Niemcy Niemcy

Niemcy.

Są to wspomnienia dziecka wojny. Utkwiły mi w pamięci różne momenty życia i straszne, i głupie... Nie zdawałem sobie sprawy, że śmierć była tuż tuż i mnie tylko powąchała...

Fotoplastykon

*****
Zdarzają się takie noce, że leżąc w półśnie, dochodzą do mnie jakieś mgliste wspomnienia i przed oczami przesuwają się obrazy z dzieciństwa, istny fotoplastykon...

***
Może było tak... Duża kuchnia w domu przy ulicy Kotlarewskiego w Sołotwinie... Na stole przykopcona lampa naftowa. Przy rodzącej krząta się lekko ślepawa babka. Ostatni skurcz i na świecie pojawia się obślizgły, wrzeszczący noworodek... Przecięcie pępowiny... Pada pytanie: „Dziewczynka”? Akuszerka przybliża lampę... Nie!

***
Kołyska, a w niej niemowlak... Matki nie ma... A ten się drze ... Może jest głodny, a może mu mokro... Urodzi się taki i już dodatkowa gęba do jedzenia i do podziału w spadku... Dwaj bracia: dwunastolatek i dziewięciolatek sprawują opiekę. Kołyszą mocno, coraz mocniej, niemowlak wypada na podłogę...

***
Zima w tych stronach przychodzi wcześnie i trzyma długo... Od strony Manasterczan, na przełaj, przez ośnieżone pola idą moi rodzice. Młodzi, szczęśliwi wracają do domu. Może powiadomili moich dziadków, że za długo oszczędzane, chyba 500 dolarów, dokupili kawałek pola. Cieszą się. Pole - kapitał żelazny. Nie zmoże go ogień, nie zabierze woda. Ciągną sanki. Leżę na tych sankach i obserwuję niebo cudownie rozgwieżdżone. Jest siarczysty mróz. Pod butami idących skrzypi śnieg. Z ust bucha para... Gdzieś z oddali niesie się wilcze wycie...

***
Bracia tłuką się. Zaczepny jest ten starszy. Chce koniecznie rządzić. Nie chce ustąpić młodszy. Pomagam mu, bijąc starszego po nogach haczykiem od paleniska. Wróci w sobotę po pracy ojciec i będzie paskiem od spodni rozsądzał sprawę...

***
Sołotwiński rynek. Jest któryś tam dzień września 1939 roku. Od strony Nadwórnej wjeżdża oddział sowieckiej konnicy. Sołdaty w szarych szynelach, czapki - spiczaste budionki z czerwonymi gwiazdami, na plecach krótkie karabinki, przy siodłach szable... Aha! Wybuchła wojna. Polski już nie ma...

***
Koniec kułaczenia... Na naszych polach pojawiły się ciężkie „stalińce”, ciągnące wieloskibowe pługi. Teraz będzie tu kołchoz. - No, o co wam, chadziaj, chodzi? Teraz wszystko jest już wasze... Po chleb trzeba ustawić się w kolejce...

***
Nad Sołotwiną przechodzi letnia burza. Nie taka duża, na szczęście, która pozwalała naszej Bystrzycy porywać chłopskie chaty. Na podwórku pozostały kałuże. Zjawiają się moje sąsiadki Ukrainki. Bawimy się i sikamy sobie do jednej kałuży...

***
Na naszej ulicy mieszka rodzina Andrejczuków... On Polak , ona Ukrainka (albo odwrotnie)... Mają dzieci w moim wieku - dwóch chłopców... Święta Bożego Narodzenia obchodzą
dwa tygodnie później niż katolicy... Jestem u nich... Noc... W kącie choinka... Dorośli chyba na pasterce... Jesteśmy sami zamknięci od zewnątrz... Bawimy się, nagle ktoś potrącił lampę naftową, która spada na podłogę wyłożoną podług zwyczaju sianem... Szklana lampa tłucze się, nafta rozlewa ... Siano zaczyna się palić...

***
Nowa wojna. Niemcy napadają na Rosję. Na sołotwińskim rynku pozostał samotny pomnik Lenina. Ktoś na jego wyciągniętej ręce zawiesił wiadro - ”na kontyngent”... Na naszych polach zbieramy zasiany kołchoźniany owies. Przychodzi mroźna, trudna zima 41/42 roku. Głód - ratujemy się plackami z tej owsianej, roztartej na żarnach mąki...

***
Mamy już innego okupanta. Ten rozwiązuje z niezwykłą zaciekłością i skrupulatnością tak zwaną „kwestię żydowską”. Bawimy się z moim kuzynem koło mostu na Młynówce. Słyszymy kilka wystrzałów. Po latach dowiem się, jak na okopisku-kirkucie wymordowano ostatnich sołotwińskich Żydów - rodzinę aptekarza i małego chłopczyka - synka lekarza z Porohów...

***
Niemcy hołubią Ukraińców. Obiecali im „samostijną Ukrainę”. Stare prawo: „dziel i rządź”. Żydów już nie ma. Ci wyżywają się na Polakach.

***
Jestem koło Sołońca. Podchodzi do mnie trzech ukraińskich rówieśników. Grożą mi. Cofam się i wpadam do potoku. Śmieją się... To był może żart. Ale niedługo żarty się skończą...

***
Na sołotwińskim rynku leżą rozstrzelane ciała 30 Polaków. Na egzekucję, karę za zabicie niemieckiego żandarma, zgarnięto wszystkich mieszkańców. Na murze, gdzie był kiedyś kiosk z lodami, widzę jakby kawałeczki mózgu...

***
Płaczę i płaczę... Zabrano mi brata i koalicjanta na roboty do Niemiec. Marian nie ma jeszcze piętnastu lat. Ojciec nie zobaczy go już nigdy...

***
Budzę się. Na pierzynie i poduszce szkło. Rozglądam się i widzę wyłamane okno. Co się stało? Pewnie był napad... Gdzie jest mama? Dlaczego mnie nie zbudziła? Miałem się przecież schować we wnęce na drewno pod kuchnią... Nie zdawałem sobie sprawy, że śmierć była blisko, że mnie tylko powąchała...

***
Przychodzą straszne wieści... Pod nóż idą całe polskie wsie... Zasiana nienawiść osiąga apogeum... Po napadzie nie śpimy już w domu... Wieczór, cichaczem przechodzimy na drugą stronę uliczki... Księżyc w pełni i świeci tak mocno, że rzuca cienie... Rozglądamy się, czy ktoś nas nie widzi... Wchodzimy do domu sąsiada - Ukraińca... W jego chacie jest piwniczka... Podnosi klapę - wchodzimy...

***
Tak, to było już po napadzie... Nasz wierny Luks dzielnie bronił domu. Nie pozwalał wejść od frontu. Dopiero jak łańcuch skręcił się całkowicie, nie miał już jak bronić, banderowcy weszli przez wyłamane okno... Tadek, nie wiadomo po co, zabrał go ze sobą do Dźwiniacza, gdzie pracował z ojcem w kopalni wosku. Tam zastrzelili go werkschutze...

***
Kto może ucieka, ale gdzie i dokąd uciekać... Domy Polaków spalone, niektóre ze schowanymi mieszkańcami... Nas przygarnia w powiatowej, nieco bezpieczniejszej Nadwórnie, wujostwo Hanusów...

***
Noc. Na podłodze w kuchni układa się do snu kilkanaście ucikinierów z Sołotwiny. Jest ogólny strach przed napadem. Leżą pokotem same kobiety i nas dwóch - ja i mój kuzyn Edzio Nowak – równolatek. Zajmujemy się sobą, popierdujemy jak na zawodach, po udanej serii śmiejemy się, zakłócając spokój. Nie reagujemy na uwagi pod naszym adresem... Do czasu. Nie wytrzymał nerwowo wujek Hanus, wypadł z pokoju i paskiem od spodni wykonał „egzekucję”. Jęknęliśmy tylko. Nastała wreszcie cisza...

***
Wujostwo mieszka tuż przy ruinach nadwórniańskiego zamku. Na ich podwórku zainstalowała się niemiecka polowa kuchnia. Przy kuchni krząta się wedle obiadu gruby kucharz Hans. Nagle ten wścieka się... Zobaczył, że wrzuciłem mu do kotła z zupą patyk, który wcześniej zanurzyłem w guanie z wychodka. Zaczyna mnie gonić, wypadam za podwórko w równe rzędy okopanych kartofli... Grubas goni mnie w butach saperkach, wrzeszczy okropnie, wymachuje pistoletem, którym uśmiercał bydło dla wojskowej kuchni... Jestem zwinniejszy... Uciekam...

***
Kapliczka przy drodze na Bitków. Na katafalku ciała dwóch kobiet, matki i córki... Wykrzywione zadanym bólem usta... To moje krewne, siostra mego ojca i jej córka... Co komu zawiniły? Dlaczego je zamordowano? Poszły tylko po żywność do swoich opuszczonych domów w Sołotwinie...

***
Słychać z oddali pomruki armat. Zbliża się front. Jestem na cmentarzu i widzę jak do rzędu wykopanych grobów wrzucane są bez trumien ciała niemieckich żołnieży w pokrwawionych mundurach feldgrau...

***
Dlaczego wszyscy pochowali się w piwnicy? Stoję przy domu wujka na ulicy. Ale co to? Zbliżają
się i idą wprost na mnie... Tyraliera rosyjskich bojców z długimi karabinami i zatkniętymi na nich
trójgraniastymi bagnetami... Mijają mnie... Aha! Front dotarł już tu... Nadwórna zdobyta...

***
Nad nami pojawiają się samoloty... Latają nisko... Widać czarne krzyże... Nikt do nich nie strzela... Chowamy się z ojcem w jakichś zagłębieniach koło zamku... Celem nalotu jest chyba rafineria... Trafiają... Chmura czarnego dymu unosi się nad miastem. Jedna z bomb spada też na cmentarz... Ginie grabarz...

***
Jestem już w Bitkowie. Osiedle kopalniane. Położone na wzgórzach, 12 km od Nadwórnej. Tu wiele lat przepracował mój dziadek Karol Szajer. Był palaczem kotłów parowych. Para napędzała różne maszyny i pompy wydobywające ropę naftową, odkrytą tu w XIX wieku. Dziadek miał
na strychu w Manasterczanach dwa żelazne krzyże - dla siebie i babci, gdy przyjdzie ich czas...

***
Do Bitkowa przyjechały ruskie żołnierki. Ładne dziewczyny. Widzę, jak idą całą szerokością ulicy... Trzymają się za ręce i śpiewają... Wojna jeszcze trwa... Może ich chłopcy zdobywają właśnie Berlin...

***
Mieszkamy w kopalnianych barakach. Chodzę do szkoły położonej na wysokiej skarpie tuż przy kościele. Tu, już niedługo, otrzymam promocję do klasy trzeciej, wypisanej na kartce papieru wyrwanej z zeszytu z ruską pieczęcią z sierpem i młotem...

***
Mamy dwie kozy. Jedna czarna, druga biała. Chodzę z nimi do młodnika bukowego. Ta czarna jest młodsza i do tego cwaniaczka. Biała rogami pochyla drzewko i przesuwając się ku czubkowi, objada liście. Czarna tylko na to czeka, podbiega do czubka i zjada najdelikatniejsze, najsmaczniejsze listeczki. Od kilku miesięcy mam malutką siostrzyczkę. Mleka nam nie brakuje...

***
Wojna się skończyła. Za kilka miesięcy otrzymamy zgodę na repatriację do Polski... Dziwne, mieszkaliśmy w Polsce i teraz mamy jechać do Polski?

***
Czekamy i czekamy... Las, kozy... Przyszedł wrzesień i pastuszek skończył dziewięć lat. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć życzeń... żeby choć dał ktoś dziecku kostkę cukru, ale cukru też nie było...

***
Stacja kolejowa w Nadwórnej koło zbombardowanej rafinerii. Podstawiono kilkanaście płytkoburtych lor i jeden bydlęcy wagon zadaszony dla matek z małymi dziećmi. To będzie już ostatni transport...

***
Wprost z Bitkowa jakimś ruskim kanciastym autem zis piać podrzucają „nasz dobytek” na stację. Ładujemy się do wagonu. Najważniejsze, że udaje się wyjechać z życiem! Nie jest to jeszcze całkiem pewne, bo były wypadki napadów na transporty repatriantów. Majątek nasz to: 3 pierzyny, 3 skrzynki po amunicji czołgowej, a w nich trochę odzieży, mąki kukurydzianej i kilka naczyń kuchennych. Dodatkowo piecyk na węgiel, jedna koza, trzy kury i jeden kogut! Gwizd lokomotywy... Szarpnęło wagonami, pierwszy raz w życiu jadę pociagiem...

***
Wlecze się ten transport, wlecze... Mama twierdzi, że na pewno niedługo wrócimy. Przecież
został tam nasz dom, ogród, sad i pole, którego przecież woda nie zabierze i ogień nie spali...

***
Stukają koła wagonu. Stuk-stuk,stuk-stuk, stuk-stuk... Na zachód, na zachód, na zachód... Coraz dalej od rodzinnego domu. Mijamy transporty czerwonoarmiejców wracających z wojny do domu... Cieszą się, śpiewają, gra harmoszka...

***
Po iluś tam dniach dojeżdżamy wreszcie do granicy państwowej na Sanie. Pociąg powoli wtacza się na drewniany, skrzypiący most. W dole jesienna, spieniona rzeka...

Jest jedenasty dzień listopada 1945 roku - ponoć ”świeto niepodległości”...

***
Wrocław, 11.11.2009 r
Zbigniew Sypień

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!