W kinach pojawił się najnowszy film francuskiego aktora. Nieprzyzwoity, ociekający seksem, pełen nagości i pieniędzy. Wszystkie pokusy znajdziesz w Nowym Jorku.

W nowym filmie Gerard Depardieu gra podstarzałego playboya, który nie przepuści żadnej okazji, żeby poflirtować czy poderwać kobietę. Z jego ust w obecności płci pięknej co rusz wydobywają się lubieżne westchnienia i charczenie.

Sam film jest dość nietypowo skonstruowany. Pierwsze dwadzieścia minut to nieustające sceny seksu - bynajmniej nie ograniczające się do par. Mamy tu bowiem trójkąty i orgie. Można powiedzieć, że dla Depardieu, aktora z wielkim dorobkiem artystycznym, który nie musi już potwierdzać swojej pozycji w świecie filmowym, ani nikomu nic udowadniać, jest to rola wymarzona.

Aktorowi nie zabrakło odwagi. Nie wstydził się pokazać pośladków i genitaliów (kilkukrotnie) - widać, że ma do siebie dystans i mimo wieku, nie męczą go kompleksy. A towarzystwa w scenach erotycznych mógłby mu pozazdrościć niejeden holywoodzki amant. Piękne panie są nieodzownym elementem filmu.

Jednak obraz nie może ograniczać się do samego radosnego uprawiania miłości - nie jest to w końcu erotyk, ani film pornograficzny. Prawdziwa akcja zaczyna się więc po scenie molestowania pokojówki. Devereaux(Depardieu) - znany francuski finansista na gościnnych występach w USA zostaje przez nią oskarżony o gwałt. Trafia do aresztu, gdzie świat wali mu się na głowę.

Żona (w tej roli ciekawie grająca Jacqueline Bisset) zaalarmowana telefonem postanawia mu pomóc pomimo, że sprawa praktycznie przekreśla szanse Devereauxa stanowisko prezydenta Francji, o czym wcześniej oboje marzyli. I tutaj film ma drugie dno. Co bowiem rządzi światem poza seksem? Oczywiście - pieniądze. I właśnie ogromnych pieniędzy wymaga wyciągnięcie męża-seksoholika z tarapatów, co prowadzi widza do gorzkich refleksji.

Kolejne sceny, choć są ze sobą powiązane związkiem przyczynowo-skutkowym nie do końca są dobrze dobrane. Są niezgrabnie połączone, niczym niepasujące do siebie puzzle. Niby z jednego obrazka, jednak krawędzie nie harmonizują.
Można powiedzieć, że "Witamy w Nowym Jorku" jest spektaklem jednego aktora. Wszystko kręci się wokół Gerarda Depardieu, który na szczęście ma co pokazać (nie tylko fizycznie) na ekranie. Miło, że ten znany francuski aktor nie ogranicza się w swej dojrzałości scenicznej do roli Obeliksa.

Niby film o radosnych sprawach - seks i pieniądze - a jednak smutny. Można wysnuć z niego jeden posępny wniosek. Jak masz kasę - możesz wszystko. Wszyscy Cię usprawiedliwią, poklepią po plecach, pożałują i jeszcze podadzą Ci filiżankę kawy czy kieliszek wina dla ukojenia.


Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!