Ktokolwiek - a jest nas niemało - zetknął się poza granicami kraju z obyczajami i sposobem życia naszych pracodawców, ma niepowtarzalne wspomnienia. Czasem dotyczą spraw na pozór zwykłych, a jednak niecodziennych.

Pewnego spokojnego popołudnia, pracując już u księżniczki Luizy, postanowiłam zadzwonić do Anny, z którą utrzymywałam luźny kontakt na poziomie rytualnego "co słychać?”
Osłupiałam z lekka, kiedy w odpowiedzi usłyszałam: - Wiesz, Edwidże, mama przeżyła drugą operację, siedzimy przy niej dzień i noc na zmianę, ale już jest przytomna.

Nie miałam bladego pojęcia o pierwszej, a cóż dopiero o drugiej operacji, ale wyjaśnienia Anny i wszystko to, co zapamiętałam z rocznej służby w domu Tiny, ułożyło się w klarowny obraz. Cała historia choroby Tiny byłaby niewiarygodna, gdybym przez rok czasu nie obserwowała jej na własne oczy.

Początek

Byłam już solidnie zmęczona rozmową, Kiedy Anna i Mariagrazia doszły do wniosku, że się nadaję na miejsce po Filipince, która porzuciła pracę, wraz z niezapłaconym rachunkiem telefonicznym na przeszło milion lirów. One zresztą też były zmęczone, bo prawe godzina rozmowy przy pomocy rąk i słownika polsko-włoskiego wymagała nie lada wysiłku ze stron obu.

Coś tam wprawdzie już po ichniejszemu dukałam, ale przecież trzeba było odpowiedzieć na wiele pytań, a zrozumienie moich odpowiedzi wymagało wysiłku od obu pań, bo słowa słowami, ale składnia…
Ostatecznie stanęło na tym, że mnie zabierają do domu ich matki. Zaraz, natychmiast, bo i nie ma na co czekać. Faktycznie, nie było. Ja potrzebowałam stałego zajęcia, one – stałej opiekunki dla starszej pani.

Dom rodzinny sióstr był piętrową kamienicą przy cichej uliczce, z dość dużym ogrodem, gdzie rosły mandarynki, a w trawie wiodły spokojny żywot cztery żółwie. Tina zajmowała apartament na niskim parterze, wysoki parter zasiedlały kuzynki o różnym stopniu pokrewieństwa, piętro wynajmował lekarz pracujący w którymś z rzymskich szpitali i jego żona, odznaczająca się, nawet jak na kryteria włoskie, nadzwyczajną urodą.

- Ecco ci la nostra mammina(1) – oznajmiły siostry wprowadzając mnie do niewielkiej sypialni, gdzie w ubraniu, obłożona gazetami, z telefonem w ręce, leżała uśmiechnięta starsza pani.
- Ciao bella,(2) przywitały się z matką, prezentując jej nowa opiekunkę.
- La Polacca, wyjaśniły matce, która popatrzyła na mnie i - chiamami Tina (3), rzekła, podając rękę na powitanie, na co siostry sięgnęły ponownie do słownika i ustaliły, że moje imię wymawia się z włoska „Edwidże”.

Wprowadzona skrupulatnie w swoje obowiązki, rozpoczęłam pracę natychmiast po wspólnie wypitej kawie; była bowiem godzina siedemnasta i Tina wstała na swoją popołudniową filiżaneczkę małej czarnej.

Coś z higieny

Tina zasadniczo spędzała całe dnie w łóżku. Ubrana, przykryta lekkim pledem oddawała się czytaniu gazet, odmawianiu różańca, drzemce, a przede wszystkim – konwersacji telefonicznej z córkami, żądając mniej więcej co godzinę sprawozdania w sensie „come stai”, „come va”(4)?

Pierwszą, ciężką zagwozdką okazała się dla mnie sprawa kąpieli. Obie córki zagadnięte na ten temat robiły dziwne miny, twierdząc enigmatycznie, że mama jest „bardzo higieniczna, bo w każdą niedzielę, po kościele, przeciera alkoholem ręce i szyję”. Wysłuchałam tej informacji węsząc podejrzliwie jakieś niedopowiedzenie, bo kiedyś, może i tak, ale teraz Tina do żadnego kościoła nie chodziła i ablucje w łazience polegały na umyciu twarzy i zębów.

Po miesiącu wzięłam więc byka za rogi i zapytałam:
- Tina, kąpiel życzysz sobie rano, czy wieczorem?
- Nella vasca? Mai! Tu sei proprio matta!(5)

Nie uważałam się za „ właściwie głupią”, ale w tym momencie zaczęłam mieć poważne wątpliwości. W co tu jest grane, rozmyślałam na kondycją umysłową nas obu. Nie byłabym przecież sobą, gdybym sprawy nie rozgryzła: okazało się, że Tina nie brała kąpieli w wannie nigdy! Upłynął jeszcze miesiąc, zanim Tina, wabiona rozkoszami ciepłej wody, pachnącym balsamem, ogrzanymi ręcznikami, zapewniona, że nie będzie leżała w głębokiej wodzie, że wstawię do wanny taborecik, a przede wszystkim że się nie utopi – bo tu był przysłowiowy pies pogrzebany - wyraziła zgodę.

Ceremonia trwała ponad godzinę, trzeba było zetrzeć warstwy łuszczącej się skóry, opatulić, wysuszyć, natrzeć kosmetykami i wreszcie – zaprowadzić oszołomiona staruszkę do łóżka. Tina, sapiąc z zadowolenia natychmiast sięgnęła po słuchawkę.
- Edwidże wykapała mnie w wannie! Jaka jestem lekka! Nie myślałam, że to takie przyjemne! Jak ja się dobrze teraz czuję! – wykrzykiwała kolejno do córek, które przychodząc, jak co dzień na obiad, przydybały mnie w kącie, zadając tylko jedno pytanie:
- Come hai fatto?(6)
- Cosi, cosi, odrzekłam w czystej włoszczyźnie, cokolwiek by to miało znaczyć.

Coś z kuchni

Posiłki przyrządzałam zgodnie z sardyńskimi recepturami, wprowadzając, ku zadowoleniu Tiny i bywających na obiadach córek małe co nieco z kuchni polskiej. Tina wstawała w porze posiłków i tuptając eleganckimi bucikami po marmurowej posadzce przychodziła jeść do kuchni. Jadła z apetytem pastę z sosami, smażone mięsa, pieczone z kartoflami prosię, kotlety jagnięce i schabowe, lazanie, ryby, młody bób duszony z boczkiem, sałaty, brzoskwinie w syropie, karczochy i wszystko, co zadysponowała; do obiadu wypijała szklankę białego wina, przywożonego od lat wielu przez gospodarza z okolic Castelli Romani. Wieczorem Tina wstawała i zasiadała w salonie. W głębokim fotelu, z nogami w ocieplanym elektrycznie bucie z kożuszka oglądała, przysypiając, ulubione programy.

Coś z medycyny

Intrygował mnie zestaw leków, jakie Tina dostawała z zaleceń trzech różnych lekarzy: domowego, który ordynował preparaty nasercowe, zięcia – dentysty, który dla świętego spokoju zalecał ulubione cytrynowe pastylki na gardło, oraz – nieznany mi lek, zalecany przez psychiatrę, do którego okresowo Tina była wożona.

Najbardziej zdumiewające było to, że Tina leczona była w ten oryginalny sposób z powodu… wymiotów. Po każdym obiedzie bowiem wędrowała do łazienki, zamykała się na klucz i wsadzała palec w gardło z wiadomym skutkiem. Nie pomagały leki, nie pomagały upomnienia córek, nie pomagało nic. Nie była anorektyczką, nie była nawet chuda – wręcz przeciwnie, trzymała stałą wagę osoby średniej tuszy.

Od czasu do czasu narzekała wszakże na bóle brzucha, w które rodzina nie bardzo wierzyła, bo staruszka nie krzyczała, nie skręcała się, nie wiła i nie wyła. - Brzuch mnie boli - oznajmiała kategorycznie – niech przyjdzie doktor.

Jednakże sprowadzany z piętra doktor niewiele mógł zdziałać: Tina, od czasu śmierci męża, szanowanego powszechnie sędziego, nie dopuszczała myśli, że jakikolwiek mężczyzna mógłby patrzeć na jej obnażone ciało, a obmacywanie brzucha, nawet przez ubranie, uznawała za niedopuszczalne. Sytuacja powtarzała się od lat wielu, a decyzja Tiny, że będzie sobie żyć na leżąco, bo już się w życiu nachodziła, nasunęła podejrzenie, że staruszka ma lekkie fiksum-dyrdum.

Katastrofa

Mnie samej dolegliwości Tiny nieodmiennie kojarzyły się z kamicą żółciową, ale ja byłam straniera, domestica (7) i tylko do Anny miałam odwagę powiedzieć, co o tym myślę. Anna była serdeczna, wesoła, komunikatywna, ale i ona nie dopuszczała myśli, że Tina nie jest właściwie zdiagnozowana, a jej bóle brzucha mogą oznaczać coś innego, niż fanaberie kapryśnej staruszki.

Dwa miesiące wakacji liczna rodzina spędzała w Santa Marinella, gdzie czas upływał na plażowaniu, rozmowach i… codziennym, wieczornym wielkim żarciu. Tam też zdarzyła się – znana mi już z relacji Anny – katastrofa. Ból brzucha Tiny objawił się tym razem rozpaczliwym krzykiem i utratą przytomności. Perforował pęcherzyk żółciowy, powodując rozległe zapalenie otrzewnej. Życie biednej Tiny wisiało na włosku.

- Anno, pamiętasz moje podejrzenia? spytałam.
- Tak, miałaś rację, odrzekła. No i wiesz, mama teraz jest na diecie i żartuje, że już nigdy nie zje pieczonego prosięcia.
- A wiesz Anno, rzekłam, ją to rozumiem, bo
porchetta(8) naprawdę smakuje wybornie. Szczególnie z polskim chrzanem.

1. Oto nasza mamusia
• 2. Witaj, piękna
• 3. Mów mi Tina
• 4. Jak się czujesz, jak leci?
• 5. W wannie? Nigdy! Jesteś właściwie głupia!
• 6. Jak ty to zrobiłaś?(jak ci się to udało?)
• 7. Imigrantka, służąca
• 8. Pieczone prosię

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!