Marynarz z Indonezji cumuje w Amice

Materiał informacyjny Q & A Communications
Był marynarzem z Surakarty – jest emalierem we Wronkach! Sugiyatmono, Indonezyjczyk, miłośnik sztuk walki, przyjechał do pracy w Amice. Chociaż załoga fabryki sprzętu grzejnego należąca do polskiego producenta AGD to w zdecydowanej większość Polacy, firma i jej pracownicy przywiązują dużą wagę do tego, by obcokrajowcy przyjeżdżający do pracy czuli się dobrze w naszym kraju.

Wszystkie drogi prowadzą do Wronek – tak można sparafrazować popularne powiedzenie, patrząc na przedstawicieli wielu narodowości przyjeżdżających tu do pracy. Nie dziwi już więc obecność obywateli Indonezji wśród załogi fabryki Amica.

Pan Sugiyatmono jest Indonezyjczykiem, jednym z dwudziestu obywateli Indonezji, zatrudnionych we Wronkach, w fabryce sprzętu grzejnego, należącej do lidera wśród producentów AGD. Skupiony na pracy, cichy i spokojny, choć wśród zainteresowań wymienia… trening sztuk walki!

- Chciałem znaleźć dobrą pracę w Europie, więc szukając propozycji zatrudnienia, usłyszałem, że w Polsce, we Wronkach jest Amica, która zaprasza do pracy – opowiada Sugiyatmono. – Wcześniej nie zwracałem szczególnej uwagi na Polskę, ale na forach internetowych znalazłem wpisy osób, które też interesowały się możliwością pracy tutaj. I tak poprzez agencję zatrudnienia trafiłem do Wronek. Z Surakarty, w prowincji Jawa Środkowa, przyjechałem do dalekiej Europy.

Gdy Indonezyjczyk przekroczył bramę zakładu, był czerwiec 2019 roku. Ciepło, ładna pogoda – warunki odpowiadały całej dwunastce, która przybyła z jego kraju. Są pierwszą grupą pracowników z tego regionu – z tym, że teraz już w fabryce pracuje dwudziestu Indonezyjczyków, a w najbliższym czasie dojadą następni. We Wronkach od razu wzbudzili zainteresowanie kolegów z zakładu, którzy szybko zorientowali się, że ich nowi towarzysze są bardzo pracowici i uprzejmi, ale... gdy nadeszła jesień i zima – na swoją zmianę nadal przychodzili w klapkach i lekkich ubraniach! Po prostu nie byli przygotowani do takiej zmiany klimatu… Chociaż nie wynikało to z problemu finansowego, Azjaci zdążyli sobie zaskarbić taką sympatię wśród polskich współpracowników, że ci od razu chcieli przeprowadzać zbiórkę i kupić indonezyjskim kolegom obuwie i ubrania. Nie było też kłopotu z wprowadzaniem egzotycznych członków załogi w warunki pracy i życia w Polsce – gdy czegoś nie wiedzieli, to spotykali się ze spontanicznymi próbami wytłumaczenia, bo wszyscy chcieli im pomagać.

Nieznajomość języka polskiego mogłaby wydawać się poważną barierą w kontaktach z mieszkańcami Wronek, czy współpracownikami, jednak Indonezyjczycy wypracowali pewien styl życia. Poznali podstawowe zwroty – mówią „dzień dobry”, „dobranoc”, „proszę”, „dziękuję”, czy „na razie”, ale na zakupy starają się chodzić tylko po niezbędne produkty do sklepów, w których są kasy samoobsługowe. Trzymają się także razem, choć gdy zachodzi taka potrzeba, starają się porozumiewać z innymi ludźmi używając słów w języku angielskim, czy po prostu gestów. Na początku pobytu we Wronkach bardzo przydatny okazał się też translator.

Sugiyatmono w ten właśnie sposób poznał swoje zadanie, zasady panujące w Amice, dowiedział się też jak pracują poszczególne działy, otrzymał służbowy ubiór i rozpoczął pracę w emalierni. Panująca w niej na ogół dość wysoka temperatura nie tylko w niczym nie przeszkadza Indonezyjczykom, lecz wręcz im odpowiada, w związku z czym z zadowoleniem podjęli tu pracę. I jak przystało na ludzi wychowanych w jej kulcie, szybko oddali się jej, stając się cenionymi pracownikami.

- Mam podpisany trzyletni kontrakt i staram się go dobrze wypełniać – opowiada Sugiyatmono. – Tak, słyszałem, że jesteśmy pierwszymi Indonezyjczykami tutaj, i gdy przyjadą następni, to będziemy mogli służyć im pomocą – ale… przewodnik turystyczny ze mnie kiepski, bo nie zdążyłem jeszcze poznać lokalnych atrakcji. Zresztą nie przyjechałem tu by zwiedzać, ale by pracować. Zatem pracuję, wracam do mieszkania, ćwiczę, odpoczywam i wracam na swoją zmianę do pracy.

Słowo „ćwiczę” może tu zaintrygować. Sugiyatmono, podobnie jak wielu Indonezyjczyków uprawia pencak silat, narodową indonezyjską sztukę walki. I trenuje we Wronkach, w domowym zaciszu oraz z kolegami w parku.

- To sport bardzo ważny w Indonezji, który poznają nawet dzieci – tłumaczy Sugiyatmono. - Ja sam zacząłem uprawiać go, gdy miałem 12 lat, a pierwsze lekcje pencak silat, jako dodatkowe zajęcia, odbywały się w szkole. Dziś mam 42 lata i wciąż ćwiczę, chwaląc sobie szerokie korzyści jakie daje mi ta sztuka walki. To nie tylko wychowanie fizyczne, nie tylko sport w imię jakiejś rywalizacji – zamiast tego mamy sprawność fizyczną, łączącą się z zapobieganiem urazom i chorobom ciała, a także jasność umysłu, równowagę psychiczną, spokój, czy zrozumienie dla innych ludzi, szacunek dla nich.

Co ciekawe, Sugiyatmono przyjechał do Polski bez ciepłego obuwia, ale nie zapomniał narodowego stroju do ćwiczeń. Również jego dwaj młodsi koledzy z Indonezji, z którymi trafił we Wronkach do jednego mieszkania – młodsi, bo 28-latkowie, ale równie zaawansowani w treningach – przyjechali ze swoimi strojami. W Polsce nie spodziewali się znaleźć sklepu, w którym mogliby kupić potrzebne im stroje – i słusznie, we Wronkach jest to niemożliwe.

Pencak silat nie jest jedynym sportem wronieckich Indonezyjczyków. Lubią też piłkę nożną i w niedzielę chętnie wyszukują w Internecie i telewizji mecze, kibicując swoim ulubionym drużynom. Sugiyatmono trzyma kciuki za Manchester United. Zdarzyło mu się we Wronkach także samemu zagrać w piłkę, i to w wydaniu międzynarodowym: w obu drużynach wystąpili gracze różnych narodowości. A że we Wronkach Amica jest głównym mecenasem kręgielni i jej pracownicy mogą z niej korzystać na preferencyjnych zasadach – mają nawet swoją ligę – nasz bohater spędza wolny czas również tutaj i oczywiście uczestniczy w rozgrywkach.

- Dobrze tu jest, ludzie w mieście są mili, pomagają. Czy zdarzają się niemili? Sporadycznie. Ludzie mają różne charaktery, nie może być wszędzie idealnie. Do tego brakuje lokalu z porządnym azjatyckim jedzeniem, dlatego tęsknię trochę za naszą kuchnią – uważa Sugiyatmono. – Ale nie narzekam: mam swój cel, mam pracę i lubię ją. Nie wiem co będzie w przyszłości, więc za dużo nie planuję. Gdy skończy mi się kontrakt, a pojawi się następny, to być może będę mógł pomyśleć o kolejnych latach w Polsce. Ale ostatecznie chciałbym wrócić do Indonezji, do moich dzieci. Mam trójkę: dwie córki i syna. Teraz mieszkają u babci.

Sugiyatmono tęskni za nimi, ale prawdę mówiąc, jest przyzwyczajony do rozłąki. Zanim dowiedział się o możliwości pracy w Polsce, był marynarzem – mechanikiem. Pływał dużo: widział Tajwan, Chiny, Singapur, Hongkong, ale ostatecznie życie na morzu go zmęczyło. Uznał, że pora znaleźć bardziej bezpieczną pracę ze stałym lądem pod nogami. Ale schodząc ze statku na ląd nie spodziewał się, że losy rzucą go tak daleko…

- Dzisiejszy postęp techniczny jest tak zaawansowany, że odległości z mapy łatwo minimalizować: mam aplikację na komunikatorze WhatsApp i tak utrzymuję kontakt z moimi rodakami nie tylko w Wielkopolsce, ale również w Warszawie, czy w Krakowie. W niedzielę, gdy nie pracujemy, możemy sobie porozmawiać!

Dodaj ogłoszenie