(© Jolanta Kaliska/"Tygodnik Żużlowy" nr 40 (149)/3 października 1993)

Jaki jest najpiękniejszy żużel? Żużel dzieciństwa. Pierwszy żużel. I Zdzisław Rutecki niewątpliwie należał do panteonu głównych bohaterów tego mojego pierwszego żużla.

Rok 1985. Bodaj szczytowy moment kariery Zdzicha, a jednocześnie rok chyba największej zapaści polskiego żużla na arenie międzynarodowej, a już na pewno w indywidualnych mistrzostwach świata. Rutecki wywalcza status reprezentanta w tych rozgrywkach i obok pięciu kolegów, zachodzi w nich do półfinału kontynentalnego, będąc jednym z najjaśniejszych polskich punktów tamtych eliminacji i największą bodaj, obok Grzegorza Dzikowskiego, polską niespodzianką (dalej od Zdzicha docierają jedynie wspomniany gdańszczanin - rezerwowy w finale światowym w Bradford i Andrzej Huszcza - rezerwowy w finale kontynentalnym w Pocking).

W lidze polonista również błyszczy, w wielu meczach dorównuje, a nawet przewyższa lidera drużyny, Bolka Procha. Ludzie mówią, że dysponuje przy tym jednym, jedynym motocyklem, jawą, przy trzech, czterech w dyspozycji Procha, i że gdyby było na odwrót, to by dopiero było…

Przychodzą derby Pomorza w Toruniu. Zachmurzony, dosyć chłodny, wietrzny dzień. Moje pierwsze derby przy ul. Broniewskiego. Jeszcze prawie nic nie rozumiem, jestem sam i ogromnie podekscytowany chłonę wszystko. Najpierw atmosferę, festyn wokół stadionu, a potem już obserwuję wydarzenia z trybuny za pierwszym wirażem, na środku, z ostatniej ławki, wysoko pod drzewami. Prawdziwy szał. Poziom, amplituda emocji - jednak o wiele większe w Grodzie Kopernika niż nad Brdą. Zresztą w następnych latach z reguły prawie zawsze tak będzie.

Próba toru. Pierwsze okrążenie Bolek Proch przejeżdża ślamazarnie, niezdarnie, wielokrotnie omal się nie wywraca wpadając w dziury, szczególnie w tę największą, przy wejściu w pierwszy łuk. Zdzichu pewny siebie - skóra zdjęta do połowy, rękawy przewiązane z przodu, długie włosy - z płyty stadionu pokazuje wyciągniętą dłonią liderowi, którędy ma jechać. Pozostałe trzy okrążenia Proch, późniejszy indywidualny wicemistrz Polski z Gorzowa z tamtego roku, przejeżdża już w miarę płynnie.
Rutecki w samym meczu jest liderem drużyny - zdobywa 10 punktów i jako jedyny z przyjezdnych zagraża ówczesnej gwieździe Apatora - Wojciechowi Żabiałowiczowi. Dzisiejsi kibice nie są w stanie nawet próbować sobie wyobrazić, jaką gwiazdą, idolem ówczesnego Torunia był "Żaba". Jeśli Per Jonsson - zresztą zupełnie zasłużenie - ma swoją ulicę w Grodzie Kopernika, to Żabiałowicz powinien mieć co najmniej trzy. Z Perem Jonssonem z kolei związany jest jeszcze jeden bardzo ważny, aczkolwiek tragiczny moment z udziałem Zdzicha. Brał on udział w owym fatalnym wyścigu, po którym w 1994 roku legendarny Szwed usiadł na wózku inwalidzki. Indywidualnemu mistrzowi świata z 1990 roku swego czasu na łamach "Tygodnika Żużlowego" poświęciłem oddzielny tekst.

Zdzichu należał do tego typu żużlowych pechowców (jak na przykład Robert Sawina), którym akurat w momentach, kiedy dochodzili do najwyższej formy, przytrafiały się groźne kontuzje. I ciągle, ciągle musieli zaczynać wszystko od nowa. Jeden z karkołomnych wypadków zaliczył polonista (bodaj z orłem na plastronie, w test-meczu reprezentacji Polski) we Wrocławiu, a można go było sobie obejrzeć w głównym wydaniu "Dziennika" (a żużel na antenach ówczesnej telewizji państwowej, była tylko taka, gościł bardzo rzadko) i było to bodaj w sezonie, kiedy został pierwszy i chyba jedyny raz rekordzistą toru - jeśli mnie pamięć nie myli - w Opolu. Właśnie dlatego jego kariera, szczególnie indywidualna, nie potoczyła się tak jak powinna. Drugą przyczyną były owe niedostatki sprzętowe, o których wspominałem nieco wcześniej. Pamiętajmy jednak, że czterokrotny udział w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski (ósme miejsce w dwudniowym finale w Toruniu w 1986 roku - pięknej imprezie, z atmosferą iście meksykańską, gorącą na trybunach) i bodaj pięciokrotny start w finale Złotego Kasku - to bardzo wartościowe wyniki.
Na potrzeby niniejszego tekstu po latach wracam do prywatnego archiwum z programami żużlowymi. Natrafiam na prawdziwą perłę, ożywają na nowo wspomnienia - 9 sierpnia 1985 r. Jakże niesamowity, świetnie obsadzony, pełen heroicznej walki na torze był tamten półfinał IMP w Toruniu. Około 10 tys. ludzi na trybunach. Dość powiedzieć, że dopiero w ostatniej chwili (dwudziesty bieg) do finału awansował aktualny wówczas indywidualny mistrz Polski, Zenon Plech, który kilkanaście dni później w Gorzowie tytuł obronił (zdobywając tym samym po raz piaty Czapkę Kadyrowa, co było wydarzeniem historycznym, rekordem), a w dodatkowym wyścigu o ostanie dwa premiowane miejsca spotkali się Zdzisław Rutecki, Piotr Pyszny i "Jankes" - Roman Jankowski, z czego zwycięsko wyszli dwaj ostatni.

Tak, to dla Zdzicha pojechałem wówczas do Torunia i w ów pogodny dzień pięknie, heroicznie przegrał, przegraliśmy, bo pozycja rezerwowego była niewątpliwie porażką, która jednak po kilkunastu dniach przerodziła się w sukces. Ostatecznie polonista jednak w finale wystartował, choć tam, jak pisze Krzysztof Błażejewski w książce Żużel po bydgosku, "kompletnie rozsypuje mu się silnik, co owocuje ostatnią lokatą". Nie ma natomiast racji znany i bardzo skrupulatny bydgoski dziennikarz, że Rutecki "bez problemu dociera do finałowej tury". To tylko tak gwoli ścisłości.

Zdzichu zwykle stateczny, a nawet bardzo stateczny i opanowany na torze, miewał jednak czasami momenty fantazji, szaleństwa. Pamiętam taki epizod z meczu, w którym Polonia była faworytem i bardzo wysoko prowadziła z przeciętnym rywalem. Rutecki startował wówczas w parze z Bolkiem Prochem. W jednym z biegów jechali na 4-2, Proch prowadził, nieco spowalniał rozdzielającego ich rywala, a na wyjściu z ostatniego wirażu drugiego, bądź trzeciego okrążenia, Zdzichu wyprzedził przeciwnika tuż przy siatce, w bardzo niebezpiecznym miejscu, gdy ten pozostawił mu minimalną ilość miejsca. Tuż po biegu widziałem jak Rutecki podekscytowany jeszcze swym odważnym, aczkolwiek niebezpiecznym i w sumie niepotrzebnym manewrem, pokazywał Prochowi wymownie dłońmi w parkingu, jak wąska to była szczelina na torze. Niby zachwycony, dumny, ale przy tym jakby odrobinę przerażony.
Pamiętam Zdzisława Ruteckiego i z późniejszych lat, naszą rozmowę w gabinecie pana Leszka Tillingera, kiedy już pisałem do "Tygodnika Żużlowego", a Rutecki był trenerem Polonii, o szansach na zdanie licencji żużlowej przez Kanadyjczyka Chrisa Słabonia przed sezonem, w którym miał on zadebiutować w polskiej lidze.

I jeszcze jeden epizod, kiedy podczas tamtego, bądź następnego sezonu, w parny, gorący dzień, wprowadzał mnie i Jurka Wójcika - współpracowników "TŻ" - do parkingu Polonii przed meczem ze Stalą Rzeszów. Kilkadziesiąt minut później potężna nawałnica przerwała zawody przy stanie remisowym. A oprócz niej wryła się w pamięć waleczność Krzysztofa Słabonia, który o dziwo jednak nad Wisłą prawdziwej kariery nie zrobił, a przecież wcześniej jako nastolatek tak obiecująco radził sobie choćby w turniejach Ivana Maugera w Australii.

Pierwszy maja 2011 r. Oglądam relacje z meczów Ekstraligi w telewizorze. I czegoś mi brakuje, coś mnie oburza. Jak można nie uczcić czarnymi opaskami, bądź kirami na plastronach pamięci człowieka, który przejeździł w polskich ligach żużlowych, z reguły w najwyższej klasie, blisko dwadzieścia lat, będąc niemal zawsze istotnym, czołowym zawodnikiem, który zginął tragicznie? Popatrzmy na Serie A, na Bundesligę i się uczmy. Tam, pomimo ogromnych pieniędzy, o legendach, nie tylko tych pierwszego planu, się nie zapomina. Na przykład Zbigniew Boniek pisze w 1985 roku w swej książce "Prosto z Juventusu", że
przestrzega się w Turynie takiej niepisanej zasady, że każdy, nawet najskromniejszy piłkarz klubu Agnellich, który zdobył dla jego biało-czarnych barw scudetto, czyli mistrzostwo Włoch, jest zawsze z honorami witany w siedzibie klubu i może do końca życia z niej korzystać.
A u nas? Jakże często zamyka się bramy stadionów, czy też parkingów przed byłymi żużlowcami, mistrzami. A Zdzisław Rutecki w plastronie Polonii Bydgoszcz, w 1992 roku drużynowe mistrzostwo Polski zdobył. Było tu upragnione, wytęsknione przez bydgoskich kibiców złoto - trzecie w historii i po 21 latach oczekiwania. I dla mnie Zdzichu na zawsze pozostanie legendą bydgoskiego, a tym samym polskiego żużla, nie tylko żużla mojego dzieciństwa.

Po zakończeniu kariery, jeśli widywano bohatera niniejszego tekstu w parkingu, to zawsze bardzo eleganckiego i jakże często z nieodłącznym papierosem. Wracam myślami do Brzozówki. Zastanawiam się, czy ów nałóg, tak przecież piętnowany w dzisiejszych czasach - że skraca życie, zabija - miał, czy nie miał wpływ na długość życia Ruteckiego? Według naocznego świadka, karetka przyjechała na miejsce zdarzenia ponad dwadzieścia minut po wypadku. Ów naoczny świadek udzielił żyjącemu jeszcze Zdzichowi pierwszej pomocy. Czy by to coś zmieniło, gdyby karetka dojechała odrobinę wcześniej?

Sławomir Jankowski
kwiecień - czerwiec 2011

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!