Piotr Nowak, Maciej Skorża, Waldemar Fornalik, Berti Vogts, a może ostatnia z medialnych rewelacji Sven-Goran Eriksson? Żadna z tych kandydatur nie wydaje się przekonująca.

Czy Polsce potrzebny jest trener-dyktator czy trener-ojciec? Chłodny taktyk czy temperamentny motywator? Medialne zwierzę czy introwertyk, który robi swoje otoczony ciszą gabinetu? Wreszcie, Polak czy obcokrajowiec? Jeśli nie dał rady Franciszek Smuda, największy twardziel wśród polskich trenerów, to kto da radę? Jeśli wypalił się Leo Beenhakker, który w swoim CV miał m.in. Real Madryt i reprezentację Holandii, to kto sprosta zadaniu prowadzenia reprezentacji chronicznie cierpiącej na brak sukcesów?

Obracając wszystkie te pytania w żart, można powiedzieć, że jest przecież zawsze chętny do poprowadzenia czegokolwiek, mistrz autopromocji Jerzy Engel. Rzeczniczka PZPN Agnieszka Olejkowska oszczędziła zszargane nerwy dziennikarzy i kibiców zapewniając, że kandydatura Stefana Majewskiego, trenera reprezentacji młodzieżowej, nie jest rozpatrywana. Naprawdę, kamień spadł z serca. Gdzieś w tle pojawiał się 66-letni Henryk Kasperczak, ale on nigdzie poza nacjami afrykańskimi nie znalazł uznania.

Schematu nasz-obcy-nasz-obcy nie można powielać ot tak sobie. Musi decydować jasne kryterium: z kim na ławce biało-czerwoni osiągną więcej?

Przeciwny importowi trenera zza granicy jest PZPN-owski beton, dla którego byłby to policzek wymierzony dumnej polskiej szkole. Obcokrajowiec będzie mniej sterowalny i mniej podatny na sugestie trenerskich "autorytetów", będzie trudniejszy do skontrolowania, do tego pewnie otrzyma większy kredyt zaufania od mediów, przynajmniej początkowo zauroczonych faktem, że ktoś z zewnątrz chciał posprzątać stajnię Augiasza, jaką jest polski futbol.

Świetnym kontrargumentem dla orędowników opcji zagranicznej jest postać Leo Beenhakkera, który po historycznym awansie do mistrzostw Europy wszedł w rolę oświeconego wykładowcy dla bandy nieuków. Na przekór wszystkim lansował zawodników (Pazdan, Zahorski), którzy niczym nie wyróżniali się na ligowych boiskach, rzekomo dostrzegając w nich to, czego nie widzą polscy szkoleniowcy. Przegrane w fatalnym stylu eliminacji do mundialu w RPA udowodniły, że Holender zbłądził i nie potrafił zawrócić na właściwy tor.

Vogtsa i Erikssona łączy to, że lata świetności dawno mają za sobą. Pierwszy z nich z reprezentacją Niemiec był mistrzem Europy w 1996 r. (dwa lata później w fatalnym stylu rozstał się z kadrą), drugi przez pięć lat prowadził Anglię m.in. do ćwierćfinałów mistrzostw świata i Europy. Potem było już tylko gorzej: Kuwejt, Szkocja, Nigeria, ostatnio Azerbejdżan w przypadku Niemca, Meksyk i WKS w przypadku Szweda. W swoich tymczasowych ojczyznach długo miejsca nie zagrzewali, odchodzili niespełnieni. Coś musi w tym być, że żadna licząca się europejska firma nie sprowadziła ich do siebie.

Obcokrajowiec będzie potrzebował czasu na zapoznanie się z polskimi realiami, wysondowanie na kogo warto stawiać, a komu podziękować. Większość z powołanych na Euro to zawodnicy anonimowymi poza granicami Polski. W interesie kadry, która za dwa i pół miesiące rozpocznie eliminacje do mistrzostw świata w Brazylii, jest jak najszybszy wybór następcy Smudy.

Piotr Nowak, czyli zagraniczny polski trener, za oceanem spędził ostatnie 14 lat, z soccerem w wydaniu europejskim ani naszym krajowym styczności praktycznie nie miał. Powierzenie jemu sterów reprezentacji można porównać do operacji na otwartym sercu.

Macieja Skorżę, asystenta Pawła Janasa na mundialu w 2006 r., wysoko ceni środowisko. Z grona młodych trenerów dysponuje chyba najrzetelniejszym przygotowaniem merytorycznym, prowadząc Legię i Wisłę przekonał się na własnej skórze, jak to jest pracować w nieustannym napięciu, ale - co pokazały ostatnie lata - różnie sobie z nim (nie) radził.

Wśród medialnych faworytów najlepsze wrażenie robi Waldemar Fornalik, najdłużej pracujący trener w Ekstraklasie. W grze jego Ruchu widać myśl taktyczną, porządek, podział obowiązków, nic nie zostało pozostawione przypadkowi. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że z lepszymi wykonawcami mógłby osiągnąć więcej.

Nie prowadził jednak wielkiego klubu z wielkimi nazwiskami. Styczności z piłką międzynarodową jako zawodnik i jako trener praktycznie nie miał.

Reprezentacja i klub to dwie różne bajki. W ciągu roku selekcjoner ma do dyspozycji swoich wybrańców niewiele ponad miesiąc. W tym czasie musi dokonać przeglądu personaliów, dopasować strategię do zmieniających się wykonawców, nie ustawać w poszukiwaniach nowych twarzy, lawirować między doświadczeniem i młodością.

Franciszek Smuda męczył się prowadząc kadrę, podczas gdy w codziennych zmaganiach ligowych tętnił życiem. Fornalik dobrze czuje się przy Cichej, wykorzystuje do maksimum skromny chorzowski potencjał finansowy i organizacyjny. Nie wiadomo, jak zniesie presję nie 10 tysięcy, ale 38 mln kibiców, ani jak poradzi sobie z wysoko zawieszoną poprzeczką oczekiwań. Gdyby w lidze zajął nie drugie, ale ósme miejsce, pewnie nikt nie miałby do niego pretensji. Dla reprezentacji liczy się tylko awans.

Abstrahując od nazwisk, pojawiających się i znikających na dziennikarskiej giełdzie, selekcjonerem musi zostać ktoś obdarzony charyzmą, ktoś, kogo sugestie nie będą odbijać się jak od ściany, ktoś, kto "wywoła stan między podziwem a strachem", jak to ujął Gabriel Batistuta.

Nikt z wyżej wymienionych nie gwarantuje takich zdolności.

Znajdź nas na Google+

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!