Jarosław „Miami” Pieczonka: Najważniejsze było przetrwać

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Jarosław Pieczonka Miami: Orientuję się na Izrael. To mój nowy rozdział. Bez podtekstów proszę
Jarosław Pieczonka Miami: Orientuję się na Izrael. To mój nowy rozdział. Bez podtekstów proszę Materiały prasowe
Na całym świecie – i tak też powinno być w Polsce – służby chronią biznes i biznesmenów. I państwo powinno chronić biznesmenów, wykorzystując do tego byłych funkcjonariuszy, byłych mundurowców. Na świecie tak jest. Chodzi o to, żeby biznes zarabiał pieniądze, ale już nie decydował, jacy ludzie mają być w służbach i w polityce i jakie mają być służby, i polityka – mówi Jarosław Pieczonka ps. Miami, były agent kontrwywiadu wojskowego i były policjant.

Co jest Twoim największym talentem?

Samodyscyplina. Pamięć – ogólna i fotograficzna. Lojalność i wierność, które były w moim życiu sprawdzane wielokrotnie. Zaraz się pewnie odezwą moi adwersarze i będą wołać, że nie byłem lojalny wobec mojego szefa, pana pułkownika Edmunda Muchy, szefa wydziału XI CBŚ KGP w Gdańsku. Od razu więc ripostuję: Muchę traktowałem jak własnego ojca; z wielkim szacunkiem. Mimo tego, że w wyniku błędnych decyzji prowadzonej kombinacji operacyjnej zostałem pozostawiony sam sobie. Mam tu na myśli pierwszą w Polsce kombinację „Bankier” dotyczącą prania brudnych pieniędzy; chodziło o kantor Conti. I potem, w wyniku dyskredytacji mojej osoby, po moim odejściu z policji Mucha nie chciał mi pomóc. Byłem lojalny do samego końca, próbowałem załatwić sprawy we własnym gronie, a Mucha na moje trzykrotne prośby nie reagował. Kompletnie mnie zlekceważył.

Opowiadałeś o tym w rozmowie z Anną Wojtachą, w książce „Miami bez cenzury”. Ale nie będziemy wszystkiego zdradzać. Nieprzypadkowo pytam Cię o talenty, bo w książce mówisz, że nie miałeś talentów do przedmiotów ścisłych, jak Twoje rodzeństwo.

Tak!

Ojciec więc Cię lał, bo nie umiałeś liczyć, choć miałeś dopiero sześć lat.

Tak, tak!

Ale przecież całe Twoje dotychczasowe życie wskazuje, że Twój podstawowy talent to umiejętność przetrwania.

Zgoda, tak jest. O tym chciałem powiedzieć w dalszej części. O umiejętności przetrwania w mega ciężkich warunkach. Po pierwsze przetrwać katowanie ojca. Chciał dla mnie dobrze, ale mnie tłukł. Najważniejsze było, żeby to wytrzymać. Wytrzymać garnek z wodą nad głową. Wytrzymać odpytywanie tabliczki mnożenia. Lanie pasem albo kablem. Kolejna sprawa to warunki domowe. Nie mieliśmy ciepłej wody; mama grzała wodę na kuchni węglowej, zanim podłączono we Wrzeszczu gaz. Kąpała nas raz w tygodniu w wannie w kuchni: mnie, brata i siostrę. Do ubikacji biegało się na półpiętro. Byłem przyzwyczajony do surowych warunków bytowych, do twardego życia. Do mycia się w zimnej wodzie. W wakacje jeździło się na kolonie letnie. Nie chciałem na nie jeździć, bo w nocy moczyłem się do łóżka. Było mi wstyd. Prałem prześcieradła, żeby inne dzieci nie zobaczyły i mokrym zaścielałem łóżko. Przychodziła kolejna noc i znów to samo.

Nie miałeś problemu z tym, żeby ujawnić to w książce? Ty, żołnierz, agent kontrwywiadu, policjant, prawdziwy macho?
Ujawnić to, że sikałem do łóżka, jak byłem dzieckiem? Nie mam z tym żadnego problemu. Dziś jestem dojrzałym facetem. Nie ma we mnie wstydu. Wyrabiało się to we mnie latami.

Tak się hartowała stal.

Żebyś wiedziała. Można tak powiedzieć. Miałem w sobie karność. Jak nauczyciel w szkole powiedział, że trzeba zrobić zadanie domowe, to nie odkładałem na ostatnią chwilę. Odrabiałem wszystko od razu po przyjściu ze szkoły.

Jak dziś patrzysz na swoją fascynację wojskiem? Narodziła się, gdy miałeś kilka lat, byłeś u babci i przez płot podglądałeś żołnierzy z jednostki. Co naprawdę Cię zafascynowało?

Widok mundurów, ich kolor; zapach koszar. Zapach wojskowej kawy. Pamiętam nawet zapach wartowni, kiedy po raz pierwszy do niej wszedłem. Żołnierzy, którzy byli poukładani – wszyscy mieli jednakowe buty, jednakowe mundury, karabiny. Cała ta jednostka, taka poukładana; dla mnie to był inny świat. Świat poukładanych klocków. Zupełnie inny był za koszarami – szedłem ulicą, widziałem, a to rozbity śmietnik, a to dziurę w chodniku. A w jednostce wojskowej był porządek. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam wojsku i policji. To się nie zmieniło – bez wojska i policji mnie by nie było.

A bez agencji towarzyskiej? Swego czasu pracowałeś tam jako ochroniarz.

Ochraniałem burdel! Po prostu. Byłem tam kierownikiem od spraw bezpieczeństwa, ekspertem od trudnych rzeczy. Była końcówka lat 90, początek 2000. Przychodzili ludzie z miasta, robili awantury. Działy się różne rzeczy. Ja byłem straszakiem na nich. Zostałem tam normalnie zatrudniony; miałem umowę o pracę. Jeśli ktoś myśli, że dorobiłem się na pracy w agencji towarzyskiej, to się grubo myli; pracowałem za śmieszne pieniądze. Za 1500 złotych. Prawdziwe pieniądze zarabiałem gdzie indziej.

U biznesmena, którego nazywasz Baumem. Dziennikarz Michał Rachoń przeprowadzając raz z Tobą wywiad w telewizji, wymienił jego nazwisko. Potwierdzisz, że to jeden z najbogatszych Polaków?

Chcesz, żebym potwierdził ci nazwisko? Nie potwierdzę.

Wróćmy do początku. Czyli do wojska, do którego wstąpiłeś. Przydała ci się tam umiejętność przetrwania. Dziś nie ma już w wojsku czegoś takiego jak fala?

Dzisiejsze wojsko to inna bajka. Ale odpowiem ci tak: moim zdaniem fala w wojsku być powinna. Oczywiście nie taka, jaką ja przechodziłem, bo to był czysty sadyzm. Ale fala może też mieć dobre strony. Lata później, pracując w Afryce, na przełomie 5 lat miałem wokół siebie chyba z 300 ludzi. Gdybym miał z nich wybierać moich współpracowników, wybrałbym może dwóch. Wyobrażasz sobie? To jest odpowiedź na twoje pytanie. Dzisiaj wojsko to przedszkole. W porównaniu z moją służbą, mam tu na myśli jednostkę specjalną, pluton specjalny, 6 Pomorską Dywizję Przeciwdesantową, że o kontrwywiadzie nie wspomnę. Dostałem unikatową, wydaje mi się, szansę, bo mogę patrzeć z tak różnych perspektyw - i tajnego współpracownika, czyli agenta, i kadrowego funkcjonariusza. Coś takiego się prawie nie zdarza.

Tobie się zdarzyło. Chłopakowi – wówczas – po zawodówce.

Podnosiłem to w rozmowach z oficerem prowadzącym. „Obywatelu majorze – mówiłem. – Jak obywatel major sobie to wyobraża; nie mam szkoły, mam tylko zawodówkę”. Odpowiadał: „Masz inne, potrzebne cechy. Szkołę zawsze zdążysz sobie zrobić”. Ale o tym, że mnie przyjęli do kontrwywiadu, nie decydował obywatel major, tylko szef służby. Dla wojskowej służby – kontrwywiadu wojskowego, ale myślę też, że i dla „Dwójki” wtedy, czyli wywiadu wojskowego, tajny współpracownik, czyli człowiek, liczył się ponad wszystko. Człowiek był najważniejszy; najważniejsze

Polka wśród najbardziej wpływowych ludzi

Wideo

Materiał oryginalny: Jarosław „Miami” Pieczonka: Najważniejsze było przetrwać - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie