Autor: Aleksandra Podgórska

2017-04-07, Aktualizacja: 2017-04-07 09:40 źródło: Naszemiasto.pl

Psycholog zwierząt: Oddanie psa jest jak zdrada ukochanego

- Każdego psa da się wychować. Behawiorysta jest w stanie rozwiązać każdy problem. Jeśli nie ma rozwiązania, to znaczy, że nie ma problemu - mówi pół żartem, pół serio Aneta Awtoniuk. W swojej pracy zajmuje się szkoleniem psów, ale podkreśla, że najtrudniejsze przypadki związane są z opiekunami zwierząt. 90 procent problemu stanowi bowiem człowiek.

Aneta Awtoniuk jest behawiorystką, zoopsychologiem, instruktorką szkolenia psów i specjalistką od relacji człowiek-pies. Prowadzi również szkołę dla psów Azorres w Warszawie. Pracowała jako ekspert przy takich programach jak "Przygarnij mnie" w TVP2 czy "Misja Pies" w TVN.

Jest pani pomysłodawczynią inicjatywy „Wychowuję - nie tresuję”. Czym różni się wychowanie zwierzęcia od jego tresury?

W języku utarło się, że szkolenie zwierząt to tresura. Moim zdaniem ma to swoje korzenie jeszcze w latach 50. lub 60. XX wieku. Wtedy tresurą psów zajmowali się tylko milicjanci i żołnierze. To faktycznie była tresura, bo pies nie miał żadnej przestrzeni na robienie tego, co by chciał. Nie pojawiały się żadne nagrody za poprawne wykonywanie działań, a tylko narzędzia przymusu. Były wówczas stosowane metody awersyjne, czyli zniechęcania do konkretnych zachowań poprzez używanie kary, czasem bardzo dotkliwej. Z jednej strony mógł to być zaciskowy łańcuszek dławiący, który podduszał psa, gdy ten np. nie chciał równać przy nodze, lub kolczatka wbijająca w szyję zwierzęcia metalowe kolce i jednocześnie zaciskająca się na tchawicy, gdy pies nie wykonywał polecenia funkcjonariusza. Z drugiej strony mógł to być powrót do kojca, co w porównaniu z narzędziami przymusu fizycznego stosowanymi w tresurze wydaje się lekką karą.

Kiedy milicja szkoliła psy służbowe, nie funkcjonowały one tak jak teraz, nie mieszkały ze swoimi przewodnikami w domach, a w klatkach, w komisariatach. A np. dla takiego owczarka niemieckiego życie w klatce, bez człowieka to bardzo dotkliwa kara. Pies był więc w stanie zrobić wszystko, czego człowiek od niego oczekiwał, byle do tej klatki nie wracać.

Ważne jest to, że treser wydaje psu abstrakcyjną z jego punktu widzenia komendę i wymaga, żeby on to skojarzył sam z siebie z konkretną czynnością. Zwierzaki próbują, oferując coraz to inne zachowania, a jeśli nie trafią w oczekiwania tresera, dostają karę. To prowadzi do frustracji. Bardzo często słabsze psychicznie zwierzęta po prostu się wycofują i nie chcą podejmować żadnych działań. To tzw. wyuczona bezradność.

Taki pies może też stać się agresywny?

Bardzo często się to zdarza. Psiak nie jest w stanie odgadnąć intencji człowieka, ale nauczył się, że za każdy objaw swojej aktywności dostaje karę, więc woli ją uprzedzić swoim agresywnym lub wyglądającym na agresywne zachowaniem, żeby kary uniknąć. Ze swojego punktu widzenia odstrasza napastnika.
Podsumowując, można powiedzieć, że w tresurze zwierzę nie jest brane pod uwagę. Ta bywa siłowa, a często także wbrew fizjologii zwierząt. Wystarczy spojrzeć na cyrk.
To nie jest normalne, żeby koty skakały przez płonące obręcze i w ogóle zbliżały się do ognia. To wbrew ich naturze i ewolucji.

Tresura zawsze łamie zwierzę psychicznie, a wychowanie stawia granice, które dla ludzi są w porządku i za przestrzeganie których zwierzę dostaje nagrody. Wychowując psa uczymy go, że może sam wpływać na to, co go spotyka. Manipulujemy konsekwencjami zachowania zwierzęcia, a nie nim samym. W wychowaniu oczywiście też funkcjonują kary, ale raczej jako brak nagrody lub zabranie psu przywileju, na którym mu bardzo zależy, np. niepuszczenie go do jego psich kolegów. Rodzajem kary może być też zniknięcie człowieka z pola widzenia psa. Bo nie oszukujmy się, ale my jednak trochę uczymy psy tego, że zawsze na nie poczekamy. A potem stoimy na trawniku pół godziny i wołamy je kilkanaście razy, grzecznie czekając, aż pies nas zaszczyci swoim powrotem. W takiej sytuacji wystarczy schować się np. za drzewo i po kilku takich razach pies się nauczy zwracać uwagę, czy jesteśmy w polu widzenia.

Skoro różnica między tresurą a wychowaniem sięga czasów PRL-u, czy w takim razie razem wraz z ustrojem zmieniło się to podejście do zwierząt w służbach? Teraz psy się szkoli i wychowuje?

Teraz psy się szkoli, a nie tresuje, również dlatego, że zmieniły one nieco swoje zastosowanie. Nie są już „narzędziami”, jak kiedyś, a partnerami. Współpraca opiera się na zaufaniu, tak jest np. w GROM-ie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że tam tresura w ogóle nie wchodzi w grę. Bardzo często "psi żołnierze" ratują życie ludzkim żołnierzom. Do obiektów, w których może znajdować się wróg, psy wchodzą jako pierwsze, bo są niższe niż ludzie. Wówczas mniejsze jest ryzyko postrzelenia, bo wróg jest nastawiony na celowanie w głowę i nie spodziewa się, że jako pierwszy w środku pojawi się pies. W takich sytuacjach zwierzęta muszą ufać swoim przewodnikom, a ludzie swoim zwierzętom. Tutaj nie ma miejsca na przemoc i siłę. Podobnie jest z psami szkolonymi do wykrywania narkotyków, np. na lotniskach. Ze szkolenia i wychowania psiego funkcjonariusza robi się zabawę, frajdę, bo kiedy znajdzie on niepożądaną paczkę, dostaje za to nagrodę.


© MARZENA BUGALA- AZARKO



Każdego psa da się wychować? Behawiorysta może rozwiązać każdy problem?

Tak. Jeśli nie ma rozwiązania, to znaczy, że nie ma problemu (śmiech). Im więcej się wie o tym, co może nas spotkać w świecie zwierząt, tym więcej mamy w sobie pokory. Ja też taką lekcję odebrałam, kiedy na początku pracy wydawało mi się, że po licznych kursach wiem już wszystko. A potem trafiały się psy, które pokazywały, że wcale tak nie jest. Dopóki człowiek nie otworzy głowy i nie zacznie traktować zwierząt jak fascynującej przygody, to zawsze będzie poruszał się w tych utartych schematach: psów, które szkoli się łatwiej, psów, które szkoli się trudniej, które szybciej się uczą albo wolniej. Niestety robią to też niektórzy szkoleniowcy. A tak naprawdę, to do każdego psa jest droga. Każdy pies ma motywację i coś, co go kręci i co mogę wykorzystać we współpracy z nim. To jest pierwsza rzecz, której się dowiaduję przed rozpoczęciem pracy z psem, bo każdego motywuje coś innego: jedzenie, zabawa z człowiekiem czy spuszczenie ze smyczy na spacerze.

Mówi się o szkoleniu pozytywnym, że polega ono na karmieniu parówkami, a to nieprawda. Polega właśnie na tym, aby odkryć, co motywuje psa i co będzie dla niego nagrodą. Polega na takim prowadzeniu go, aby miał on poczucie sprawczości, żeby rozumiał, że od jego decyzji zależy to, co go spotyka - wtedy myśli i współpracuje, a nie jest maszyną w futrze.

Jaki był najtrudniejszy przypadek, z którym musiała się pani zmierzyć?

Najtrudniejsze przypadki rozpatruję w kategoriach opiekunów psów. 90 procent problemu stanowi bowiem człowiek. Pies jest taki, jakim go wychowamy, o ile oczywiście mamy go od szczeniaka i wychowujemy od zera.
Jeśli mamy psa po przejściach, ze schroniska, wtedy jest trochę inaczej, bo nie wiemy, co ten pies wcześniej przeżył. Problemem, który pamiętam do tej pory, mimo że zetknęłam się z nim wiele lat temu, była para ludzi – prawnik i pani pracująca w marketingu. Młodzi, aspirujący, mieszkali w modnej dzielnicy i byli tuż przed przeprowadzką pod Warszawę. Wydawać by się mogło, że skoro są młodzi, to są też inteligentni, mają otwarte głowy, że po prostu są fajni. Okazało się, że wzięli sobie wyżła weimarskiego. Ich motywacja była taka, że… pięknie pasuje do wnętrza.

Przez 8 miesięcy ten pies nigdy nie został w domu sam, wszędzie go ze sobą zabierali. Kiedy zaczęła się praca i zwierzę zostało samo na 10 godzin, skończyło się to tym, że pies wyskoczył za nimi z drugiego piętra przez okno balkonowe. Na szczęście przeżył. Ten pies tak się cieszył, gdy jego ludzie wracali do domu, że skakał na nich z radości. Właściciel wtedy bił go zegarkiem, nadmienię, że złotym, po głowie. I nie miał żadnego poczucia obciachu i wstydu, że to robi. Ten przypadek skończył się oddaniem psa. Ci ludzie nie potrafili zrozumieć, że problem tkwi głównie w nich. Próby wyjaśnienia im tego były dla mnie ogromnym wyzwaniem, bo odbijałam się od nich jak piłka pingpongowa od ściany.

Oni sami zdecydowali, że oddadzą psa, czy ktoś im to doradził?

Sami, bo stanowił problem. Kiedy zadeklarowali, że pies jest głupi, a ja się mylę, zaproponowałam, żeby oddali psa komuś na próbę, żeby zobaczyć, jak będzie się zachowywał u innych opiekunów. Zrobili to, psa wzięła pani, która u nich sprzątała. Fantastyczna osoba, która ma rodzinę i dzieci. Ten sam pies w nowym domu bez żadnego szkolenia zachowywał się wzorowo. Okazało się, że to było dla nich jeszcze trudniejsze do zaakceptowania. Byli oburzeni, że sprzątaczka tak dobrze dogaduje się z ich psem, a ich zwierzę nie słucha, chociaż zapewniają mu takie fantastyczne warunki. Jak ktoś ma takie podejście, to nie powinien mieć zwierząt. Ewentualnie pluszaki.

Czy psa trzeba jakoś przygotować przed wizytą behawiorysty?

Nie, wręcz przeciwnie. Im bardziej standardowo pies będzie traktowany w trakcie tej wizyty i przed nią, tym lepiej. Kiedy idę do domu, gdzie jest pies z problemem, muszę zobaczyć jego normalne, codzienne zachowanie. Jeśli przygotujemy psa w jakikolwiek sposób, to zachowanie zostanie zaburzone, a ja nie będę w stanie przeprowadzić obserwacji, testów i postawić właściwej diagnozy. Staram się nawet nie witać z psem po przyjściu do jego domu, choć to też zależy od rodzaju problemu.


© MARIUSZ KAPALA / GAZETA LUBUSKA



Ostatnio miałam ciekawy przypadek. Ośmioletni pies zabrany ze schroniska bardzo źle reagował na gości. Musiał być zamykany, a goście musieli być czujni, słowem – niekomfortowa sytuacja. Postanowiłam więc być pozorantką, sama dla siebie, żeby zobaczyć, jak ten pies faktycznie się zachowuje wobec gości. Właścicielka miała z tym straszny problem, bo bała się, że pies mnie pogryzie. Ale psy nie gryzą bez powodu. Jeśli zwierzak jest zdrowy psychicznie, a zakładamy, że większość tak, to wiem, że jeśli zachowam się w porządku wobec niego (ale w porządku po psiemu!), on mnie nie ugryzie. I jak na razie jeszcze mi się nie zdarzył pacjent, który by mnie pogryzł.

Pracuje pani też z kotami. Jest jakaś różnica w stosunku do psów? Z którymi pracuje się łatwiej?

Różnica jest ogromna. Ale znowu powiem, że mniej chodzi o zwierzęta, a bardziej o opiekunów.
Opiekunowie kotów są jeszcze bardziej specyficzni niż opiekunowie psów. Ta specyfika polega na tym, że właściciele kotów są gotowi na wszystko dla swoich zwierząt. Nie spotkałam jeszcze osoby, która nie chciała wziąć odpowiedzialności za określone zachowania swojego kota.
Kociarze znacznie lepiej wdrażają elementy terapii behawioralnej, są konsekwentni, cierpliwi, precyzyjnie stosują się do zaleceń.

Z drugiej strony opiekunom kotów często się wydaje, że ich kot po prostu tak ma i nie da się nic zrobić z problemem, więc go akceptują. Poza tym problemy behawioralne kotów są zwykle mniej uciążliwe niż te psów, łatwiej można im zaradzić tymczasowo, np. poprosić gości, żeby nie zdejmowali butów, bo kot poluje na gołe stopy. Rzadziej więc właściciele kotów szukają pomocy u specjalistów, ale kiedy już się na to zdecydują, fantastycznie współpracują z behawiorystami. Nie mogę powiedzieć złego słowa o kociarzach.

Praca z kotami to też zupełnie coś innego. One są w mniejszym stopniu udomowione niż psy. Psy żyją blisko ludzi, są z nimi ściśle związane i przez te wszystkie lata ich genotyp się ewolucyjnie zmienił. A koty wręcz przeciwnie, zostawiły sobie duży margines samodzielności i dzikości, a człowiek nie jest im do niczego potrzebny. W związku z tym właścicielom dużo trudniej pracuje się z kotami. U kotów trudniej jest wykorzystać w terapii motywację, która będzie ich nagrodą, bo np. w zupełnie inny sposób jedzą. Nie wiem, czy pani wie, ile kalorii ma jedna mysz?

Nie mam pojęcia.

Przyjęło się, że 32. I właśnie mniej więcej taką porcję jedzenia koty przyjmują raz na kilka godzin. One nie najadają się na zapas. Co innego psy, które są w stanie zjeść pół 10-kilogramowego worka karmy, gdy uda im się do niego dobrać (śmiech). Dla kota ziarenko suchej karmy nie będzie motywacją. Prędzej ciepłe surowe mięso, przyczepione do sznureczka, które możemy ciągnąć po podłodze, aby kot je sobie „upolował”.


© PRZEMYSLAW SWIDERSKI / POLSKA PRESS



Osoby, które chciałyby zasięgnąć porady, będą mogły panią spotkać w kwietniu na targach Warsaw Animals Days. Jakie tematy zostaną poruszone?

Na pewno będę miała swoje wystąpienie na scenie głównej, z której będę chciała rozwiać kilka mitów o psach i kotach. Mamy XXI wiek, rozwinięte społeczeństwo, środek Europy, stolicę Polski, a to, w co czasem ludzie wierzą w kwestii zwierząt, co wypisują w Internecie, nie mieści się w głowie. Wynika to z niewiedzy albo ze stereotypów, z którymi żyli od wielu wielu lat. W sieci można znaleźć mnóstwo bzdur i mitów. Począwszy od takich, że jeśli suka nie ma szczeniaków chociaż raz w życiu, to będzie agresywna, a skończywszy na tym, że od ciepłej marchewki pies może dostać robaków (śmiech). Zebrałam wiele takich mitów i będę je na targach jeden po drugim obalać i wyjaśniać, jak jest naprawdę.

Na pewno opowiem trochę o książce „Wychowuję - nie tresuję”, bo ta idea cały czas mi towarzyszy. Będę wraz z moimi współpracownikami namawiać do wychowania psów, zamiast ostrej tresury, do bycia opiekunem, a nie właścicielem. Zależy mi też na tym, żeby ludzie umieli rozpoznać, co psy do nich mówią. Szczegółowo opowiemy więc o mowie ciała psów – kiedy pies ostrzega, kiedy jest zestresowany, a kiedy zaprasza do zabawy.
Co ważne, pies nigdy nie atakuje bez ostrzeżenia. Najpierw wysyła szereg sygnałów, dając nam szansę na wycofanie się: mruży oczy, staje bokiem, silnie oblizuje, jeży sierść, marszczy nos i odsłania zęby.
Jeśli to nie zadziała i człowiek nadal będzie chciał podejść, pies zacznie warczeć i kłapać zębami. Dopiero na końcu, kiedy zlekceważymy wszystkie sygnały, zwierzę może ugryźć. Nie ma psów, które gryzą od razu. Warto więc zwracać uwagę na ostrzeżenia i jednak nie podchodzić w parku do tego pięknego pieska, żeby go pogłaskać, bo może się to źle skończyć. I cała wina spadnie na psa, mimo że dawał sygnały. Na stoisku będą wielkie zdjęcia z konkretnymi pozami psów po to, aby ludzie mogli się ich nauczyć i dowiedzieć, jak wygląda mowa ciała zwierząt. Dzięki temu i ludzie, i psy będą bezpieczniejsi.

Będziecie dobierać też odpowiednie rasy psów do typów ludzi, którzy chcą kupić lub adoptować czworonoga. Jak to się robi?

Każdemu, kto przyjdzie i powie, że chce mieć psa, dobierzemy odpowiednią rasę. Trzeba na pewno znać wszystkie rasy i typy psów, wiedzieć, czym się różnią i jakie są ich temperamenty. Kiedy masz husky’ego, to jogging raz w tygodniu nie wystarczy. One muszą biegać codziennie. A jak mamy beagle’a, to musimy liczyć się z tym, że to nos na czterech łapach. Jak złapie trop, to zapomina o całym świecie. Beagle, który węszy, to autystyczne zwierzę, które ma tylko jeden cel. Nad tym instynktem oczywiście możemy zapanować, ale musimy umieć to zrobić i mieć na to czas i pieniądze.

Opracowaliśmy w Azorres specjalną ankietę dla osób marzących o psie. Pytamy w niej m. in. o to, jak ludzie lubią spędzać czas wolny, ile mają tego czasu, jaki mają temperament. To jest bardzo odpowiedzialna decyzja, bo tak naprawdę musimy określić, co będziemy robić przez najbliższe 15 lat! A przecież czasem nie wiemy nawet, co stanie się za miesiąc. Trzeba powiedzieć sobie i zdecydować, że cokolwiek będę robić, mogę to robić z psem. Takie osoby są gotowe na posiadanie zwierzęcia.

Dochodzi do tego też czasem kwestia posiadania dzieci. Niektóre rasy są bardziej cierpliwe, inne mniej.

To też jest istotne, na ile my będziemy chcieli uczyć nasze dzieci odpowiedniego traktowania nowego członka rodziny. Najlepiej uczyć w młodym wieku, kiedy dzieci są najbardziej plastyczne. Ludzkie dzieci są takie same jak szczenięta. Bo to, jakie są dzieci, zależy od wychowania przez rodziców i tak samo jest z psami – jak psa wychowamy, takiego będziemy mieć.

Syn instruktorki z mojej szkoły Azorres ma dwa lata i od małego był uczony odpowiedniego podejścia do psów. On wie, jak psa można pogłaskać i że do obcych nie wyciąga się ręki. To specyficzna sytuacja, bo jest dzieckiem instruktorki, więc ma do czynienia z psami na co dzień, ale ten przykład pokazuje, że każdego malucha można nauczyć postępowania z psem: nieobłapiania za głowę, głaskania zawsze od spodu czy podchodzenia do psów z rodzicem, a nie samemu.

Najpierw lepiej kupić psa, a później mieć dzieci, czy odwrotnie?

To jest dobre pytanie, bo jednoznaczna odpowiedź jest trudna. Z całą pewnością fajnie jest mieć ogarniętego psa, który może być też wsparciem w wychowywaniu dziecka. Patrząc na to z tej perspektywy, lepiej najpierw mieć psa i sobie go wychować, a później mieć dziecko. Dzieci, które wychowują się ze zwierzętami, są bardziej empatyczne, szybciej się uczą, mają lepsze umiejętności społeczne na starcie. Obecność czworonogów lepiej wpływa też na zdrowie, zmniejsza ryzyko otyłości i osteoporozy, obniża ciśnienie krwi, przy zwierzętach mniej się stresujemy. W Australii przeprowadzono nawet takie badania, które wykazały, że rodziny posiadające psa lub kota, mają mniejsze wydatki związane ze zdrowiem w stosunku do rodzin, które tych zwierząt nie mają.

Z drugiej strony wszystko zależy od tego, co dla kogo jest ważne i o czym ludzie marzą. Znam kilka takich par, które wzięły psa „na próbę przed dzieckiem” i do tej pory tych dzieci nie mają i nie chcą mieć. Ci ludzie zdali sobie sprawę, że tak bardzo lubią swoje dotychczasowe życie bez zobowiązań, że już nie chcą mieć dzieci. Więc właściwie może lepiej najpierw wziąć psa, bo to przyniesie ewentualnie trochę mniejsze szkody. Ale wszystko zależy od człowieka.

Są typy ludzi, którym można polecić adopcję ze schroniska?

Tak, z całą pewnością. Psy w schroniskach są tam z jakiegoś powodu i biorąc takiego psa, trzeba być gotowym na pracę behawioralną. Choć nie zawsze pies trafia tam z własnej winy, to pobyt w takich warunkach wpływa na jego zachowanie. Nawet jeśli nie są to problemy z agresją, a np. z zachowaniem czystości, psa trzeba uczyć i będzie musiał to zrobić nowy opiekun. Na pracę z behawiorystą trzeba też być gotowym pod względem finansowym. Psy po przejściach często potrzebują specjalistycznej karmy, leków. Taki pies może być zwyczajnie kosztowny i z tym też powinniśmy się liczyć. Dlatego jeśli ktoś nie czuje się na siłach, lepiej, żeby kupił psa już odchowanego, z hodowli. Nie ma sensu brać psa ze schroniska pod wpływem impulsu, aby poczuć, że zrobiło się coś dobrego, głównie dla siebie.

Pies bardzo docenia to, że ma dom, swojego człowieka, własną miskę, że może wchodzić na kanapę. Ale psy nie są wdzięczne w ludzkim rozumieniu, a ludzie często oczekują takiego uczucia od psów, które adoptują ze schronisk. Zdarza się, że taki pies zje nogę od stołu i wtedy człowiek jest zdumiony jego zachowaniem. Jak to? Ja ci ratuję życie, a ty się tak odwdzięczasz? I pies z powrotem wraca do schroniska.
Oddanie psa moim zdaniem można porównać do zdrady ukochanej osoby. To emocjonalna masakra. Wali się cały świat i nic nie jest już takie samo. Bardzo trudno zbudować zaufanie na nowo.


Adopcja ma sens wtedy, kiedy chcemy dać, a nie dostać. Jeśli chcemy dostać, najpierw sami pójdźmy do psychologa, zróbmy ze sobą porządek, a dopiero później bierzmy zwierzę.

Rozmawiała Aleksandra Podgórska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: archiwum prywatne Anety Awtoniuk

Komentarze (10)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Bloo (gość) (As)

Mama ma psa uciekiniera, wyadoptowanego ze schroniska. Ucieka, bez względu jak intensywną rozrywkę mu się zafunduje, jak bardzo się go wymęczy i czy będzie dużo kontaktu i uwagi człowieka czy nie. Kary, nagrody - nie działa nic. Ostatni behawiorysta - bardzo zachwalany, zaproponował obrożę elektryczną ;). Może i byłaby to jakaś opcja, gdyby nie fakt, że ten pies robiąc coś czego nie może (ucieczka) totalnie wyłącza czucie bólu. Pies przy wypuszczaniu na ogród musi być przypinany do łańcucha. Na spacerach smycz jest zbędna. Słucha się bardzo ;). Rajcują go tylko ucieczki z domowego ogrodu i straszenie po wsi. Jest to bardzo problematyczne, bo to duży pies, nie lubi małych psów, kotów i ludzi pod wpływem alkoholu, za to bardzo lubi dzieci - wita się skacząc... Rok ciężkiej pracy, mnóstwo wydanych pieniędzy i zero efektów. Do tego kłamstwem jest, że pies nigdy nie atakuje bez uprzedzenia. Poznałam wiele psów różnych ras, które przewijały się przez fundacje i schroniska i część nie ostrzega, nawet wręcz usypia czujność i potrafi naprawdę mocno ugryźć. Pies powinien umieć zasygnalizować, że coś mu nie odpowiada i zaraz zaatakuje, raczej u większości psów można to wypracować. Niestety są i tak skrzywione (przez człowieka) psy, tułające się gdzieś po schroniskach, u których sztab ludzi, którzy wiedzą co robią nie potrafi przepracować agresji i ich los niestety nie jest kolorowy. Nie każdy psi problem można rozwiązać.

Alicja (gość)

Adoptowaliśmy w lutym dwa staruszki ze schroniska, takie, co sobie by tam nie poradziły. Dla nich, nie dla nas to zrobiliśmy. Sunia, która 16. lat przebywała w schronisku, gdy załatwi się na podłogę rozdeptuje własne ekskrementy po mieszkaniu. Ma demencję starczą i jest na Bioxetinie. Samiec głównie siusia na podłogę. To psy, które nie dają znaków, że chcą się załatwić. Tylko non stop patrząc na nie można coś dostrzec. Chyba nawet behawiorysta tu nic nie poradzi przy takich staruszkach.

9239 (gość)

Czemu nie poruszono problemu oddawania psa, bo pojawiło się dziecko? To się niestety często zdarza.

Anna (gość)

Niestety się nie zgadzam. Lepiej najpierw mieć dziecko, później psa. Pies różnie może zareagować na ciążę a później na dziecko, ogólnie na zmianę warunków. Są takie, które np. zareagują agresją na zmiany hormonalne kobiety, a dziecka nie zaakceptują. Zwłaszcza te pobudliwe i reagujące agresją na stres. Niestety w życiu nie jest nic czarno białe.

Joanna (gość)

Ciekawy wywiad o bardzo istotnych sprawach. Jednak muszę zwrócić uwagę, że zdanie "wydawać by się mogło, że skoro są młodzi, to są też inteligentni" jest całkowicie bezpodstawne. Każdy człowiek był lub jest młody - także kretyn :) Nie jest też tak, że najpierw jesteśmy mądrzy, a głupiejemy na starość. Jak już, to niektórzy z nas z wiekiem nabierają nieco rozumu :) Poza tym inteligencja nie musi iść w parze z wrażliwością i sercem - jak też było w przypadku wykształconej, lecz nieczułej pary. Czasem nasuwa się refleksja, że pies, jako żywa czująca istota, powinien być oddawany ludziom, którzy otrzymali stosowną licencję, właśnie od psychologa.

As (gość)

Pani behawiorystka gada bzdury. W PRL było dużo więcej świadomych posiadaczy psów, dużo więcej dobrze wychowanych psów, a o tym, co pani nazywa 'tresurą" mówiło się "układanie". Poza tym nieprawdą jest, że behawiorysta rozwiąże każdy problem - w przypadku mojej znalezionej suczki czterech "naukowców" się poddało, więc lepiej nie wprowadzać w błąd nieświadomych posiadaczy modnych zwierzaków, że każdy problem da się rozwiązać tabelkami i standardami zachowań.

A+ (gość)

Mam dwa psy - kundelka i jamniczkę oraz kota.
Od pierwszej chwili przypadli sobie do gustu,co podobno nie rzadko sie zdarza:P
Kundelek i kot wychowywane byly od małego,a jamniczka doszła do nich mając ok.2 lata (teraz już 4)...
Jej poprzedni właściciele prawie ja zagłodzili,nie chcieli z nia wychodzić na dwór,a wogole to chcieli jej sie pozbyc bo była im nie potrzebna.
Na szczęscie moj brat ja wziął i to bylo najlepsze co mogl dla niej zrobic:)
U nas nieba im przychylamy:)
Taka trójka kochanych futrzanych przyjaciół jest dla nas cenniejsza niż dom,samochód i wszystkie dobra materialne.
Kocham moje zwierzaki a one kochaja nas na swój sposob:)
Dobrze że uświadamia Pani ludziom że psa czy kota sie wychowuje a nie tresuje.
Co niektorym ludziom przydalaby sie tresura jak widze jak traktuja swoje zwierzęta.