Chciałbym na zakończenie roku podzielić się z czytelnikami wrażeniami z mojej ostatniej wyprawy do Szkocji. Auto, którym podróżowałem nad jezioro Loch Ness w poszukiwaniu Nessi, to 25-letni Żuk. W przyszłym roku też pojadę. Może na Krym?

Czytając ostatnie rozważania autorów naszego serwisu na temat nagrody za materiały, postanowiłem swój komentarz napisać w tym artykule - może osiągnie wymaganą ilość kliknięć.

O rajdzie "Złombol" można poczytać na jego stronie internetowej. Po działalności w harcerstwie pozostał mi w spadku stary, ponad 25-letni Żuk. Sentyment nie pozwalał oddać go na złom. Dalsza eksploatacja tego samochodu straciła sens. W 2009 roku po jednej z imprez klubu historycznego "Hird", Mateusz zwany Drizztem wypatrzył go w tak zwanych krzakach i postanowił dać mu drugie życie. Namówił mnie do udziału w rajdzie "Złombol". Zaczęły się prace reanimacyjne pojazdu.

O dziwo po kilkuletniej drzemce Żuk odpalił z całkiem niezłym skutkiem. Zaczęły się prace związane z przeglądem technicznym, ubezpieczeniem pojazdu oraz adaptacją wnętrza pod kątem wyprawy. Na początku wśród przyjaciół zauważyłem powątpiewanie. Mało kto wierzył w powodzenie, tylko moja najbliższa rodzina widziała nasz sukces.

Zbliżał się termin startu rajdu "Złombol" 2010, Katowice-Istambuł, więc zebraliśmy załogę pojazdu i ruszyliśmy w drogę. To, co przeżyliśmy, zobaczyliśmy w czasie podróży można spokojnie opisać w książce. Dokonaliśmy tego, w co mało kto wierzył i po powrocie wylądowaliśmy w
Telexpressie. W naszym serwisie zamieściłem galerię z podróży.

Tegoroczna eskapada do Szkocji okazała się znacznie trudniejsza od zeszłorocznej wycieczki, jak zgodnie określiła załoga Katażuka. W krajach Europy południowo-wschodniej znacznie łatwiej jest podróżować takim wehikułem jak nasz pojazd, po drogach o standardzie podobnym do polskiego. Europa północno-zachodnia, to sieć niekończących się autostrad, na których 25-letni Żuk nie najlepiej by się czuł.

Świadomie zrezygnowaliśmy z GPS, bo na pewno nie poradziłby sobie na drogach lokalnych, a i przygoda z nim byłaby uboższa. Zaopatrzeni w mapy, kompas ruszyliśmy na start rajdu "Złombol" 2011 Katowice-Loch Ness.

Nasza załoga składała się z sześciu odważnych podróżników w ekstremalnych warunkach, oraz mojej osoby, jako koordynatora i rzecznika prasowego naszej wyprawy. Kapitanem "Katażuka" był Mateusz, nawigatorami Tomasz i Bernard medykiem Szymon, mechanikiem Piotr, elektronikiem drugi Tomasz i ja reporter naszego serwisu.

Przygoda rozpoczęta na starcie w Katowicach nie opuszczała nas ani na chwilę. W Niemczech, już nocną porą nie za bardzo udało się nam trafić na zaplanowany kemping. Pojawiliśmy się tam o świcie, ale tylko po to, aby zaliczyć punkt kontrolny. W Holandii drogi lokalne to, tak jak u nas drogi osiedlowe słabo oznakowane, a niekiedy kończące się na pastwisku.

Francja przeszłaby prawie bez echa, gdyby nie komiczna przeprawa promowa.
Wjazd do Wielkiej Brytanii to zmierzenie się z ruchem lewostronnym, co dostarczało, co chwilę śmiesznych sytuacji.

Szkocję zdobywaliśmy o świcie w morzu mgieł, wśród bezkresnych pastwisk i łąk. Na metę dotarliśmy lekkim popołudniem, jako jedna z pierwszych załóg, co wywołało wielkie zdziwienie u uczestników rajdu. Wszak nasz bolid poruszał się z zawrotną prędkością 70 km na godzinę.

Aby przejechać dystans z jednej bazy do drugiej, po drogach lokalnych potrzebował przeciętnie 16 godzin. Po całonocnym świętowaniu w naszym narodowym wydaniu, o świcie zalegliśmy w błogi sen. W południe wszyscy popędziliśmy do jeziora Loch Ness, aby zaczerpnąć łyk wody, na tak zwany syndrom drugiego dnia. Chłepcząc łapczywie płyn wywołaliśmy zaciekawienie potwora w nim zamieszkującego, co się zwie Nessi. Biedaczka nie wiedziała, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Uratowało ją tylko to, że wyglądała mało apetycznie, a i wiek nie wskazywał na świeżość złowionego mięska.
Wypuściliśmy potwora z powrotem na wolność, aby w Szkocji nie wywołać jakiejś żałoby.

Wracając zwiedziliśmy mnóstwo zamków, klasztorów oraz słynną kaplicę w Rosslyn. Jadąc przez Anglię zahaczyliśmy o Londyn, a właściwie Ace Cafe London, gdzie zaprosił nas jej właściciel. Nasz bolid wywołał ogólny podziw wśród jej bywalców, co się często nie zdarza. Londyn opuściliśmy tuż przed słynnymi letnimi zamieszkami, dziś wielu znajomych się pyta czy to aby nie my je wywołaliśmy.

Powrotna przeprawa promem to już nie była komedia, tylko giga-komedia z dwukrotną odprawą paszportową i celną. Na te ekscesy zareagował nasz Żuk, pierwszymi awariami. Dolewanie oleju to norma, płynu chłodzącego w miarę potrzeby. Przedmuch uszczelek spowodował znaczną utratę mocy silnika. W Niemczech wyłupał się pas klinowy i to było ostatnie chińskie ostrzeżenie że pora do domu.

Do Polski wjechaliśmy przez Kostrzyn nad Odrą, zostawiając jednego z kolegów na Woodstocku, mogliśmy zostać i my ale bolid domagał się powrotu do warsztatu.

W Kielcach podjęto nas po królewsku w Pepe Rosso, u jednego ze sponsorów naszego charytatywnego rajdu.

W przyszłym roku też pojedziemy, by sławić "Hird" oraz nasze miasto Kielce.
Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to będę relacjonował rajd na bieżąco codzienną galerią.

Zapraszam do słuchania i oglądania naszej wyprawy, być może namówimy kogoś z was do udziału w następnych edycjach rajdu charytatywnego "Złombol".

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!