O andaluzyjskich Cyganach, życiu z pasją i radości życia w rytmie flamenco, rozmawiam z Beatą Jasnoch, instruktorką tańca z Sopotu.

Ewa Kowalska: Flamenco to niezwykle pojemne słowo …

Beata Jasnoch: Rzeczywiście, to szerokie określenie opisujące pewną
filozofię życia, na którą składa się muzyka, śpiew, taniec, sposób poruszania
się, stroje i oczywiście … wino.
Zjawisko powstało w XVI wieku na rodzinnym gruncie
andaluzyjskich Cyganów, którzy zawsze stanowili bardzo zamkniętą grupę
społeczną, a nade wszystko kochali się bawić. Tułacze życie i przebywanie na
marginesie społeczeństwa, rekompensowali sobie tańcem i śpiewem, a oddawali się
tym 
czynnościom 
zawsze w gronie rodzinnym.


Można podejrzewać, że ich tułaczka miała wpływ na
charakter kultury, którą stworzyli?


– Cyganie nigdy nie mieli swojego miejsca na ziemi. Ich
tułaczka rozpoczęła się w Indiach, skąd przez kraje arabskie i kraje basenu
Morza Śródziemnego dotarli do południowej Hiszpanii. Napotykane kultury były
dla nich inspiracją i te wpływy są bardzo widoczne we flamenco. W śpiewie
wyraźnie słychać elementy żydowskich lamentów, muzyki arabskiej i hinduskiej, a
nawet średniowiecznych chorałów gregoriańskich. Tak charakterystyczna dla tańca
flamenco praca rąk, przywodzi na myśl hinduskie mudry, którymi zachwycają
tancerki rodem z Indii


A przesłanie tańców hinduskich i flamenco jest również
tożsame?


– Nie, tutaj widać bardzo wyraźne różnice. Dla tancerza z
Indii ważna jest historia człowieka, tocząca się często w otoczeniu przyrody,
dla andaluzyjskiego Cygana ważne są przede wszystkim emocje samego tańczącego,
który wczuwa się w przeżycia towarzyszącego mu śpiewaka. I tu warto podkreślić,
że taniec flamenco nierozerwalnie związany jest ze śpiewem. To głos jest nośnikiem
największych emocji, a rolą tancerza jest jak najlepsze zgranie się z nim.
Umiejętność wspólnego wyrażanie emocji jest właśnie tym, co zachwyca w
folklorze Cyganów.


Czy
jednak pierwszy
festiwal flamenco, który zainspirowali poeta Federico Garcia Lorca i kompozytor
Manuel de Falla, a który odbył się w 1922 roku w Granadzie, nie spowodował
zbytniego skomercjalizowania tego folkloru? Ile w nim jest jeszcze
autentyczności?


– Ludzie, którzy związani są z kulturą flamenco twierdzą, że
gdyby nie Lorca i festiwal, to flamenco zniknęłoby z kulturalnej mapy świata.
To było dość niszowe zjawisko, a dzięki  
przeglądowi się upowszechniło. Wielcy muzycy
zaczęli sięgać do tego nurtu i czerpali z niego natchnienie, tancerze zaczęli
coraz częściej spoglądać w kierunku Andaluzji. Flamenco zaczęło podbijać świat.


Również Polskę?

– Bardzo powoli i późno. Dopiero pod koniec lat 80.
dwudziestego wieku zaczęły odbywać się w Warszawie pierwsze warsztaty taneczne,
prowadzone przez osoby, które flamenco uczyły się za granicą lub też
bezpośrednio przez tancerzy z Hiszpanii. Nie zawsze byli to rdzenni Cyganie
andaluzyjscy, bo przedstawiciele tej nacji nadal żyją w dużej izolacji i
niechętnie dopuszczają los payos
(obcych) w krąg wtajemniczonych.


A Twoja przygoda z flamenco rozpoczęła się …

– Jestem instruktorem tańca współczesnego i sześć lat temu,
trochę przypadkowo, trafiłam na warsztaty 
flamenco prowadzone w Gdańsku przez Maite Saez, hiszpańską tancerkę, 
która występowała m. in. 
w filmie Carlosa Saury pt. „Carmen”.
Natychmiast złapałam bakcyla. Początkowo sporadycznie zaczęłam brać
udział w odbywających się kursach w kraju, aż
postanowiłam sama zacząć organizować warsztaty w Trójmieście. W tym celu cztery
lata temu powołałam pierwszą w Polsce północnej szkołę tańca flamenco, do
której zapraszałam instruktorów z Polski. Wiedziałam, że kobiety chcą i lubią
tańczyć, a ich problemem był zawsze brak partnerów, więc upowszechnianie
flamenco, które tańczy się solo, wydawało się złotym środkiem. Po pewnym
czasie, kiedy poczułam się na siłach, zaczęłam prowadzić grupy przygotowujące
do warsztatów.


Jakie warunki trzeba spełniać, żeby rozpocząć naukę w Twojej szkole?

– Jest tylko jeden. Trzeba mieć poczucie rytmu, bo bez tego
rzeczywiście trudno jest mówić o sukcesie. Poza tym, każdy może próbować, bez
względu na płeć, wagę i wiek. Tańczą ze mną dziewczyny, bo tak mówię o swoich
uczennicach, które nie mają jeszcze dowodu osobistego, kobiety dojrzałe, a
nawet w wieku 
emerytalnym i
wszystkie bawią się znakomicie.



A panowie?

– Ogólna reguła jest taka, że panowie w Polsce nie chcą
tańczyć. W trakcie mojej czteroletniej przygody z nauczaniem flamenco, zgłosiło
się tylko czterech mężczyzn i trzech z nich w 
krótkim czasie zrezygnowało (śmiech).


Kobiety są bardziej wytrwałe?

– Zdecydowanie. Przez pierwsze trzy miesiące kobiety badają
własne ciało i jego możliwości. Jeśli w tym okresie nie rezygnują, to
najczęściej oznacza, że pokochały ten taniec. Ta forma ruchu niewątpliwie
dodaje im kobiecości, podnosi poczucie własnej wartości i niejednokrotnie
zauważyłam, że moje uczennice dzięki flamenco rozkwitają, co sprawia mi
ogromną satysfakcję i radość.


A roztańczone dziewczyny mogą liczyć na to, że podczas wizyty w
andaluzyjskiej knajpeczce, zostaną porwane do gorącej

sevilliany

przez
przystojnego Hiszpana?


– Tu mam przykrą niespodziankę. Jak już wspominałam Cyganie
są bardzo zamkniętą nacją. Niechętnie nawiązują kontakty z los 
payos

i na wspólny
taniec u boku 
prawdziwych 
naturszczyków praktycznie nie ma szans.


Niemniej Tobie życzę takiego przeżycia i dziękuję za
rozmowę


– Dziękuję.


Na filmie Beata Jasnoch w tańcu guajira
:


 


 


 


 

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!