Początki starań Turcji o przystąpienie do Unii Europejskiej sięgają 1963 r. Formalnie proces akcesyjny tego kraju rozpoczął się 14 kwietnia 1987 roku poprzez złożenie oficjalnej aplikacji. Negocjacje trwają już od przeszło dwudziestu lat.

Noc była jasna. Silniki usypiały monotonnym szumem. Ocknąłem się, kiedy stewardesa informowała spokojnym głosem o zbliżającym się lądowaniu. Spojrzałem przez małe okienko na miasto roziskrzone milionami świateł. Choć znajdowaliśmy się jeszcze całkiem wysoko, granice czternastomilionowej metropolii zdawały się sięgać horyzontu. Jasna powierzchnia lądu przecięta była czarną wstęgą cieśniny łączącej dwa morza i dzielącej dwa kontynenty. Stambuł – tygiel, w którym od dawna ścierają się dwie kultury: wschodnia, w której miasto i cały kraj są mocno zakorzenione oraz zachodnia, do której silnie aspirują.

Początki starań Turcji o przystąpienie do Unii Europejskiej sięgają 1963 roku. Już wówczas Europejska Wspólnota Gospodarcza przyznała Turcji status „członka stowarzyszonego”. Formalnie proces akcesyjny rozpoczął się 14 kwietnia 1987 roku poprzez złożenie oficjalnej aplikacji. Od niemal dwudziestu trzech lat kraj ten prowadzi rozmowy z unijnymi przedstawicielami. Dyskusje, krążące wciąż wokół tych samych kontrowersji, nie dają nadziei na rychły finał. W 1997 roku tzw. Szczyt Luksemburski zablokował drogę Turcji do Unii. Jednak już dwa lata później Helsiński Szczyt Rady Europejskiej unieważnił te postanowienia. Turcję uznano za oficjalnego kandydata do przystąpienia. Przedstawiciele rządu po raz kolejny rozpoczęli zasadnicze negocjacje 3 października 2005 roku.

Główne argumenty przeciwników członkostwa Turcji w sojuszu od lat dotyczą tych samych kwestii. Niektóre z nich są trywialne, aczkolwiek nie bez znaczenia, jak chociażby fakt geograficznego położenia kraju – jedynie 3 proc. jego powierzchni znajduje się na terenie Europy. Poza tym Turcja dzieli ponad tysiąc kilometrów granicy z krajami Bliskiego Wschodu – Iranem, Irakiem i Syrią. Wolny przepływ ludności mógłby ułatwić terrorystom, których nie brakuje w tych krajach, przedostanie się do Europy Zachodniej.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że Turcja miałaby najwięcej głosów w Radzie Unii Europejskiej – głównej instytucji decyzyjnej UE. Miałoby to niewątpliwie silny wpływ na rozmaite kierunki rozwoju sojuszu, np. dotyczące kwestii religijnych. A więc kolejne „przeciw” to oczywiste obawy strażników kulturowej jedności europejskiej. Stary Kontynent stoi na fundamentach chrześcijańskiego nurtu kulturowego, zaś filarem mentalności Turków jest rzecz jasna Islam. Biorąc pod uwagę tendencję demograficzną tego kraju (ludność podwoiła się w ciągu minionych czterdziestu lat i utrzymując systematyczny wzrost, aktualnie wynosi 72 miliony), powstają obawy dotyczące spodziewanej migracji, która mogłaby zaowocować utratą „europejskich” miejsc pracy na rzecz – bądź co bądź – obywateli Azji.

Goszczę u niezamożnej, robotniczej rodziny w Izmirze. Rodzice mojego znajomego, Ahmeta, są doskonałym przykładem wspaniałej tureckiej gościnności. Zostałem przyjęty niezwykle serdecznie i mimo ich skromnych możliwości – nadzwyczaj wystawnie. Tematy rozmów same schodzą na politykę. Jestem świadkiem rzadkiego tu racjonalizmu w podejściu do kwestii tureckiej w UE.

- Turcja w Unii? Ja tego nie dożyję - mówi ojciec Ahmeta, Mehmet. - Musielibyśmy całkowicie zmienić naszą kulturę, a wielu moich rodaków wcale sobie tego nie życzy.
Popijając raki, dyskutujemy jeszcze długo po ostatniej tego dnia modlitwie imama, którego słowa trzeszczą niewyraźnie z zainstalowanego na minarecie głośnika. Gospodarze wyjaśniają, że już od pewnego czasu słowa pieśni odtwarzane są z kasety, a nie deklamowane na żywo... Pomimo trwającego ramadanu, Mehmet dalej polewa swoją anyżkową wódkę, a z biegiem rozmowy jego spostrzeżenia wydają się być coraz trafniejsze. Twierdzi, że Turcja niebędąca członkiem Unii, stanowi dla Europy swego rodzaju „zawór bezpieczeństwa”, „bufor” w kontaktach z Azją, w tej strefie swojej wschodniej granicy. W trakcie rozmowy da się jednak zauważyć wyraźną różnicę światopoglądową pomiędzy Mehmetem, a jego synem. Ahmet, będący przedstawicielem młodszego pokolenia, nie zgadza się z ojcem i nie kryje swoich aspiracji do zachodniego świata.

Około drugiej nad ranem wreszcie kładziemy się spać. Jutro ruszam dalej, na południe. Efez uświadomi mi jak wielką ironią jest, iż na każdym kroku tej muzułmańskiej ziemi można się natknąć na całe mnóstwo śladów chrześcijańskiej historii dziejów.


Wątpliwy interes ekonomiczny sojuszu w przyjęciu Turcji w krąg swoich członków wydaje się być najistotniejszym i autentycznie uzasadnionym argumentem przeciwników tego akcesu. Turecka gospodarka nie należy do słabych, jednakże znajduje się dopiero w fazie rozwoju. Pomimo optymistycznych prognoz aneks tego rynku do grupy unijnej na dzień dzisiejszy stanowiłby znaczące obciążenie ekonomiczne dla aktualnych członków wspólnoty. Kwestia finansowa wbrew pozorom sięga również wspomnianego wcześniej problemu – dysonansu kulturowego. I tu koło argumentów się zamyka.

Turcja w całej swej rozciągłości geograficznej wspaniale pokazuje różnice świata zachodniego oraz azjatyckiego. Począwszy od iście europejskich kurortów wypoczynkowych na swojej śródziemnomorskiej riwierze; poprzez niezdecydowane centrum kraju, gdzie na każdym kroku spostrzec można rażące kontrasty symboliki konsumpcyjnego Okcydentu z kolorytem orientalnego folkloru; aż po gotujący się od etnicznych konfliktów wschód - możemy obserwować pełen wachlarz wątpliwości autochtonów co do kierunku, w jakim ma zmierzać ich kraj.

Wyrównanie różnic kulturowych oraz standardów życia panujących w rejonie wschodniej granicy Turcji, poprzez dostosowanie ich do wszelkich europejskich norm, wydaje się być zadaniem groteskowo abstrakcyjnym, a przy tym wymagającym wielu lat „pompowania” weń ogromnych unijnych dotacji. W obliczu najnowszych problemów państw wspólnoty, jak chociażby postępujące bankructwo Grecji, Unia nie wydaje się być zainteresowana kolejnym członkiem, który na wstępie gotów jest więcej brać niż dawać.

Siedzimy wokół ogniska na kempingu oddalonym o kilka kilometrów od Marmaris. Podczas nurkowania w ciągu dnia poznałem dwóch Ormian, aktualnie mieszkających pod syryjską granicą. Pochodzą z małej armeńskiej wioski. Kiedy byli jeszcze mali, ich rodzicom udało się wydostać razem z nimi z kraju. Zdążyli, bo kilka lat później, w 1993 roku, granica została zamknięta przez Turcję, po zajęciu przez Armenię spornego z Azerbejdżanem regionu - Górskiego Karabachu. To nieprzeciętne rodzeństwo. Onur prowadzi badania nad ludzkim kodem genetycznym. Współpracował z niemieckimi laboratoriami, a za trzy tygodnie wylatuje na stypendium do Japonii. Będzie koordynował międzynarodową grupę młodych naukowców na Uniwersytecie Osaka. Ma 24 lata. Jego młodszy brat, Cem, to bardziej artystyczny duch.

Ku mojej uciesze okazuje się, że jest muzykiem i ma w namiocie gitarę. Przez kolejne godziny tej gorącej nocy opowiada krwawą historię Armenii, wyśpiewując przepiękne ballady pełne smutku, nostalgii i bólu. Kilku Turków, którzy są wśród nas, widząc moje zainteresowanie odmienną, niż prezentowana przez nich, wersją historii, kręcą jedynie z niesmakiem głowami i udają się na spoczynek. Zostaję z muzyką Cema i jego śpiewem. To chyba najbardziej magiczna noc podczas całej podróży po Azji Mniejszej. Ormianin snuje historie pełne cierpienia, tęsknoty i miłości do swego odległego narodu. Obserwuję niebo i orientuję się, że przedstawia ono właśnie godło ziemi, na której dziś złożę głowę do snu. Okrągły półksiężyc i jasna gwiazda.

Cem robi przerwę, a ja podpytuję Onura na temat sytuacji na wschodzie kraju. Zaczyna opowiadać o ogromnych rodzinach, które owszem, są gościnne, ale mogą przerażać swoimi arsenałami broni, służącymi do odpierania ataków tamtejszych terrorystów:

- Tak już tam jest - mówi Onur - jeśli zdecydujesz się tam pojechać, ugoszczą cię po królewsku. Możesz u nich mieszkać ile zechcesz, a cały czas będziesz jeść i pić. Ale niech Allah ma cię w swojej opiece, jeśli spotkasz bandytów z gór. W zeszłym roku znaleziono ciała dwóch francuskich turystów. Ich obcięte głowy leżały nieopodal. To dlatego tamtejsze rodziny tworzą wielotysięczne armie bojówkowe. Prawo tam nie sięga, bo ludność sama reguluje sprawiedliwość na swoim terenie i nie dopuszcza do tego żadnych przedstawicieli „władzy”, bo nie potrzebuje. Kiedy jakiś terrorysta da się złapać, wieszają go na pierwszym lepszym drzewie. Kiedy ojciec rodziny dowie się, że jego syn zdradza swoją żonę - obcina mu głowę.

Ludzie z naszego rządu dobrze wiedzą co tam się dzieje, ale nie zamierzają w to ingerować, bo tamten region rządzi się własnym prawem. Politycy rozumieją, że nie są w stanie wiele zrobić – jakakolwiek interwencja państwa i próba narzucenia wschodnim krainom tzw. „cywilizowanego prawa” skończyłaby się wojną domową, a nawet – co bardzo prawdopodobne - wyodrębnieniem się tych ziem spod oficjalnej przynależności do Turcji i początkiem wojny o ich niepodległość. Powiedzcie mi teraz, jak sądzicie – czy naprawdę wasza Unia pragnie mieć na swoim terytorium taki bałagan?


Najtrudniejsze problemy związane z turecką polityką zagraniczną, są jednocześnie najsilniejszymi argumentami przeciwników włączenia Turcji do Unii Europejskiej. Używają ich swobodnie, bo dobrze wiedzą, że nieprędko turecka duma pozwoli ugiąć się jej obrońcom i przyznać do błędów przeszłości. Pomijając niemniej istotne kwestie polityki wobec Kurdów, czy też Cypru Północnego, spójrzmy na najmniej „wygodny” dla Turków temat. Pierwsza masowa rzeź XX wieku, jaką Turcy przeprowadzili na Ormianach, a w wyniku której w latach 1915 - 1917 zginęło ok. 1,5 miliona ludzi, do tej pory nie została uznana przez Turcję za ludobójstwo. Przyznanie się do tej przerażającej zbrodni jest jednym z podstawowych warunków do prowadzenia dalszych rozmów dotyczących wstąpienia do Unii.

Chociaż w przełomowym 2005 roku Turcja pierwszy raz zaproponowała Armenii powołanie komisji, mającej zbadać sprawę masakry sprzed lat, to jednocześnie w tym samym roku wprowadzono kontrowersyjny art. 305 Kodeksu Karnego, który pozwala karać za „obrażanie tureckości”. Obrażaniem takim nazywa się właśnie używanie słowa „ludobójstwo” w wiadomym kontekście. Tureckiemu pisarzowi - nobliście Orhanowi Pamukowi wytoczono proces za to, że ośmielił się wspomnieć o tragedii Ormian.

Jednocześnie ostatnio widać postęp w dialogu tych dwojga narodów - 10 października 2009 roku pierwszy raz od czasów ludobójstwa Turcja i Armenia nawiązały stosunki dyplomatyczne, skutkiem czego otwarto granicę dzielącą dwa kraje. Jednakże wydaje się, iż potrzeba będzie jeszcze wielu lat, aby potomków sprawców tamtych strasznych wydarzeń stać było na pokorę w imieniu swoich przodków. Swoista mitologia historyczna i bardzo silna u Turków duma narodowa nie pomaga im przyznać się do prawdy z przeszłości i oficjalnie przyjąć narodowego brzemienia winowajców zbrodni.

Obserwuję mewę, która przed chwilą przeleciała nad nami, a teraz szybuje już wysoko na tle ogromnej pomarańczowej kopuły świątyni Hagia Sophia. Dociera do mnie słodkawy zapach gotowanej kukurydzy, którą sprzedają na ulicy panowie z wielkimi wąsami. Siedzę w ogródku jednej z wielu restauracyjek historycznej dzielnicy Stambułu - Sultanahmet'u - i cieszę się ulicznym gwarem tego wspaniale kolorowego miasta, stanowiącego perłę Orientu. Po zakreśleniu na mapie ogromnego koła, wróciłem do miejsca skąd trzy tygodnie temu rozpoczynałem podróż.

Popijam słodką herbatę z charakterystycznej szklaneczki i rozkoszuję się ostatnim wieczorem w Turcji. Na drewnianej scenie rozpoczyna się ludowy pokaz tańca Wirujących Derwiszy. Moją uwagę zwraca pewne tureckie małżeństwo z dziećmi. Ona – zasłonięta tradycyjną burką, siedzi posłusznie z boku. On - w ubraniach wyłącznie zachodnich marek, sączy coca-colę... W obywatelach Turcji tkwi więcej dowodów na takie wewnętrzne rozdarcie.

Z jednej strony chcą być już nowocześni, z drugiej - stosują ogólnokrajową cenzurę (ostatni przypadek zablokowania na terytorium Turcji serwisu YouTube oraz jego kanałów, po pojawieniu się filmu przedstawiającego w świetle masonerii uwielbianego ojca narodu - Mustafy Kemala Ataturka). Turcy są niesłychanie dumni ze swojego państwa, a jednocześnie aspirując do Europy, ujawniają czasami specyficzny „kompleks Azji”. Patrząc na kierunek w jakim zmierza ten piękny kraj, o tak kolorowej tożsamości kulturowej, można powiedzieć, że tożsamość ta przechodzi proces intensywnej transformacji – naród ten nie jest już tak bardzo azjatycki jak kiedyś, ale też nie jest jeszcze tak europejski, jak chciałby być i może w przyszłości będzie.

Już po zmroku. Głośne cykady szumią w koronach drzew Sultanahmet'u. Ich koncert zlewa się z melodią fal Bosforu w jednostajną kołysankę. Na tarasie hostelu, zlokalizowanym na dachu kamienicy, jest gwarno i wesoło. Przy zsuniętych stołach siedzimy my - obywatele świata: Kanadyjczyk, który leci na ślub brata w Egipcie; młoda para - on z Argentyny, ona z Kolumbii; trzech braci z Australii, którzy przemierzyli Azję na motocyklach i właśnie dotarli do Europy; student z Hong-Kongu; Francuzi, Niemcy i oczywiście Anglicy. Wszyscy w podróży za małe pieniądze. Popijamy Efes - wspaniałe tureckie piwo i wymieniamy się globtroterskimi doświadczeniami.

Wyłączam się na moment, zachwycony widokiem, jaki nam towarzyszy. Siedząc na europejskim brzegu, patrzę w lewo i widzę wspaniałe kopuły pałacu Topkapi, minarety Hagia Sophia oraz Błękitnego Meczetu. Gdy spojrzę w prawo, widzę łączący dwa kontynenty Most Bosforski, a pod nim tramwaje wodne. Przewożą pasażerów na drugi, azjatycki brzeg, którego światła tworzą teraz jasną łunę nad tamtą częścią miasta. W tym momencie do moich uszu dociera fragment rozmowy:

- Jutro wybieramy się na tamten brzeg. Tak się cieszę – pierwszy raz będę w Azji! - mówi podekscytowany Amerykanin do Mustafy, właściciela hostelu.
- Zapamiętaj sobie jedno - odpowiada mu na to oburzony Turek, który wydaje się być autentycznie dotknięty i wcale nie żartując, mówi naprawdę poważnym tonem - Tu nie jest żadna Azja. Tu jest Anatolia. Czyli Turcja.

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!