Dowartościować "polskie pogromy"?

MichalTyrpa
MichalTyrpa
Zrzut strony internetowej http://www.z-g-v.de/index_noflash.html
Zrzut strony internetowej http://www.z-g-v.de/index_noflash.html
Udostępnij:
Od pewnego czasu reagujemy na używanie przez media oszczerczych sformułowań fałszujących prawdę o polskiej historii. Ale czy to, co słusznie oburza nas, gdy dotyczy jakiejś gazety czy telewizji, mamy tolerować ze strony tzw. „wypędzonych".

Sprawa związana jest z szczególnego rodzaju działalnością
edukacyjną prowadzoną przez tzw. „wypędzonych” (przy okazji, czy to nie jest
skrót myślowy wyrażenia „wypędzeni przez III Rzeszę”?). Za pośrednictwem internetowych
stron organizacji zrzeszających owe środowiska, każdy zainteresowany może
zapoznać się między innymi z bogatą historią niemieckich społeczności do 1945
r. zamieszkujących terytoria środkowej i wschodniej Europy. Dzięki witrynie
Centrum przeciw Wypędzeniom możemy zaś nie tylko docenić niemieckie poczucie
humoru (vide: zwycięstwo Karola Lotaryńskiego w bitwie pod Kahlenbergiem w 1683
r.), ale także wzbudzić szczerą empatię wobec niemieckiej martyrologii lat 40.
ubiegłego wieku. Jej symbolem stały się słynne „polskie obozy koncentracyjne”,
a także „polskie pogromy”. Dodajmy – symbolem na świecie obecnym na poziomie
potocznej świadomości. Temat może się wydać mało istotny, dopóki nie spojrzeć
nań bez uprzedzeń. Na przykład okiem młodego, ambitnego Kalifornijczyka, który,
powiedzmy, zapragnął poświęcić się studiom nad skomplikowanymi relacjami między
narodami Europy Środkowej. Warto uświadomić sobie, że ów młody mieszkaniec
Krzemowej Doliny wyniósł ze szkoły zestaw dobrze ugruntowanych wyobrażeń. Jakich?

Keine Witze

 

Jak znakomita większość kolegów przekonany jest, na przykład,
że tzw. naziści w rzeczywistości byli nie tyle Marsjanami (jak powszechnie
uważa się dzisiaj w Niemczech), co Polakami... I wbrew pozorom to nie jest
przejaw publicystycznej przesady ze strony autora. Oto kiedy w 1998 r. grupie
kalifornijskich uczniów pokazano notatkę o aresztowaniu strażnika obozu
koncentracyjnego, a następnie zapytano „Kim byli naziści?”, młodzież zgodnie
odparła: „Polakami!”. Szukając źródeł do swych badań, nasz Amerykanin z
łatwością może trafić na wielokrotnie pojawiające się na łamach „The New York
Times” sformułowania w rodzaju: „Polish Holocaust”. Przy odrobinie szczęścia (w
Sieci jest wszystko!) uda mu się również zapoznać z notatką, jaka ukazała się
21 stycznia 2005 r. w nowojorskim tygodniku „Jewish World”. Oto fragment:
„spośród 6,5 tys. esesmanów, którzy pracowali w Auschwitz i przetrwali wojnę,
zaledwie 750 zostało osądzonych. W większości byli to Polacy.”. Dla porządku
warto dodać, że mimo trwających ponad rok wysiłków byłego polskiego więźnia KL
Auschwitz, podana „informacja” nigdy nie została sprostowana. Bo i po co...

Kres barwnego świata

 

Kiedy już wiedza historyczna naszego Kalifornijczyka stanie
się trochę ugruntowana, mogą go zainteresować dzieje niemieckich Heimatów na
wschodzie. Zanim wsiądzie w samolot, by osobiście wybrać się do Berlina,
prawdopodobnie zajrzy na internetową witrynę Centrum przeciw Wypędzeniom. W ten
sposób jego obraz zacznie się układać w spójną całość. Zrozumie to, co z największym
trudem udaje się przyjąć do wiadomości mieszkańcom przywiślańskiego kraju. A
przecież – wydawałoby się - wnioski nasuwają się same. Oto przez setki lat na
wschodzie Europy (czyli w Niemczech i Rosji, bo przecież między nimi nigdy nic nie było) żyły obok siebie w przyjaźni
narody, które najbardziej ucierpiały w wyniku barbarzyństwa XX wieku - Żydzi oraz
Niemcy.

Po roku 1918 ex nihilo pojawił się na mapie twór nazwany przez Wiaczesława Mołotowa „potwornym bękartem traktatu wersalskiego”. Kolejną odsłoną dramatu były lata 30., kiedy to po całej Europie rozpleniła się zaraza „polskiego antysemityzmu” (któż o nim nie słyszał?!). Jego naturalną konsekwencją stały się wspomniane "polskie pogromy" i eksterminacja obu wymienionych mniejszości. Dzisiaj, u progu XXI wieku, tylko całkowicie zaślepieni nacjonaliści nie potrafią dostrzec tej bolesnej prawdy...

Uwzględniać konsekwencje

Tych, którzy nie do końca odnajdują się w powyżej
naszkicowanej wizji, może zainteresować swego rodzaju niekonsekwencja. Jak to
możliwe, że o ile polskie władze wspierają (bądź inicjują) walkę z
oszczerstwami, jakich dopuszczają się światowe media, z analogiczną reakcją nie
spotyka się działalność „edukacyjna” środowisk skupionych wokół Eriki
Steinbach? Wiedziony ciekawością, zwróciłem się w tej sprawie do polskiego
Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które także angażuje się w akcję pod hasłem
„Przeciw >polskim obozom<”. Odpowiedzi udzielił Przemysław Antoniewicz z
Departamentu Systemu Informacji MSZ. Obiecując konsultacje w Departamencie
Europy MSZ, Antoniewicz zaznaczył, że sprawa jest znana specjalistom ds.
niemieckich i historykom zajmującym się najnowszą historią stosunków
polsko-niemieckich. Jednak z uwagi na to, że polski rząd nie utrzymuje
oficjalnych kontaktów z
organizacjami przesiedleńców, przy rozpatrywaniu
naszych reakcji powinniśmy „uwzględnić ich ewentualne następstwa tj.
ewentualne ‘dowartościowanie’ propagandowe organizacji Steinbach (...) Nie
możemy też abstrahować od faktu istnienia w powojennej Polsce obozów dla
Niemców podejrzanych o przestępstwa wojenne - np. w Łambinowicach, w których
dochodziło do naruszeń prawa.”

Zaniechanie czy dowartościowanie?

Powyższa odpowiedź rodzi szereg wątpliwości. Po pierwsze: argument o "dowartościowywaniu" zdaje się być zasadny w przypadku każdej mniej lub bardziej znanej instytucji czy medium, które raczą posługiwać się sformułowaniami w rodzaju "polskie obozy śmierci", "polskie obozy koncentracyjne", "polskie Gestapo" (sic!). Gdyby zatem stosować ów argument konsekwentnie, należałoby chyba w dalszym ciągu chować głowę w piasek. A przynajmniej zrezygnować z akcji „Przeciw >polskim obozom koncentracyjnym<”.
Po wtóre: czy rzeczywiście na określenie obozów dla Niemców podejrzanych o przestępstwa wojenne, które istniały w części Europy „wyzwolonej” przez Armię Czerwoną da się - w sposób zasadny - stosować termin „Konzentrazionslagern”? Taki termin znajdujemy na stronie www. Centrum przeciw Wypędzeniom.
Po trzecie: nie da się chyba obronić tezy o dopuszczalności sformułowania „polnischen Pogromen” dla opisania wydarzeń, jakie miały miejsce we wrześniu 1939 r. na terenie ówczesnego województwa pomorskiego.
I wreszcie po czwarte: czy brak jakiejkolwiek reakcji na te fakty nie oznacza naszego przyzwolenia na kłamstwo i oszczerstwa ze strony środowisk, które dotąd nie pogodziły się ze skutkami II wojny światowej? Skoro bowiem piętnujemy jako nieprawdziwe i szkalujące Polskę sformułowania, jakimi posługują się światowe media, a zarazem godzimy się na prowadzenie podobnej propagandy za pośrednictwem internetowej witryny Centrum przeciw Wypędzeniom, de facto uznajemy, że akurat „wypędzonym” oraz ich instytucji, coraz chętniej przecież wspieranej przez niemieckie elity polityczne, wolno więcej. Więcej niż na przykład amerykańskiej gazecie albo kanadyjskiej telewizji.

Trudno w tym kontekście opędzić się przed skojarzeniem ze znanym cytatem: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Ocenie czytelników pozostawiam kwestię, czy takie zaniechanie nie stanowi dopiero prawdziwego „dowartościowania”.

Autor jest publicystą i prezesem Fundacji Paradis Judaeorum

 

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rosja niszczy ukraiński przemysł

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie