Czy wycieczkę do klasztoru można nazwać ekstremalną? Odpowiedź brzmi: wszystko zależy od towarzystwa. Ale po kolei.

O sołtysie, o klasztorze i energicznej starszej pani


Z czym kojarzy się Wąchock? Z dowcipami o sołtysie i jego córce – wiadomo. Sołtys w Wąchocku jest, a jakże. Mimo że miejscowość posiada prawa miejskie od 1994 roku, mieszkańcy nadal wybierają sołtysa, honorowego. Ale nie o sołtysie ma być tu mowa. Od XIII wieku, z pewną przerwą, w Wąchocku mieszkają cystersi.

Klasztor powstał na przełomie XII i XIII wieku. Obecnie jest jednym z najpiękniejszych zabytków architektury romańskiej Polsce i na świecie. Dwukrotnie niszczony przez Tatarów odradzał się dzięki pracy zakonników. Poza kontemplacją i modlitwą bracia zakonni zajmowali się także rzemiosłem i rolnictwem. O dziwo, trudnili się także górnictwem i budowali pierwsze na tym terenie hutnicze piece. To dzięki nim w 1445 roku Wąchock otrzymał prawa miejskie (później utracone). W 1818 roku za polecenie władz carskich zakon zlikwidowano. Jego ponowne odrodzenie nastąpiło w 1951 roku.

Romański budynek już z daleka wygląda dostojnie. Charakterystyczna dla tego stylu monumentalna wieża z małymi okienkami dzieli symetrycznie budynek. Elegancja i harmonia. Przed bramą stoi kilka samochodów, głównie z warszawskimi rejestracjami, jest też kilka kieleckich. Pewnie zwiedzający.

Miejsce cieszy się sporym zainteresowaniem. Podobno przyjeżdżają tu także wycieczki z Japonii. Uzbrojony w wiedzę ze strony internetowej opactwa zbliżam się do furty. Ma tam znajdować się sklepik, w którym kupuje się bilet wstępu. Jedyne 5 zł, 3 za ulgowy. Co godzinę pojawia się przewodnik, który odbiera z furty grupkę zainteresowanych. Samemu nie można zwiedzać, szkoda.
Chcąc nie chcąc, idę z grupą około 15 osób. Dorośli i dzieci. Oprowadza nas energiczna starsza pani. Opowiada o historii, o tym jak pewien proboszcz sprowadził pierwszych cystersów, o tym jak klasztor na przestrzeni dziejów podupadał i jak odradzał się dzięki wysiłkowi zakonników. Usłyszałem też ciekawą historię o „błogosławionej korupcji”, czyli różnych sposobach na zniechęcenie komunistów, którzy za cel postawili sobie klasztor zlikwidować. Zwiedzamy kapitularz - miejsce obrad (kapituł), którym przewodniczy Opat, fraternię - salę. w której pracowali bracia zakonni i refektarz - klasztorna jadalnia, z pięknym krzyżowym sklepieniem.

O próbie skupienia i zwrocie akcji


Mury tego klasztoru, jak i każdego innego, mają pewną moc i zapach. Czuję to zaraz po wejściu. Echo każdego kroku, wielkie ciosane kamienie, z których budynek powstał, wysokie pomieszczenia, skłaniają do mówienia szeptem. Żeby tej ciszy nie zakłócić. Takie miejsca, gdzie ma się wrażenie, że czas stoi, prowokują do refleksji, zadumy, kontemplacji. Coraz mniej jest takich miejsc. W którymś momencie wchodzimy na dziedziniec. Latem rosną tu krzewy, a mnisi przychodzą się modlić. Tu także nie dochodzą dźwięki cywilizacji. Nic nie rozprasza… poza wrzeszczącymi dziećmi, które zobaczyły dzwonek, ryczącymi do siebie dorosłymi, tymi, których interesuje wyłącznie robienie sobie zdjęć w głupich pozycjach, tego grubego pana, który dziesiąty raz pyta się gdzie podają te „pierogi mnicha” i tej pani, która ciągle strzela mi fleszem w oczy.

Do pewnego momentu udawałem, że nie widzę i nie słyszę. Cóż, czar prysł. O wrażeniach nie ma mowy. Liczę już tylko na zrobienie kilku ciekawych zdjęć.
W środku zwiedzania trafiamy to klasztornej kawiarenki. Miejsce przytulne, skromne. Zakonnicy sprzedają tu także własne wyroby, w eleganckich słoiczkach z ładną serwetką na wierzchu. Mają własną markę. Kupiłem musztardę pomidorową. Uśmiechnięty zakonnik zaprasza na gorące napoje, można też coś zjeść. Sądząc, że to tylko chwilowy postój, zamawiam herbatę. Okazuje się, ze dla pozostałych moich współwycieczkowiczów, to jest ostatni punkt wizyty w klasztorze. Tego się obawiałem.

Zaczęło się kupowanie. – Trzy porcje ruskich… – Nie, ja chce 5, w tym jedne z mięsem… – Dla mnie dwie porcje, ale bez okrasy… – Przepraszam, ale ten barszcz jest za zimny… – Ja nie dostałem jeszcze szarlotki… – Ja nie zamawiałem z mięsem, moja żona nie je z mięsem… – Poproszę jeszcze dokładkę…

Mnichowi gaśnie uśmiech po obsłużeniu trzeciego krzykacza. Ja dopijam herbatę i chowam aparat. Wystarczy. Więcej z wami nie idę. Ani z wami, ani z innymi. A wam, drodzy czytelnicy, opowiem o wrażeniach, kiedy ich naprawdę doznam.

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!