Wczoraj nalepiłem furę pierogów. Musiałem! Zapowiedziała odwiedziny wnuczka Ola, która pierogi uwielbia. Z mięsem, suszonymi grzybami i kapustą. W małym brzuszku zmieściło się aż siedem sztuk.

Kiedy tak sobie te pierogi kleiłem, lepiłem, czyli po prostu robiłem, przypomniałem sobie o artykule zamieszczonym w W24 na pewien czas przed Wigilią, najbardziej „pierogowym dniu” w roku. Nosił tytuł "O sztuce lepienia pierogów".

Sądziłem naiwnie, że doczekam się komentarzy dotyczących tego o czym napisałem. Srodze się zawiodłem! Natychmiast po ukazaniu się materiału w serwisie, doczekałem nagłej napaści ze strony niejakiej „Gospodyni”. Jej komentarz sprawdzał się mniej więcej do tego, że jestem głupcem, kłamcą, że nigdy w życiu nie lepiłem pierogów. Nie domyślam się nawet, co było przyczyną owej zaciekłości. Pewnie jakaś frustracja. Może mąż „Gospodyni” się naprał (po śląsku: upił), może najzwyczajniej zazdrościła szczęścia sąsiadce z drugiego piętra, dość, że „Gospodyni” odreagowała sobie na mnie.

No i zaczęło się to, co niestety dominuje w dyskusjach na wszystkich portalach społecznościowych. Ataki ad personam, wekslowanie dyskusji na boczne tory, wzajemnie napaści, zniesławiania, oczerniania.

Dlatego z reguły nie czytam komentarzy pod swoimi publikacjami. Nie dlatego, żebym się ich bał. Po prostu, nie mam ochoty uczestniczyć w maglu, zupełnie nie odpowiada mi walka, czy polemika na takim poziomie. Nie mam też chęci, ani powodów wyjaśniania, nikomu i niczego, ponadto to, co już napisałem.
Dziennikarz pisze nie po to, aby potem cokolwiek precyzować, tłumaczyć, opatrywać „przypisami”, wyjaśniać, przepraszać. Skoro się raz coś napisało, trzeba wziąć z to pełną odpowiedzialność.

Nie zabrakło pod materiałem oczywiście głosów – za nie bardzo dziękuję – osób, które przyznawały mi racje, nie brakowało wypowiedzi „gastronomicznych”, ale ton i styl dyskusji został z góry już zdeterminowany. "Gospodyni" zasekundował niejaki ”Bernard”, piszący o mnie per „Ślązak” (w cudzysłowie) czym mnie specjalnie nie uraził, bowiem durś gadom, com je hanysem ze Łowicza. Potem był jakiś tekst, ni przypiął, ni wypiął o rosole i kartoflach w mundurkach, co niby miało znaczyć że „prawdziwi Ślązacy" nie znają i nie lubią takich potraw, podobnie jak nie lubią pierogów i ludzi pierogi lepiących.

Po erupcji subtelności i poczucia "śląskiego" humoru „Bernard” chyba się zreflektował, bowiem w kolejnym wpisie przeszedł do wątków kulinarnych. Ba, nawet zyskał uznanie innych uczestników forum.

Jednak wątek „śląskości” rzucony przez niego podjęła „Polka. Ślązaczka” pisząc. Pana Podgórskiego z żoną widuję i to nie zawsze neutralnego politycznie. Nie dziwię się Ślązakom, że nie darzą go sympatią!!!!!.

Pięć wykrzykników! Zaiste, nie pojmuję, czym zasłużyłem na takie wyróżnienie. Zastanawiam się mocno, skąd „Polka. Ślązaczka” zna moje poglądy polityczne, bowiem nigdy publicznie ich nie prezentuję. Natomiast jakie poglądy polityczne ma moja Basieńka, po prawie 40 latach małżeństwa doprawdy nie wiem, bo to jej sprawa i sołtysa z Radzionkowa, i nigdy mnie nie interesowała. Bardziej intrygowały mnie jej zapatrywania na seks!

Nigdy też i nigdzie nie ujawniałem moich poglądów politycznych; w żadnym z materiałów. Chodzimy na rozmaite imprezy i wydarzenia, religijne i świeckie, kulturalne i polityczne, z udziałem polityków rozmaitych opcji i ludzi bezgranicznie apolitycznych. Nigdy nie wypytywałem o ich światopoglądy i przekonania polityczne. Nawet, gdy pisałem o kimś lub o czymś krytycznie, to zupełnie nie ze względu na polityczne konotacje osób albo faktów.

Najmocniej zaintrygowało mnie jednak stwierdzenie „Polki. Ślązaczki”. Dociekam uparcie, skąd „Polka. Ślązaczka” zna tak doskonale uczucia wszystkich Ślązaków? Skąd czerpie niewzruszoną pewność, że nie darzą mnie oni sympatią. Być może zatem nie Ślązacy, ale tylko wredni gorole oddali dwukrotnie po kilkanaście tysięcy głosów ma nasze książki: „Słownik gwar śląskich” i „Mitologię śląską”, które po plebiscycie na kanon 50 najwartościowszych zdaniem Ślązaków lektur, na liście Book Top Silesia, znalazły się na I i III miejscu. A może, to ja sam na siebie głosowałem, dniami i nocami?...

Zapewne tylko wredni gorole, którzy nieustannie krzywdzą biednych i uczciwych Ślązaków, przychodzą na spotkania autorskie z nami w różnych miastach, domach kultury, bibliotekach. Pani „Polko. Ślązaczko”, kiedy miała Pani ostanie spotkanie z ludźmi. i ile osób w nim uczestniczyło?

Powiem Pani otwarcie: Wolno Pani mnie nie lubić! Może mnie Pani nawet nienawidzić! To jest niestety Pani problem psychiatryczny, i Pani zmartwienie (oczywiście, jeśli jest Pani w ogóle panią i Ślązaczką, za jaką się podaje).
Ja bowiem też Pani nie lubię. Ale wcale nie z osobistych powodów, wcale nie dlatego, że Pani nie lubi mnie. Bo ja, w przeciwieństwie do Pani nie kieruję się niskim instynktem odwetu.

A wie Pani dlaczego? Bo prawdziwi Ślązacy, Polacy, Niemcy, Francuzi, Żydzi, Cyganie (może sobie Pani dopisać tyle nacji, ile Pani tylko potrafi), nie lubią ludzi Pani pokroju. Zawistnych, nieuczciwych, którzy anonimowo atakują innych. Podle, bez powodu, dla niskiej satysfakcji własnej. Takich „Polek. Ślązaczek”, „Gospodyń” i wielu innych nikczemników, nieudaczników, zgorzkniałych frustratów, podleców kryjących się za nickami, od których także, niestety i na tym portalu, aż się roi.

„I to by było na tyle!”. Przy okazji lepienia pierogów i rozmyślania nad marnym losem dziennikarzy obywatelskich. Dola nasza rzeczywiście smutna. Ale pomyślmy: ileż radości mają „Gospodynie” „Polki. Ślązaczki” i ludzie podobnego pokroju. Niech im lekko będzie na duszy!

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!