(© Ewa Kuba)

French Horn Rebellion pokazali rogi i trochę rebelii, a Cut Copy uniosło ciężar koncertu i zgotowało nam wczoraj w Palladium iście mokrą łaźnię.

Punktualność Rozgrzewki przed Free Form Festival była zaskakująca. Zgodnie z planem koncert rozpoczął się o godzinie 20 z malutkim haczykiem, kiedy przy dwóch keyboardach i dwóch laptopach pojawili się bracia o bujnych czuprynach - French Horn Rebellion. To było jedno z najdziwniejszych doświadczeń okołokoncertowych w całej mojej karierze. Zaprogramowany sprzęt grał sam, kiedy artyści włóczyli się po parkiecie zaczepiając publiczność, wspinali się po głośnikach Nie byłam jednak zniesmaczona tym bezczelnym playbackiem. Wokale były za to żywe, czasami modyfikowane przez vocodery, zawodzące trochę w stylu Yeasayera. Kaskady lukrowanej elektroniki, odrobina prawdziwego rogu (blaszanego) i dość zabawny szoł - oto czym wyróżnili się Amerykanie supportujący Cut Copy.

Piętnaście minut przerwy na zaspokojenie pragnienia i z głośników dobiega nas głos kobiety, mówiącej o wielkości Cut Copy - napięcie rośnie z sekundy na sekundę, tłum gęstnieje, na scenie w ciemności pojawiają się cztery postaci i rozlegają się pierwsze dźwięki "Lights and Music". Rozkosznie przewidywalnie odegrane zostały wszystkie momenty tego utworu - każdy klawisz został naciśnięty w swoim czasie, każdy bit był na swoim miejscu. Z głośników spływała kaskada dźwięków, które Dan wyciskał z keyboardu, które sączyły się z laptopów, gitary, basu i perkusji.

Kiedy słuchasz płyt Cut Copy, ich koncert wyobrażasz sobie mniej więcej tak, jak ten wczorajszy w Warszawie. A dokładniej: odejmując chirurgicznej precyzji i sterylności płyty, dodając trochę sprzężeń, trzasków i mocniejszych uderzeń w struny gitar oraz obowiązkowo kilka zawirowań w jakości nagłośnienia i spłaszczając o kilka wymiarów ich superprzestrzenne chórki. Moi synthpopowi ulubieńcy udźwignęli ciężar dwóch świetnych płyt. Królowały hity z "In ghost colours", okraszane kosmicznymi riffami jak w przypadku "Nobody lost, nobody found", subtelne jak w "Feel the Love", aż po kakofonię dźwięków w szlagierze, którym skończyli pierwszą część - "Hearts on fire". W ciągu ostatnich minut publiczność oszaleli nawet najbardziej odporni na dyskotekowy zew.

Było też kilka zaskoczeń, nowości i niespodzianek podczas występu:

1. Trzy nowe utwory - "Alisa", "Blink and You'll Miss a Revolution" i oczywiście "Where I'm going" - pierwsze z nich wyłoniło się z dźwięków zapowiadających "That was just a dream", by zaskoczyć wreszcie rozhałasowanymi gitarami. Drugi z nich miał dość ciemną aurę, w której wybornie brzmiały najróżniejsze instrumenty perkusyjne (zakodowane w klawiszach), w tym cymbały o karaibskim brzmieniu, co potwierdziło marszowo-plemienną fascynację Cut Copy na nowej płycie. "Where I'm going" wypadło uroczo w swojej przewidywalności.

2. Bisy otworzyli "Sands of time" - utworem wydanym jako B-Side na EPce "Far Away", z bezkompromisową, hipnotyzującą elektroniką. Strzelili w dziesiątkę, wybierając mało znany numer z transowym potencjałem na hit wszystkich parkietów. I ten banalny tekst!

3. Lekceważona debiutancka płyta "Bright Like Neon Love" zawojowała cały koncert - kosmicznego doświadczenia "That Was Just a Dream", połączonego obowiązkowo z "Zap Zap", nie przebił ani jeden singiel. Błyskotliwe połączenie nowoczesnego z klasyką (romantyczne smyczki), odrobina dramaturgii w głosie Dana i dostateczna ilość przestrzeni, której tej utwór wymaga złożyły się na najgenialniejszą część tej wyczerpującej godziny z Cut Copy. Ciary!

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!