W mijającym sezonie nie brakowało momentów, które przejdą do historii tenisa, ale na szczycie ponownie widzimy te same nazwiska.

Pod nieobecność kontuzjowanej Sereny Williams, zwyciężczyni tegorocznego Australian Open i Wimbledonu, tenisowy tort podzieliły między siebie Kim Clijsters i Caroline Woźniacki. Belgijka, którą również nie omijały urazy (m.in. absencja w Roland Garros), po raz drugi z rzędu okazała się najlepsza na kortach w Nowym Jorku, a rozgrywki zakończyła zakończyła zwycięstwem w WTA Tour Championships w katarskim Ad-Dauha. Klasę chyba najsłynniejszej mamy z rakietą doceniły rywalki z kortu i obserwatorzy, którzy wybrali ją zawodniczką roku w plebiscycie WTA.

Woźniacki miała doskonałą drugą część sezonu. W ciągu 2 i pół miesiąca wygrała 5 turniejów (Kopenhaga, Montreal, New Haven, Tokio i Pekin), zaliczając również półfinał US Open. W dalszym ciągu jednak w swoim CV nie może się pochwalić wielkoszlemowym triumfem, co nie umniejsza faktu, że 20-latka z Odense kończy rok na pierwszy miejscu na światowych listach. Jej sukces warto podziwiać tym bardziej, że jest najmłodszą tenisistką w czołowej "20".

Z grona pozostałych zawodniczek na uwagę zasługuje przede wszystkim Wiera Zwonariewa. Najlepsza z Rosjanek, kwalifikując się do sześciu finałów, tylko raz schodziła z kortu, ciesząc się ze zwycięstwa, ale dzięki bardzo dobrej postawie w Paryżu i na kortach Flushing Meadows trwale zagościła w elicie. Poza tradycyjnie już słabszą dyspozycją na nawierzchni ziemnej, przez pozostałą część sezonu prezentowała równą, wysoką formę, co zaowocowało awansem o pięć pozycji w końcowym rankingu (miejsce nr 2).

Nie ulega wątpliwości, że wśród panów rok 2010 należał do Rafaela Nadala. 24-letni terminator z Majorki skompletował Wielkiego Szlema jako siódmy tenisista w historii. Na ten moment czekał 4 lata krócej niż Federer. Do swojej kolekcji aktualny lider rankingu ATP dołączył również zwycięstwa w Monte Carlo, Rzymie, Madrycie i Tokio. Ze swoim największym rywalem Nadal spotkał się w tym roku dwukrotnie - po raz pierwszy w stolicy Hiszpanii, po raz drugi w ATP World Tour Finals - tym razem uznając wyższość 16-krotnego zwycięzcy turniejów wielkoszlemowych. I właśnie zwycięstwa w kończącym sezon turnieju brakuje Hiszpanowi "w kartotece".

Federer miał w tym roku miał chwile triumfu i goryczy. Czwarta w karierze wygrana w Melbourne nieco osłodziła późniejsze niepowodzenia. W ciągu ostatnich 12 miesięcy Szwajcar, startując w 18 turniejach 9-krotnie dochodził do finału, co jest procentowo najgorszym wynikiem od 2003 r. Kres jego dominacji wydaje się bliski jak nigdy wcześniej, ale "króla Rogera" w żadnym wypadku nie należy przekreślać. Tym bardziej, że wraz z przyjściem trenera Paula Annacone wyraźnie odżył na korcie, co pokazały zawody w londyńskiej hali O2.

29-latek z Bazylei jest najstarszym tenisistą wśród pierwszej "10". W turniejach wielkoszlemowych, licząc od 2004 r. (poza wpadką w ówczesnym sezonie w Roland Garros, gdzie odpadł w III rundzie) osiągał co najmniej ćwierćfinał, a w latach 2006-2007 i 2009 brał udział we wszystkich czterech finałach. Główni przeciwnicy Federera po drugiej stronie siatki: Nadal (1986 r.), Djoković (1987 r.), Murray (1987 r.), Del Porto (1988 r.), Soderling (1984 r.) są dużo młodsi, a uprawiana przez nich dyscyplina wymaga ogromnej sprawności, koordynacji i motoryki. Siłą rzeczy młodszy organizm łatwiej przygotować do wielkiego wysiłku i gry na granicy fizycznej wytrzymałości. Bajecznemu wyszkoleniu technicznemu Szwajcara, który potrafi przecież w odpowiednim momencie włączyć mocne uderzenie, przeciwstawiają (coraz skuteczniej) tenis w wersji "siła i szybkość".

Mimo swojego dorobku Federer wciąż zapewnia, że jest głodny gry i stawia przed sobą kolejne wyzwania. Aby zostać samodzielnym liderem w liczbie zwycięstw w US Open i Australian Open musiałby każdy z tych turniejów jeszcze trzykrotnie, a Wimbledon - jeszcze dwa razy.

Ten rok był również rokiem pożegnań. Wśród mężczyzn na odłożenie rakiety zdecydowali się Fabrice Santoro i Carlos Moya, natomiast kobiecą rywalizację uszczupli rezygnacja Jeleny Demientewej. Dla równowagi, na powrót na korty po półtorarocznej przerwie zdecydowała się Justine Henin.

W ostatnim tenisowym akcie minionych 12 miesięcy - finale Pucharu Davisa, po raz pierwszy w historii triumfowała reprezentacja Serbii, która przed własną publicznością pokonała reprezentantów Francji 3:2.

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!