Janowi Wyżgołowi, zwanemu przez przyjaciół Jankiem Wędrowniczkiem, Ruda Śląska przypomina nieco toskańską Sienę.

Jan Wyżgoł, znany rudzki poeta, gawędziarz, uraczył gości przybyłych na uroczystą sesję z okazji 50. rocznicy Rudy Śląskiej barwną opowiastką, kojarzącą -odlegle na pozór- europejskie regiony. Gdybym nie wiedział, że jest zupełnym abstynentem, pomyślałbym że nadmiar doskonałego włoskiego wina, spożytego „na Abrahama” ukochanego miasta, poczynił mu spustoszenie w łepetynie. Lecz Jasio wiedział, co mówi.

- Aspektów, ujęć, spojrzeń na miasto jest wiele – przekonywał, używając, jak na wierszokletę przystało, ryzykownych neologizmów. - Przy okazji poznawania czegoś, ujawniamy – dowodził - natychmiastową inklinację do porównywania, wyszukiwania, z jednej strony tego, co jednostkowe, oryginalne, z drugiej tego co podobne, zbliżone. Wyartykułowałem kiedyś tezę, że Ruda Śląska przypomina trochę Sienę na toskańskiej ziemi, i że w ogóle znajdzie się w tym śląskim mieście nieco italskich odniesień. Coś o megalomanii usłyszałem wówczas, ale też głosy zachęcające do rozwinięcia myśli - wspominał Wyżgoł.

Wspomnijmy więc o XVI-wiecznym Francesco Ballestrero, protoplaście rodu, którego śląska linia wywodzi się od Giovanniego Battisty Angelo di Castelengo. Włoskie geny rodu zaowocowały potem architektonicznymi rozwiązaniami prezbiterium, empor bocznych i krypty grobowej w kościele św. Józefa, inspirowanymi wnętrzem bazyliki San Lorenzo in Campo Verano w Rzymie. Goście „U Józefa” w Rudzie nieczęsto zaglądają pod wieżę dzwonniczą, a szkoda, bo tam znajduje się rzadkiej urody pieta z włoskiego karraryjskiego marmuru, wykonana w Rzymie w 1905 roku. Rzeźba, autorstwa Veiricha, jest wyraźną aluzją artystyczną do najsłynniejszej piety Michelangela.

Zresztą wzrok gości przyciągają raczej szlachetne sylwetki aniołów śmierci Josepha Limburga - rzeźbiarza, którego dzieła podziwiać można było na niewielkim wówczas cmentarzu we wsi Ruda na Śląsku, ale też i w niewielkim państwie Watykan, gdzie pozostawił popiersia papieży. Jeśli tak ma wyglądać śmierć, to ja się na nią zgadzam, choć niekoniecznie od razu! Wróćmy do Sieny, która jest we Włoszech i miastem, i gminą, podobnie jak Ruda Śląska, która jest miastem i gminą w Polsce. Obydwu skupiskom ludzkim patronują święte kobiety: Sienie - święta Katarzyna – Sieneńska, rzecz jasna; Rudzie Śląskiej święta Barbara. W tym momencie aż się prosi uwaga, że św. Katarzyna i stary patron Nowego Bytomia św. Florian spełniają podobną niebiańską misję. Pilnują ognia, by ten służył ludziom.

W herbie Sieny znajdziemy - to nie pomyłka - wilczycę karmiącą założycieli Rzymu Remusa i Romulusa. Na godulskim kościele aż 8 wilków. Wedle podania to praprawnuki okrutnego wilka - też Włocha - pochodzącego z Gubbio, którego św. Franciszek na łagodność nawrócił.
Flagami miejskimi tośmy się chyba zamienili. Barwami Sieny są: biel - dorównująca bielą obrusowi na śląskim wigilijnym stole i czerń węgla z rudzkiej kopalni. Za to na naszej fladze - ciepła żółć toskańskiego słońca i błękit nieba nad Sieną.

Monte Paschi di Siena to najstarszy bank we Włoszech, gdzie skrzętnie ciułano oszczędności. Nowobytomski Kaufhaus to najstarszy dom towarowy w obecnych granicach Polski, gdzie oszczędności się wydawało. Siena pisana małą literą to nazwa barwy na palecie malarskiej. Miasto użyczyło swej nazwy kolorowi palonej cegły, z której w całości powstało. Podobno Wielki Budowniczy Świata podarowawszy Włochom budulec zastrzegł sobie, że z tego co zostanie budowany będzie Śląsk w czas XIX¬wiecznej industrii. I tak się stało również w naszym mieście. Zatem tu, na miejscu, zachwycić się możemy łagodnym kolorem palonej gliny wszędzie tam, gdzie lica budynków odświeżane są piaskowaniem. Oczywiście pod warunkiem, że zdążymy przed grafficiarzami.

Można by jeszcze pobawić się zestawieniami, choć wiem, że znajdą się tacy, którzy poczynią mi zarzut zbyt szerokich pól asocjacyjnych. Nie będę się sprzeczał przy święcie. Ale przedstawię argument ostatni, świadczący niezbicie o pokrewności dusz obywateli dwóch odległych miast. Dwa są tylko takie miasta w Europie, gdzie wpierw jest się mieszkańcem dzielnicy (contrada), jak powie sieneńczyk, a dopiero potem miasta. Dwa są takie miasta na Starym Kontynencie, gdzie deklaruje się miłość do tego jedynego puzzla z całej układanki, ale wystarcza też uczucia dla całego wizerunku.

W przypadku Sieny ten model trwa wieki, w przypadku Rudy Śląskiej sentymenty dzielnicowe w ramach całego miasta mają półwieczną historię. Sieneńczycy dwa razy do roku - w lipcu i w sierpniu tworzą jedność przed światem, który tu zjeżdża. Tworzą tę jedność paradoksalnie po to, by podkreślić swą odrębność dzielnicową. Wtedy to na najpiękniejszym średniowiecznym rynku odbywają się wyścigi konne. Jeźdźców, dosiadających konia na oklep wystawiają poszczególne contrade. Zwycięstwo to prestiż dla dzielnicy i szaleńcza zabawa całego miasta na koszt zwycięzców.

U nas konkretyzuje się dawny zamysł urbanistyczny. Powstaje duży, piękny rynek, a w głowie pana Augusta Jakubika ultramaratończyka, kiełkuje pomysł naszego własnego "palio di Ruda", bez koni, za to z udziałem reprezentacji dzielnicowych biegaczy. Niezależnie, którą drogą pójdzie w przyszłość społeczność rudzka, czy doprowadzi do silnego scentralizowania, czy też obierze model sieneński - to i tak zrobi jak należy. Miasto Ruda Śląska to dziecko z małżeństwa dwóch miast - jedno w wianie wniosło nazwę, drugie teren pod stworzenie centrum miasta. To małżeństwo z rozsądku - zgoda. Ale też pokazuje historia, że takie związki charakteryzuje trwałość i stabilność.

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: