Odbywały się tutaj wiece hitlerowskie, mitingi, sądowe procesy komunistyczne, w końcu zawitała tu cała plejada gwiazd współczesnej polskiej piosenki.

Zielonogórzanie są wstrząśnięci. Kolejna ikona znikła z krajobrazu miasta. Zielonogórską Halę Ludową, zlokalizowaną prawie w centrum miasta, dziesięć lat temu sprzedano dotąd niezidentyfikowanemu publicznie lokalnemu biznesmenowi, który odsprzedał część zrujnowanych, pozbawionych dozoru pomieszczeń po ówczesnej Estradzie Ziemi Lubuskiej dla francuskich inwestorów hotelarskich.

Teraz wielki pożar strawił wszystko. To nie był jednak przypadek. Ktoś umiejętnie w kilku miejscach na dachu hali rozkrzewił ogień. Początek i skandaliczny koniec – wszystko to przebiegło za rządów w mieście SLD. Jest to opinia mieszkańców miasta.

- Sprzedali komuniści za bezsens i potem nie kiwnęli palcem na totalną rozbiórkę budynku przez hołotę bezdomnych i złomiarzy – bez ogródek mówi dla Wiadomości24.pl Jerzy Szymański, mieszkający naprzeciwko spalonego teraz budynku. - To wielki przekręt, za który i tak nikt nie odpowie.

Pracowałem w Estradzie Ziemi Lubuskiej, znałem więc halę pod każdym kątem. Robiła na obserwatorze imponujące wrażenie. Miała swoją duszę.

Hala Ludowa, zwana jako Miejska, od 1932 roku była częścią wielkiej fabryki włókienniczej, należącej do rodu rodziny Foersterów, zasłużonych dla miasta przemysłowców, darczyńców i społeczników, a znaną zaś potem w Polsce Ludowej jako zakłady włókiennicze „Polska Wełna”. Na inaugurację, mieszkańcy w hali widowiskowej 3 kwietna 1932 roku obejrzeli farsę Karla von Holtera „Trzydzieści minut w Zielonej Górze albo połowa drogi” (tłumaczenie współczesne). Zasiadły wówczas 723 osoby. Halę zaprojektował architekt Oskar Kaufmann, zaś wnętrza zostały wystrojone według projektu rzeźbiarza i dekoratora Gerarda Schliepsteina.

Kiedy i w Gruenbergu do władzy doszli naziści, w Hali Miejskiej corocznie odbywały się wielkie wiece na cześć urodzin Adolfa Hitlera. Aktywiści NSDAP przysięgli tutaj wierność Rzeszy na śmierć i życie. W hali można było pomieścić przy takich okazjach nawet ponad tysiąc uczestników.

Brunatny rozdział w historii hali na początku swoich rządów, tuż po wojnie, dopisali także lokalni komuniści. Odbyło się tutaj kilkanaście publicznych procesów sądowych. Na procesy sprzedawano ludności bilety. W ich obecności przesłuchiwano oskarżonych i świadków. Wojskowe Sądy skazywały w sfabrykowanych procesach nieszczęśników za łapówki, sabotaż, plądrowanie mienia i sprzyjanie Niemcom.

Potem halę w części ogromnego holu, poprzedzającego wejście do sali widowiskowej - zmodernizowano, znikła betonowa posadzka, obudowano żeliwne słupy podpierając strop. - „Organizowano w niej zabawy, niestety często przerywane bójkami i gaszeniem światła” - wspomina w swojej książce „Przechadzki Zielonogórskie” lokalny dziennikarz Henryk Ankiewicz.

Hala też służyła do propagandowych wieców PZPR. Działało tu także kino „Włókniarz”.

Furorę i splendor w latach 60. pozyskała wkroczeniem na halową scenę Festiwalu Piosenki Radzieckiej. A kiedy Festiwal przeniósł się do amfiteatru – scena została zawładnięta przez estradowych artystów. Występowali tutaj najwięksi polscy wykonawcy: Niemen, Santor, Majewska, Krawczyk, Budka Suflera, Hey, Kora, Sośnicka, Lady Pank... Wyliczać można bez końca, dorzucając jeszcze spektakle operetkowe.

Wspominam: - Z tego wszystkiego utkwiły mi w pamięci po imprezowe, kameralne spotkania w barze na piętrze szerokiego holu. Alkohol lał się strumieniami. Balanga na całego aż do poranka. Artyści, obsługa, technicy, organizatorzy, realizatorzy, szefostwo – jak okiem sięgnąć wszyscy razem „przy budowie drugiej Polski”. Szlaban postawiła mi wówczas żona: albo cygańskie życie estradowe albo małżeństwo...

Upadek Estrady, więc także wystawienie pod młotek całej Hali Ludowej – to według Mirosławy Antoniewicz, ostatniego dyrektora przedsiębiorstwa - „jest jedną wielką tajemnicą”. „- Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, ale... Wierzyłam w jej misję i działalność kulturalno-rozrywkową” - mówi dla lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej”.

Teraz hala spłonęła doszczętnie.

Pożar jako pierwsi zobaczyli mieszkańcy sąsiadujących wieżowców. - Niespotykany huk, trzaski,
niewyobrażalnie wysokie płomienie, w zasadzie były to nie do opanowania strumienie unoszącego się ognia – opowiada świadek pożaru Kazimierz Tokarski. - Wiadomo przecież, że po takim pożarze łatwiej teren jest odgruzować i uprzątnąć – po chwili dodaje.

W akcji gaszenia udział wzięło ponad 60. strażaków. Gasili ogień blisko siedem godzin. Ze względu na zabetonowane wejścia i okna – wodę na palący się dach lano z podnośników. Pospiesznie wyważano zamurowane drzwi i kuto dziury w ścianach.

Dwa lata temu część ziemi zakupiła spółka Property Holding, w której to udziały posiada francuska sieć hotelarska Louvre Hotels. Miał tu stanąć do 2010 roku sześciopiętrowy hotel.

Sprawcę podpalenia ma wyłowić policyjne śledztwo. Jak szacują zielonogórscy strażacy, akcja gaszenia budynku kosztowała ich ponad 30 tys. zł.

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!