Zbliża się kolejna rocznica stanu wojennego i okres kolejnych politycznych hucp polskiej prawicy. Lewica, dosyć mocno zastrachana, o stanie wojennym mówi mało i niechętnie. A w tej sprawie trzeba mówić tylko i wyłącznie o faktach.

Jak każdego roku, 13 grudnia rozpocznie się seria nienawistnie napastliwych wypowiedzi na temat pierwszego prezydenta III RP, generała Wojciecha Jaruzelskiego, przed którego domem bandy politycznych ignorantów i młokosów, urządzą znów haniebne pikiety. Można by na tym poprzestać, ponieważ takim jest los wielkich ludzi, którzy do końca świata będą mieć swoich zajadłych przeciwników, jak i obrońców. Rzecz w tym, że nie można być obojętnym w sprawie, wręcz bolszewickiego, przekłamywania historii i zacierania jej prawdziwych kart. To właśnie bolszewicy byli mistrzami w zaciemnianiu tejże historii i aby jej obraz zafałszować, dopuszczali się retuszowania niewygodnych (z różnych powodów) fotografii przedstawiających jakieś historyczne fakty lub osoby. I właśnie o fakty tylko chodzi, bo prawd jest wiele, jak mawiał nieoceniony śp. ks. Tischner, a każdy ma taką prawdę, na jaką zasługuje, albo jakiej najbardziej pożąda.

Od kilku dni toczą się w Polsce jałowe dyskusje na temat wagi tzw. notatek Anoszkina, które mają niby stanowić koronny dowód na to, że w grudniu 1981 roku Polsce, ze strony ZSRR żadna groźba inwazji nie istniała. Ba, to radzieccy generałowie proszeni byli przez Wojciecha Jaruzelskiego o pomoc w postaci zbrojnej interwencji, czego z miłości do narodu polskiego uczynić nie chcieli, a także zapewne i ze względu na poszanowanie praw do wolności słowa, wolności politycznej i gospodarczej bratniej Polski.

Najbardziej zaskakującym dla mnie jest fakt, że tak wielka liczba Polaków daje się na te ipeenowskie brednie nabierać i bezkrytycznie przyjmuje je do akceptującej wiadomości. I w tym przypadku sprawdzają się słowa pisowskiego propagandzisty i aparatczyka, Jacka Kurskiego, który mawiał, że ciemny lud wszystko kupi. Wiedział, co mówi, bo ciemnota, to nie tylko brak wykształcenia, to też właściwa wielu Polakom mentalność.

Teraz, w wolnej i jakoby antykomunistycznej Polsce, największe poważanie i poszanowanie wzbudzają radzieccy generałowie, politycy, czy jacyś tam drugiego, a nawet trzeciego sortu, pamiętnikarze. Wszystko, co powiedzą ci pogrobowcy Związku Radzieckiego, staje się w wolnej Polsce powiewem prawdy objawionej, a więc takiej, z którą dyskutować nie można, a i której nie można poddawać krytyce.

Powrócimy więc do faktów, których wg IPN, a zwłaszcza Antoniego Dudka nie ma, lub których istnienie przemilczają. Z dostępnych (od 1993 roku) wszystkim materiałów dokumentalnych wynika, że w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR, odbytego w dniu 10.12.1981 r. towarzysze radzieccy na temat sytuacji w Polsce rozmawiali wiele i toczyli nawet ciekawe dyskusje. Rzecz w tym, że członkowie tegoż Biura Politycznego – co wynika jednoznacznie z protokołu posiedzenia – doskonale wiedzieli o przygotowaniu do wprowadzenia stanu wojennego, który to plan był już zapięty na ostatni guzik. Na temat wszelkich przepisów dotyczących stanu wojennego, sposobu jego wprowadzenia i przeprowadzenia, a nawet daty, mieli bezpośrednią wiedzę i oczekiwali jedynie na sygnał, że stan wojenny został wprowadzony. Do jego wprowadzenia pozostawało wtedy tylko trzy dni.

Znamienne są słowa, jakie wtedy wypowiedział minister obrony ZSRR Dmitrij Ustinow, że "jeżeli chodzi o to, jakoby tow. Kulikow powiedział o wprowadzeniu wojsk do Polski, to mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Kulikow tego nie mówił (...). Kulikow doskonale wie, że Polacy sami prosili, by nie wprowadzać wojsk". Aż się prosi, aby powtórzyć: "Kulikow doskonale wie, że Polacy sami prosili, by nie wprowadzać wojsk". Dlaczego w prawdziwość słów, odnotowanych w oficjalnym protokole z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR, ipeenowscy historycy i prokuratorzy nie chcą wierzyć, a dają wiarę jakimś notatkom, sporządzonym zresztą nie wiadomo kiedy i przez kogo.

Jaruzelski bez niczyjego pośrednictwa rozmawiał wielokroć nie tylko z marszałkiem Kulikowem, ale i z samym Breżniewem czy Susłowem i miał do tego specjalny telefon. Wielokrotnie rozmawiał też i z Kulikowem, który jednakże, jako dowódca wojsk Układu Warszawskiego, bez zgody Biura Politycznego KC KPZR i Leonida Breżniewa, mógł, co najwyżej się w rękaw munduru wysmarkać, a nie decydować o tym, czy Polakom udzieli, czy nie, bratniej pomocy.

Inny radziecki prominent, Michaił Susłow, późniejszy sekretarz KC KPZR, skądinąd znany Polakom z pełnego pogróżek wystąpienia podczas wizyty w Polsce w kwietniu 1981 roku, na tym samym posiedzeniu Biura politycznego mówił: "Równocześnie Polacy oświadczają wyraźnie, że są przeciwni wprowadzeniu wojsk. Jeżeli wojska wkroczą, będzie to oznaczało katastrofę. Myślę więc, że wszyscy tutaj jesteśmy zgodni, że w żadnym wypadku nie może być mowy o wprowadzeniu wojsk." Czy ten dokumentalny zapis nie ma dla Polaków żadnego znaczenia? Czy nie potwierdza zapewnień generała Jaruzelskiego, że to, co pisze Anoszkin, to tylko jakieś reminiscencje z dawno odbytych rozmów, których strzępy jedynie zachowały mu się w pamięci, ale sens rozmów dawno z głowy uleciał. Widać Polakom to za mało.

A cóż tak naprawdę oznaczają słowa tych dwóch najbardziej prominentnych polityków radzieckich? Dla każdego, kto tylko w minimalnym stopniu potrafi zachować resztki obiektywizmu i logiki, słowa te świadczyć mogą jedynie o tym, że chęć interwencji w gronie radzieckiego kierownictwa istniała i to bardzo wyraźnie. I dlatego Ustinow i Susłow tak zdecydowanie mówią o prośbie Polaków (czytaj gen. Jaruzelskiego i jego najbliższych współpracowników) o niewprowadzanie radzieckich wojsk, co zakończy się jedynie narodową katastrofą.

Dziś, opierając się na tych samych słowach wypowiedzianych na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR, IPN stara się zbudować teorię o tym, jakoby interwencja nam nie groziła. Owszem, taka interwencja nam nie groziła, tylko w jedynym przypadku. Mianowicie wtedy, gdy polski rząd sprawę rozwiąże własnymi rękami. I tak się stało. Żadna wojna domowa nie wybuchła, obcej interwencji nie było, co w niewyobrażalny sposób przyczyniło się do zniwelowania liczby ofiar. I za to dzisiejsza prawica ma pretensje do generała. Za to, że odebrał im możliwość hucznych obchodów kolejnej narodowej tragedii, tak jak to się od 20 lat czyni z obchodami Powstania Warszawskiego. Powstania, które niczego nie rozwiązało, a spowodowało tylko męczeńską śmierć 200 tys. cywilnych mieszkańców Warszawy.

Warto też zwrócić uwagę na słowo "katastrofa", którego użył Susłow, relacjonując stanowisko władz polskich. Słowo to jest niepodważalnym dowodem, że gen. Jaruzelski, decydując się na ogłoszenie stanu wojennego, świadomie wybrał – o czym wielokrotnie mówił i mówi – mniejsze zło. To zrozumiałe, że sprzeciwiając się wkroczeniu wojsk UW, nie mógł w rozmowach z radzieckimi przywódcami posługiwać się pojęciami "zło większe", "zło mniejsze", ale każdy w miarę rozsądny i inteligentny człowiek zrozumie, co te słowo oznaczało.

Gen. Jaruzelski doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czym mogło grozić wkroczenie wojsk UW i jak się zachowa, przynajmniej spora część Wojska Polskiego, które inaczej niż armia Czechosłowacji, nie bacząc na miażdżącą przewagę przeciwnika, stawiłoby zbrojny opór, wsparty działaniami cywilnych oddziałów złożonych z najbardziej zrewoltowanych odłamów Solidarności. Skutki tego byłyby straszliwe. I dlatego gen. Jaruzelski robił wszystko, aby przed takim starciem uchronić nie tylko Wojsko Polskie, ale i cały nasz kraj. Sprzeciwiał się wkroczeniu wojsk UW i przekonywał, że byłoby to katastrofą i to właśnie jego zdecydowana postawa spowodowała, że 'towarzysze radzieccy" zadecydowali, że "żadnego wkraczania do Polski nie będzie". I słowa te należy rozumieć właśnie w takim kontekście.

Nie ma żądnych wątpliwości, że do inwazji nie doszło tylko z powodu stanowczego oporu ze strony grupy skupionej wokół Jaruzelskiego i jego samego, a także dlatego, że grupa ta podjęła wiarygodne dla Leonida Breżniewa przygotowania do "znormalizowania" sytuacji w kraju własnymi siłami. Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego były swego rodzaju hamulcem wstrzymującym wkroczenie sprzymierzonych w Układzie Warszawskim wojsk, zwłaszcza czechosłowackich i enerdowskich, których dywizje stały w gotowości na polskich granicach.

Radzieccy przywódcy byli poirytowani, że mimo zakończenia przygotowań Wojciech Jaruzelski wciąż zwleka z przystąpieniem do realizacji planu, czego wyraz dali w swych wypowiedziach na posiedzeniu Biura Politycznego w dniu 10 grudnia 1981 roku. Wtedy to poirytowany Konstanty Rusakow – sekretarz KC KPZR - grzmiał: "To, co mówi Jaruzelski, wygląda na wodzenie nas za nos", a wtórował mu Gromyko: "Mimo dość zgodnej decyzji Biura Politycznego KC PZPR co do wprowadzenia stanu wojennego Jaruzelski znów wykazuje wahania". Również w tym przypadku zgodny był z nimi Ustinow, który wywodził, że "Nieszczęście polega na tym, że przywódcy polscy nie wykazują stanowczości. (…) Powinniśmy sami być w gotowości". A o jaką gotowość mu chodziło? Nie miejmy złudzeń. Jaruzelskiemu nie dowierzano, że stan wojenny wprowadzi i dlatego wojska UW na naszych granicach grzały silniki, czekając na rozkaz wejścia. I za to, że generał wziął na siebie całą odpowiedzialność, dzisiaj tacy ludzie, jak Dudek, Morozowski i Sekielski, Gontraski, Kurtyka et consortes, wylewają wiadra pomyj i stawiają generała przed sądem, jak pospolitego przestępcę. I to pod jakże bzdurnym zarzutem. Innego nie potrafili znaleźć, ani wymyślić...

Słów kilka o tzw. zeszycie Anoszkina.

Antoni Dudek pisał już w tej sprawie wcześniej, bo ten zeszyt od kilku lat żadną tajemnicą nie jest:
"(…) Anoszkin relacjonował w nim, że marsz. Kulikow dowiedział się od ambasadora ZSRS w Warszawie Borysa Aristowa, iż na polecenie gen. Jaruzelskiego dzwonił do niego sekretarz KC PZPR, Mirosław Milewski, pytając m.in.: "Czy możemy liczyć na pomoc po linii wojskowej ze strony ZSRR [o dodatkowym wprowadzeniu wojsk]?". Aristow skomunikował się z sekretarzem KC KPZR, Konstantinem Rusakowem, i – wedle relacji Anoszkina – otrzymał następującą odpowiedź: "Nie będziemy wprowadzać wojsk", co ten opatrzył następującym komentarzem – nie wiadomo do końca, czy pochodzącym od Milewskiego, czy też od niego samego: "To dla nas straszna nowina! Przez półtora roku paplanina o wprowadzeniu wojsk – wszystko odpadło. Jaka jest sytuacja Jaruzelskiego? (… )".

Dla każdego, kto choć ma odrobinę wiedzy o zdarzeniach, jakie się w tamtych czasach rozgrywały
w Polsce, wiadomym jest, że akurat gen. Milewski był zagorzałym przeciwnikiem linii politycznej przyjętej przez gen. Jaruzelskiego, czego dowiódł, kierując prowokacją dotycząca porwania i zamordowania ks. Popiełuszki, wymierzoną w ekipę generała. I akurat nie on był osobą, którą posłużyłby się Wojciech Jaruzelski doskonale orientujący się czyim rezydentem gen. Milewski był od wielu lat.

Być może Anoszkin pisze prawdę, ale nie o generała Jaruzelskiego tu chodzi, bo powołać się na niego każdy mógł i każdy potrafił. Było to bardzo wiarygodne, bo Milewski, bądź co bądź, należał do politycznej elity PRL, więc nie było powodów, aby mu nie wierzyć, iż dzwoni z polecenia Wojciecha Jaruzelskiego. I należy postawić pytanie, czy takie właśnie dowody wskazują na zbrodnicze zamiary generała, za które kapral Wałęsa, już chce go na dożywocie, za zdradę ojczyzny skazywać? Czy takim dowodem może być też zasmarkany rękaw munduru marszałka Kulikowa?

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!