2011.

Dyrekcja stara się umyć ręce i za winnych wskazać lekarzy na kontraktach, których wysokości znacznie przewyższają płace pielęgniarek. Próbuje się renegocjować umowy z lekarzami po to, by im zabrać, a dać pielęgniarkom. A lekarze zapewne odmówią i trudno się im dziwić na tak rażącą nieporadność i niekompetencję władz szpitala. Efektem takich negocjacji może być jedynie skłócenie jednych przeciwko drugim. Nawet tego dyrekcja szpitala nie wie.

Można oczywiście odpowiedzieć pielęgniarkom - "Uparł się cham i mu daj. Jak mam dać jak nie mam?" - cytując klasyka. Ale postawić można wówczas pytania: Jak to możliwe, że planując budżet szpitala na najbliższe lata, menedżer nie uwzględnił realiów, inflacji, spadającej motywacji pracowników, która nieuchronnie musi (cud, że dopiero po czterech latach) doprowadzić do katastrofy? Na co liczył? Że pielęgniarki będą jeszcze następne cztery lata pracowały za te same nominalne pieniądze i patrzyły jak ich realna wartość spada? Czy w ogóle uwzględniał w swoim planie rozwoju instytucji, którą kierował, coś takiego jak motywowanie pracowników poprzez nagradzanie, stałe, niekoniecznie specjalnie wysokie, ale jednak realnie rosnące wynagrodzenie? Czy też z góry przyjął, że będzie się przejmował później i jakoś to będzie? Czy brał pod uwagę demotywację pracowników i że inflacja dotknie nie tylko ich płace, ale również ich pracę, bo będą robić wszystko dokładniej, z mniejszym zaangażowaniem i rosnącym zniechęceniem? Czy też naiwnie uważa, że ich zaangażowanie będzie na stałym poziomie, bo Boga złapały za nogi że mogą tu pracować? Chyba tak, skoro zakładał stały wzrost kontraktów z NFZ, co musi się przekładać również na większe obciążenie pracowników.

Jaką więc wyobraźnią wykazać się musiał dyrektor i władze samorządowe, aby przypuszczając wzrost wydajności pracy pielęgniarek (skoro wzrasta kontraktowanie NFZ), zakładały stałą, kilkuletnią i bolesną redukcję ich płac? Obawiam się, że jakoś nie przyszło im to do głowy podobnie jak szatniarzowi z "Misia", który nie mógł wydać palta, którego nie miał.

Problem bylejakości w polskich przedsiębiorstwach jest oczywiście szerszy, a dotyka w pierwszej kolejności sektora publicznego, gdyż tu najczęściej zarządzający są z partyjnej nominacji. "Heniek chciał się sprawdzić w biznesie" - parafrazując byłego ministra. Heniek oczywiście nie ma pojęcia o biznesie i po czterech latach zaczyna to do niego docierać. Do tego dochodzą koneksje, synekury, a gdy poziom niekompetencji w firmie sięga zenitu mierni dyrektorzy promują jeszcze bardziej miernych kierowników, aby im nie zagrozili, a najlepiej, - tak jak to miało miejsce w przypadku szpitala w Koninie - nie dopuszczali do jakichkolwiek dyskusji na temat płac. I robią co mogą, bo często świadomi są swojej niekompetencji i wiedzą, że podobną pracę znaleźć im będzie trudno, więc dobrze wypełniają polecenia szefa - ucinają wszelkie niewygodne dyskusje. Przez cztery lata. A potem następuje katastrofa.

Ale idźmy w naszych rozważaniach dalej. W moim przekonaniu żądanie przez pielęgniarki tego, co im zabrała inflacja, jest z ich strony zbyt wielkim ukłonem w kierunku szpitala i rządu. Bo spójrzmy na to z innej strony - wzrostu PKB, którym tak szczyci się rząd. Wzrost gospodarczy w latach 2008 - 2011 wynosił odpowiednio: 5,13, 1,61, 3,94 i 3 proc. Dlaczego pielęgniarki mają być wyłączone udziału w tym wzroście?

Polska służba zdrowia funkcjonuje jak polskie koleje - markowane reformy, zaszłości i system rodem z PRL. Można chyba jednak po dwudziestu przeszło latach gospodarki rynkowej nauczyć się podstawowych jej zasad - płace podlegają inflacji, motywacja pracowników jest ważna dla wydajności i się per saldo bardzo opłaca, budżet planuje się z wyprzedzeniem, a cierpliwość ludzi ulega wyczerpaniu.

Czy za dwadzieścia lat będziemy dalej, czy tu gdzie teraz?

Rozpoczął się konkurs Dziennikarz obywatelski 2011 Roku.
Zgłoś swój materiał! Zostań najlepszym dziennikarzem 2011 roku. Wygraj jedną z ośmiu zagranicznych wycieczek.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!