Kandydaci do władzy przypominają szalone kukułki wyskakujące ze starego zegara. Miodzio. Tym bardziej spokojnie szykuję się do kolejnych igrzysk. Spokojnie i w tempie largo.

Efekty nie będą szczególnie zaskakujące bez względu na to, kto wygra wyścig do fotela z imienną tabliczką i kolorowymi guzikami do głosowania.

Na razie trwają zapasy o miejsce na liście. I tak dobrze, że nie mieszkamy w Uruf-Burmu więc krew się nie poleje. Co najwyżej kilkuset kandydatom podeschną portfele ewentualnie ciśnienie wyskoczy ponad normę. Tragedii nie przewiduję.

Jeśli nawet powstaną nowe koterie, układy i Układy, to co? Nic. Wygrywa ktoś aby przegrać musiał ktoś. Kierunkowe wazeliniarstwo ma się dobrze, neodobranocki elegancko zwane populizmem takoż. Swój swojemu łba nie ukręci i w gminie i ministerstwie. Oczywiście, że każda zmiana to równocześnie nowe swojaki.

Pierwszym motywem przewodnim kampanii wyborczej jest i pewnie długo pozostanie wyznaczenie wroga. Brak takiego obrzydliwca, to ewidentna przegrana. W zależności od tzw elektoratu, do którego kierowany jest przekaz może to być: żydomasoneria, rusofilstwo, "układy", nieudacznictwo aktualnie sprawujących rządy, brak patriotyzmu i lekceważenie wartości moralnych, sikanie z wiatrem jako wyraz pójścia na łatwiznę...

Mówiąc inaczej: to "my" jesteśmy piękni, a "oni" bękarty Quasimoda. I atak, atak, atak.Taki dychotomiczny podział znakomicie funkcjonuje od lat. Podlany sosem narodowościowo-religijno-patriotycznym z uwzględnieniem sporej ilości żółtej śliny, odwołań do symboli oraz pień anielskich ma oddziaływać na emocje. I tylko na emocje. Najważniejsze stają się korzyści polityczne odniesione przy pomocy twórczo stosowanych prawideł "małego manipulatora". Te rzeczywiste i policzalne - w zależności od aktualnie wyznawanej ideologii nigdy nie są bliskie faktom, gdyż albo puchną ponad miarę albo flaczeją niczym portfelik babci emerytki czołgającej się do kasy chorych.

Drugim motywem jest nadzieja. Podstawą zaś przekonanie o Narodzie cierpiącym w przeważającej części na alzheimera. Narodzie
czekającym na: zbawcę, guru, autorytet, wspomożyciela i przewodnika. Narodzie wybranym do wielkich czynów. Zawsze walczącym z wszystkimi o wszystko w przekonaniu o swojej wielkości, dumie, posłannictwie i misji jaką ma jeszcze do spełnienia. Czekającym na pochwały i wieczyste uznanie byłych zasług. Przekonaniu, że zasługi te transponują wprost wartości jednostki na zbiorowość "my".

I trzecim wreszcie motywem, a właściwie cechą przedwyborczych igrców jest język. Najczęściej odnoszący się wprost do Apokalipsy. Takie koszmarne, masochistyczne pławienie się w dramatach, historycznych zadymach, pokrętnych uzasadnieniach obierania drogi walki, a nie kompromisu. Nie porozumienia lecz konfrontacji. Język wyjątkowo wrażliwy na cudze błędy, nie swoje. Język pełen samopochwał i jednocześnie kalumni.

Mogę z dużym prawdopodobieństwem określić do jakiej części, że tak szumnie się wyrażę - elektoratu, cała ta "zabawa" nie trafia. Podanie jednak liczy byłoby z mojej strony brakiem wiary w czytelnika.
Tych "ucelowanych" i to w procentach do drugiego miejsca po przecinku poznamy za kilka miesięcy. Ucelowanych umorusaną twarzą posła nagle ceniącego górniczy trud, posłów fachowców od spisków, uczniów Boba budowniczego", klenczonów, obrotowych, tych zawsze zdolnych do koalicji, kruchtowych i komeżkowych, homofobów i ksenofobów.

W oczekiwaniu na wielki narodowy orgazm śpię jednak spokojnie.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!