Michał Lesień - wywiad z nutką wspomnień

Redakcja
Michał Lesień
Michał Lesień Adam Sęczkowski
7 marca w Teatrze Jaracza w Łodzi tuż przed spektaklem komediowym pt. "Motyle są wolne" zamieniłem kilka słów z aktorem Michałem Lesieniem, znanym przede wszystkim z roli w serialu "Lokatorzy". Oto co powiedział czytelnikom Wiadomości24.

Witam serdecznie w Łodzi.
Witam. Dzień dobry.

Przeczytałem na Pana stronie internetowej, że urodził się Pan 24 grudnia. Ja mam tego dnia imieniny. Czy najbliżsi pamiętają o wręczaniu Panu podwójnych prezentów z powodu urodzin i Wigilii?
Rzeczywiście z tego powodu cierpiałem, zresztą Pan na pewno rozumie ten ból, ale Rodzice starali się rozgraniczyć te moje święta i urodziny również zaakcentować. Dostawałem dwa prezenty i śmieję się, że rano traktor, a wieczorem przyczepę (śmiech).

Skończył Pan Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi. Jak Pan wspomina swoje studenckie lata i miasto Łódź?
Studia aktorskie są specyficzne. Przez pierwsze trzy lata zajęcia odbywają się praktycznie przez siedem dni w tygodniu, czwarty rok to już są dyplomy. Ja miałem już na koncie role filmowe, grałem też w teatrze we Wrocławiu, a więc dyplomy już były zaliczone wcześniej. W jednej premierze wziąłem udział, ale było to zastępstwo za kolegę, który dostał rolę w innym teatrze. Jeśli chodzi o Łódź, to niestety nigdy się do niej nie przekonałem. Dwanaście lat temu skoczyłem studia i od tamtego czasu dziś jestem dopiero po raz trzeci w tym mieście.

Pana rodzinne miasto to Wrocław, obecnie mieszka Pan w Warszawie. Czy tęskni Pan za swoimi rodzinnymi stronami?
Mieszkałem we Wrocławiu do drugiej klasy liceum, później mój ojciec został dyrektorem teatru w Kaliszu, więc tam się przeprowadziliśmy, tam zdałem maturę, potem dostałem się na studia do Łodzi, a następnie zamieszkałem w Warszawie. We Wrocławiu mam całą rodzinę, przez pewien czas mówiłem, że jestem wrocławianinem pracującym w Warszawie, a teraz, jako że mieszkam w stolicy ponad dziesięć lat, czuję się mieszkańcem Warszawy i to miasto traktuję jak swoje. Ale do dzisiaj Wrocław wzbudza u mnie duży sentyment.

Na ile rodzinne tradycje (Pana ojciec jest aktorem) wpłynęły na wybór Pańskiej drogi zawodowej?
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Ja bardzo późno zdecydowałem się na aktorstwo, śmieję się, że nie nadawałem się do niczego innego. Pod koniec czwartej klasy liceum zdecydowałem, że składam papiery do Łodzi, o dziwo dostałem się za pierwszym razem. Chodziłem na zajęcia jeszcze nie do końca pewien, co dalej. Pod koniec drugiego roku przekonałem się, że to jest to, co w życiu chcę robić. To, że mnie nie wywalili, bo pierwsze dwa lata są selektywne, zawdzięczam tylko Ewie Mirowskiej, która była opiekunką roku, coś we mnie widziała i uwierzyła we mnie. Tak naprawdę powinni byli mi podziękować po pierwszym roku, bo wszystko mnie interesowało tylko nie studia. (śmiech)

Przez sześć lat grał Pan rolę Jacka Przypadka w serialu „Lokatorzy”. Czy nie bał się Pan zaszufladkowania jako aktora serialowego?
Oczywiście, miałem pewne obawy, to były trochę inne czasy, nie było tak dużo seriali w produkcji, ale na pewno byłbym idiotą gdybym tę rolę odrzucił. Rok po skończonej szkole otrzymałem propozycję głównej roli w serialu, z której musiałem skorzystać. „Lokatorzy” był to jeden z pierwszych polskich sitcomów. Kiedy zaczęliśmy zdjęcia, to jeszcze tylko „Miodowe lata” ocierały się o ten gatunek. Później nastąpił boom serialowy i po sześciu latach, jak skończyliśmy „Lokatorów”, ciężko było mówić o zaszufladkowaniu, bo tych produkcji było mnóstwo. Musiałaby to być rola na miarę Janka Kosa żeby się przebić do świadomości ludzi i pozostać tym nieszczęsnym Jackiem... ale do dzisiaj i tak najbardziej jestem z tym kojarzony.

Wielu aktorów próbuje swoich sił w dubbingu. Czy Pan również otrzymał takie propozycje?
Tak. W czasach studenckich utrzymywałem się z reklam radiowych. Nie były to oczywiście wielkie pieniądze, ale wiadomo, że dla studenta każdy grosz jest ważny. W Radiu Łódź siedziałem w studiu nagraniowym i „tłukłem” strasznie dużo tych reklam. Potem dubbingowałem kilka filmów, ale nigdy nie były to jakieś większe role; był jakiś tam kotek, żuczek gnojarek (śmiech) w bajkach dla dzieci, ale nigdy dubbing mnie nie pokochał, ani ja nie pokochałem dubbingu. Należy wiedzieć, że z dubbingiem jest taka sprawa, że dobierając głos do filmu zagranicznego robi to komputer. Cały zabieg polega na tym, że ten głos musi być identyczny z głosem oryginalnym. Oczywiście potem pracuje się z reżyserem dźwięku nad plastyką tego głosu, nad interpretacją roli, po czym materiał jest wysyłany np. do Anglii czy Stanów Zjednoczonych i tam twórcy na podstawie fal głosowych oceniają czy ten głos jest najbardziej zbliżony do oryginału. Jeśli tak to aktor zostaje zaproszony do dalszej współpracy.
Dziś spotkaliśmy się w Teatrze im Jaracza. Woli Pan grę na scenie przed żywą publicznością czy grę w filmie, serialu przed kamerami?
To są wszystkie dziedziny, w których aktor musi się sprawdzić. Uważam, że teatr jest dla mnie podstawą, ponieważ tutaj spędzam najwięcej czasu, choć od dwóch lat troszkę go zaniedbałem; nie jestem na etacie od pięciu lat, mam własną firmę produkcyjną, przygotowuję spektakle dla warszawskich scen….. gram 10, 15 przedstawień w miesiącu, ale kiedyś grałem i 30 w ciągu 30 dni, więc poza teatr nie wystawiałem nawet nosa. Uważam więc, że teatr jest podstawą warsztatu, który trzeba nieustannie szkolić; pracować nad sobą i nad tym co mogę pokazać publiczności. Swoje umiejętności przekazuję później w filmie, czy telewizji.

Jest Pan bardzo zapracowany. Jak Pan, zatem znalazł czas na występ w show Taniec z Gwiazdami?
To nie był długi epizod. To jest show, to nie jest konkurs tańca. Do tego programu idzie się dla pieniędzy, dla popularności i nie ma co tu dorabiać jakiejś większej filozofii. Propozycja udziału w programie składana jest z dużym wyprzedzeniem, ponieważ należy sobie zarezerwować minimum miesiąc czasu, który praktycznie jest wyjęty z życia na intensywne treningi, które trwają 6-7 godzin dziennie. No i później praca z odcinka na odcinek. Ja odpadłem jako pierwszy, ale cieszę się ze wziąłem udział w tej przygodzie.

Dzień po odpadnięciu z Tańca z Gwiazdami zadeklarował Pan w wywiadzie w Dzień Dobry TVN, że nie zamierza Pan zrezygnować z tańca. Czy teraz można zobaczyć gdzieś Pana na parkiecie?
Nie, ale cieszę się że nauczyłem się jakiś podstaw tańca, bo zawsze takie umiejętności się przydadzą. Poza tym jest to lepsze niż np. siłownia, bo taniec jest chyba najbardziej rozwojowym sportem.

Czy zdobycie statuetki Oskara byłoby dla Ciebie zawodowym szczytem marzeń?
Tego typu nagrody to olbrzymi prestiż, mimo iż są to często polityczne decyzje, tak jak chociażby ostatnia nagroda na festiwalu w Berlinie dla Romana Polańskiego. Na pewno otrzymanie takiej statuetki otwiera drzwi do kariery. Dla mnie najbardziej sprawiedliwe byłoby glosowanie przeprowadzone wśród widzów, jak to się odbywa na przykład w konkursach muzycznych organizowanych przez MTV.
Jakie ma Pan marzenia i plany na najbliższą przyszłość?
Próbuję rozwinąć firmę, którą założyłem z moją narzeczoną Andżeliką Piechowiak. Jest to Agencja produkcyjna Palma sp. z o.o., która zajmuje się produkcją przedstawień teatralnych. Nasze plany jednak zahaczają o produkcję filmową i telewizyjną. W tej chwili pracujemy nad trzecią naszą premierą; pierwszą była sztuka pt. „Motyle są wolne”, z którą dziś jesteśmy Łodzi, później spektakl „Jeśli chcesz kobiety, to ją porwij” i teraz przymierzamy się do kolejnej sztuki. Dziś akurat jest ważny dzień dla mnie, bo równolegle gdy będziemy skakać po scenie, w telewizyjnej Jedynce będzie emitowany pierwszy odcinek nowego serialu pt. „Blondynka”, w którym gram jedną z głównych ról. Twórcy i aktorzy mają jakieś oczekiwania, nadzieje, że publiczność ten serial dobrze przyjmie. Widziałem jeden odcinek i myślę, że jest OK.

Jak by Pan zachęcił czytelników naszego portalu do oglądania serialu „Blondynka”?
Dużą siłą tego serialu jest scenariusz napisany przez Andrzeja Mularczyka, który napisał scenariusz do filmu „Sami swoi” i do serialu „Dom”. „Blondynka” jest produkcją w starym stylu, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Jest to serial lekko komediowy, dzieje się na polskiej wsi, na ścianie wschodniej. Zdjęcia odbywały się w Supraślu, Białymstoku i Warszawie. Opowiada o młodej lekarce weterynarii, którą gra Julia Pietrucha. W serialu poznajemy życie polskiej prowincji, świetne są role m.in. Andrzeja Grabowskiego, Krzysztofa Kiersznowskiego, Piotra Gąsowskiego, Hanny Śleszyńskiej, Krzysztofa Pluskoty, Leszka Lichoty, jest rewelacyjna rola Anny Dymnej.

Występuje, zatem gwiazdorska obsada.
Zgadza się i śmieję się, że im mniejsza rola tym większa perełka. Warto zobaczyć zderzenie stereotypów. Główna bohaterka jest traktowana jak typowa blondynka z dowcipów, a okazuje się inteligentną, rezolutną i sprytną osóbką i świetnie sobie radzi w tej małej miejscowości. Myślę, że to może telewidzów zainteresować.

Dziękuję za miłą rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego.

Dziękuję i pozdrawiam.

Bon na kulturę. Do wydania 400 euro!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie