Wakacyjna Akademia Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego, zorganizowana w tym roku już po raz drugi, zakończyła się dokładnie miesiąc temu. Dziennikarstwo wieku XXI, roku 2010, dziennikarstwo masowe i napierające na odbiorcę falą wysoką i potężną, każe szukać newsa, hitu, informacji ważnej i szokującej.

Poruszając temat przebrzmiały, przestarzały, gazeta lub czasopismo dobrowolnie kładzie się pod ostrze katowskiego miecza, narażając własną skórę na brak zainteresowania ze strony czytelników. Są jednak sytuacje, wydarzenia, rozmowy, które warto przywracać do życia nawet po dłuższym czasie. Takim było dla mnie spotkanie z Wojciechem Jagielskim, jednym z wielkich obecnych na WARRK 2010 w Siennicy Różanej. Poczynione wówczas notatki, choć momentami chaotyczne i urywające się w pół zdania, poruszyły mechanizmy pamięci i pozwoliły przywołać sceny z początku lipca. Przytoczenia i refleksje, będące przedmiotem tego tekstu, to swoiste wariacje na temat wykładu Wojciecha Jagielskiego, który opatrzony został tytułem "Od depeszy do reportażu".

Bywam człowiekiem i bywam dziennikarzem


W ów palący lipcowy dzień Wojciech Jagielski mówił o wielu rzeczach, włączając w swoją opowieść odpowiedzi na pytania słuchaczy. Powiedział o swoistym rozdwojeniu jaźni, będącym dla niego sposobem na rozdzielenie pracy i życia prywatnego. Jako korespondent wojenny (zaznaczyć trzeba, że Jagielski uważa to pojęcie za dosyć nieokreślone), wyjeżdżając z kraju w tereny ogarnięte wojną, jest przede wszystkim - a nawet tylko - dziennikarzem. Jako człowiek - podkreśla - nigdy by w takie miejsce nie pojechał, nie odwiedziłby Czeczenii, Afganistanu, a osobę decydującą się na taki krok uznałby za kogoś niespełna rozumu. W realnym życiu człowiek grający uchodzi za dwulicowego, fałszywego, niegodnego zaufania. Jagielski w pracy zawodowej w pewnym sensie gra - gra człowieka kontrolującego swój strach, uczucie, które w takich okolicznościach powinno być przecież dominujące. Jagielskiemu strach nie jest obcy. Jednak wyjeżdżając na front, zsuwa go na obrzeża świadomości, skupiając uwagę na czymkolwiek, choćby na pokonywanych kilometrach afgańskich dróg. I nie widzi nic dziwnego w tym, że po powrocie z wojenno-dziennikarskich ścieżek zasiada przed ekranem telewizora, ogląda mecz piłki nożnej, je na kolację coś smacznego. Być może właśnie szacunek dla życia rodzinnego, ta wyraźna cezura dzieląca pracę i życie prywatne sprawia, że Wojciech Jagielski umie - bez spalającej siły pasji - podchodzić do siebie z dystansem i na luzie. Inaczej niż Ryszard Kapuściński. On z kolei (chciałoby się powiedzieć: jak na cesarza reportażu przystało) potrafił obrazić się na uczestniczkę warsztatów dziennikarskich za pytanie, czy nie żałuje, że praca odrywała go na tak długie okresy od żony, córki, domu.

Dorobek reporterski Jagielskiego nie jest tak imponujący jak spuścizna Kapuścińskiego, ale i nie kariera reportażysty była jego życiowym celem. Jagielski nie chciał być reporterem, dziennikarzem. Nie chciał, to znaczy nie uwzględniał tego w swoich dziecięcych i młodzieńczych marzeniach. Marzył o zostaniu najlepszym piłkarzem świata bądź bokserem, zaś na dziennikarstwo i nauki polityczne poszedł tylko z powodu miłości do studentki Akademii Sztuk Pięknych. Kierunek, który pierwotnie chciał obrać - weterynaria - przegrywałby w konfrontacji z artystycznymi ciągotami dziewczyny. Także dziś Jagielski nie wyrusza w podróż po to, by napisać reportaż. Nie jest tak, że znajduje interesujący temat i jedzie, żeby zebrać materiał i stworzyć książkę. Pomysł na tekst przychodzi po zetknięciu z krajem, tematem, sytuacją. Poza tym ciągle jest korespondentem PAP. To tam trafił po studiach, tam przyszedł prawie bladym świtem, na 6 rano. Spodobał mu się klimat tego miejsca. Został. Był to według niego jakiś rodzaj przypadku. Pierwszym czytelnikiem jego książek, poszczególnych rozdziałów, jest żona. Nie tylko je czyta, ale też wygładza nierówności, pomaga likwidować zgrzyty. Jagielski otwarcie przyznaje się do jej pomocy, do wielkiego wsparcia. Mimo to, wyjeżdżając w tereny ogarnięte wojną, jest sam. Jakim cudem udało mu się bez szwanku odbyć podróże do miejsc, które w mentalności przeciętnego Europejczyka są synonimem mordu, rzezi i bezprawia? W pracy reportera niejednokrotnie ratowała go znajomość tematu, wiedza: na temat kraju, do jakiego pojechał, na temat osób (członków rządu, generałów), których miał sposobność tam spotkać. Zdarzało się, że to właśnie ta wiedza ratowała mu skórę, że dzięki niej odbierany był nie jako zwykły dziennikarzyna, ale niemal wysłannik, osoba niezwykle ważna.

Fan Boba Dylana


Na początku spotkania w Siennicy Różanej widać było, że Jagielski jest zawstydzony miejscem, w którym przyszło mu siedzieć. Peszyła go widownia, świadomość, że pozostał wobec niej sam. Przychodzi tu na myśl Kapuściński, którego niepewność siebie tak zaskakiwała stykających się z wielkim Kapu ludzi. I faktycznie, Jagielski jest pozbawiony zmysłu gwiazdorskiego, w swojej nieśmiałości jest ciepły i otwarty. Uczestnicy siennickiej Akademii usłyszeli, że był niedawno w RPA, oglądał tam mecze Mistrzostw Świata w piłce nożnej, a po powrocie, w Gdyni, bawił się na koncercie kultowego dla siebie zespołu Pearl Jam. Opowiedział też historię o tym, jak kiedyś nieopatrznie znalazł się po drugiej stronie frontu i trafił na celownik żołnierskich karabinów. Bojownicy omyłkowo sądzili, że chce ukraść stojący nieopodal samochód. Jeszcze zanim uskoczył w pole kukurydzy, w telefonie komórkowym rozbrzmiał głos Boba Dylana, również jego wielkiego idola. Gdy reportażysta spuentował tę anegdotę, słuchacze wybuchnęli gromkim śmiechem. Jednak pamiętać trzeba, że niebezpieczeństwo utraty życia było tutaj do bólu prawdziwe.

Zapytany o pracę nad warsztatem, gość Akademii roześmiał się. Kiedyś zdarzało mu się pisać sześć stron dziennie, ale kiedy powiedział o tym Ryszardowi Kapuścińskiemu, ten niemal złapał się za głowę - sam pisał mniej więcej pół, trzy czwarte strony. Jagielski mówił też o kwestii prawdy w reportażu. W "Nocnych wędrowcach", opowieści o afrykańskich dzieciach-żołnierzach, występują postaci będące połączeniem kilku innych, a więc w pewnym sensie fikcyjne. Dlatego Jagielski daleki jest od nazywania swoich książek reportażami. Najczystszą formę dziennikarstwa stanowi według niego depesza agencyjna - tam nie sposób znaleźć fałszu, przeinaczenia.

Depesza czy reportaż?


Być może, idąc tym tokiem myślenia, należy uznać depeszę i reportaż za najważniejsze gatunki dziennikarskie? Depesza - czysta prawda. Reportaż - droga do jej zrozumienia. Czytelnik potrzebuje prowadzenia, nakierowania, pomocy w ogarnięciu umysłem wielu faktów i stworzeniu z nich świata maksymalnie zgodnego z prawdą. Czysta informacja, jaką jest depesza agencyjna, to zbyt mało dla przeciętnego odbiorcy. Dobry reportażysta jest w stanie złożyć z faktów mozaikę, która ukaże czytelnikom barwnie odrysowany świat przyczyn, skutków i zależności. Wojciech Jagielski wydaje się więc połączeniem świetnego dziennikarza agencyjnego i wybitnego reportażysty. Pozwala to postawić go, obok Ryszarda Kapuścińskiego, w szeregu twórców reportażu z najwyższej półki. Uczestnicy WAR im. Ryszarda Kapuścińskiego w Siennicy Różanej dostali więc szansę poznania i wysłuchania najlepszych, bo obok Wojciecha Jagielskiego Akademię zaszczycili swoją obecnością również Małgorzata Szejnert, Wojciech Giełżyński i Mirosław Ikonowicz. Podobnie było rok temu, równie dobrze powinno być za rok. Udział w warsztatach może być dla przyszłych lub początkujących dziennikarzy wspaniałym wstępem, pierwszym (choć dla niejednego uczestnika kolejnym) poważnym krokiem na reporterskiej ścieżce. Jednak następny krok zależy już tylko od nich.

Reportaż to przygoda nie tyle fascynująca, co bardzo odpowiedzialna. W "Podróżach z Herodotem" Kapuścińskiego znaleźć można ten oto cytat: "Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie to kosztowało mniej wysiłku - tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc - nie widzieć, aby słuchając - nie słyszeć".

Odpowiedzialność reportażysty zdaje się polegać na tym, by - słuchając i patrząc - słuchać jak najuważniej i widzieć nie tylko pierwsze, ale też drugie i trzecie dno. Pozostaje ufać i wierzyć, że uczestnicy Akademii wzorować się będą na tych, którzy, słuchając, rozumieją.



Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!