Paraolimpiada 2020. Marzena Zięba polubiła się ze sztangą. Zawodniczka z Gromnika powalczy w Tokio o medal

Artur Bogacki
Artur Bogacki
Marzena Zięba
Marzena Zięba Fot. archiwum prywatne
Udostępnij:
Jedną z reprezentantek Polski na igrzyska paraolimpijskie w Tokio w 2021 r. jest Marzena Zięba (Start Tarnów). Pochodząca z małopolskiego Gromnika zawodniczka w rywalizacji w podnoszeniu ciężarów powalczy o drugi medal. Dla niej sport jest ważną częścią życia.

31-letnia Zięba ma artrogrypozę. To choroba nerwowo–mięśniowa, wrodzona sztywność stawów. - Nie zginam nóg w kolanach i stopach - mówi pani Marzena. Ma problem z poruszaniem się, chodzi o kulach, ale wyciśnięcie sztangi ważącej 140 kg to dla niej pestka. Już trzykrotnie startowała na paraolimpiadzie, w 2016 r. w Rio de Janeiro w wyciskaniu leżąc w kategorii +86 kg wywalczyła srebro.

- Myślę, że gdybym nie była niepełnosprawna, to pewnie bym nie trafiła do tych ciężarów. A tak wszytko fajnie, pozytywnie wyszło - mówi mieszkanka Gromnika. - Ta siła w rękach przydaje się też w życiu codziennym, przecież chodzę o kulach, potrafię sama podnieść coś cięższego. Uprawianie sportu traktuję też jako rehabilitację. Po każdym treningu coś z dodatkowych zajęć dokładam, nie tylko ciężary.

Chodzi o kulach - ręce ma mocne

Do Startu Tarnów, zajmującego się sportem niepełnosprawnych, trafiła w wieku 7 lat. - Zaczynałam od lekkiej atletyki, pchałam kulą, rzucałam oszczepem i dyskiem. Miałam dobre wyniki, do tej pory mam medale i dyplomy, ale mnie to nie kręciło. Dopiero z ciężarami, ja kto sie mówi, złapałam bakcyla - mówi.

Do tego sportu, a precyzyjnie rzecz ujmując - wyciskania sztangi leżąc - namówił ją trener Bogusław Szczepański. - Stwierdził, że mam predyspozycje do podnoszenia ciężarów, bo cały czas chodzę o kulach, więc ręce mam wypracowane, mocne. Miałam wtedy około 13 lat, byłam jeszcze za młoda na tę dyscyplinę. Na pierwszy trening zaprosił mnie dwa lata później, to było w 2005 roku. Zostałam przy tym do dzisiaj - mówi. - Nie przestraszyłam się tych ciężarów, ogólnie od początku mi spodobało. Wiadomo, że na początku sztanga chodziła jak chciała, bujało nią. Na pierwszym treningu wycisnęłam 40 kilogramów, w wieku 15 lat. Trener był pod wrażeniem.

Po trzech miesiącach trenowania pojechała na swoje pierwsze zawody, międzynarodową Srebrną Sztangę we Wrocławiu.

- Zaliczyłam wtedy 60 kilogramów. To był znak, że faktycznie dobrze sobie radzę i jest w tym dla mnie jakaś przyszłość. Uznałam, że to jest dyscyplina, którą chciałabym uprawiać - wspomina.

- Można powiedzieć, że od początku polubiłam się ze sztangą, nigdy potem nie myślałam, żeby rezygnować. Trenuję już pół życia. Poświęciłam się temu całkowicie, a skoro często przywoziłam z zawodów medale, to widziałam, że jest w tym sens. Dobrze się czuję w tej dyscyplinie, nie wyobrażam sobie życia bez tego.

Medal w Rio był spełnieniem marzeń

W Tokio po raz czwarty wystąpi na igrzyskach. W debiucie w Pekinie w 2008 r. zajęła 6. miejsce, cztery lata później w Londynie była 5.

- W Pekinie miałam dopiero 18 lat, trenowałam od trzech, brakło i siły, i doświadczenia. Pojechałam tam, bo dostaliśmy „dziką kartę”, a trener kadry postawił na mnie. Taki wyjazd się przydał, zebrałam doświadczenie, obyłam się z atmosferą. Lecąc później do Rio, wiedziałam, co mnie tam czeka, na co się przygotować - zaznacza Zięba.

W Brazylii w 2016 r. osiągnęła życiowy sukces, do kraju wróciła z olimpijskim srebrem w kat. +86 kg.

- Mówiłam sobie, że to trzech razy sztuka. Jechałam po medal, ale nie spodziewałam się, że będzie srebrny. Wcześniejsze wyniki pokazywały, że Egipcjanka i Nigeryjka będą przede mną. Jednak Egipcjanka spaliła wszystkie trzy podejścia, a wydawało się, że w naszej kategorii jest to niemożliwe. Nie wierzyłam, że tak się stało. Ona wyciskała ciężar, ale sędziowie nie zaliczali prób ze względu na technikę. Była mocniejsza, lecz wydaje mi się, że psychicznie nie była przygotowana. Ja walczyłam z Holenderką o brąz, a okazało się, że mam srebro - wspomina. - Dla mnie to było spełnienie marzeń, ciężko pracowałam przez 12 lat, żeby mieć ten medal. Byłam bardzo dobrze przygotowana fizycznie i psychicznie, bardzo zmotywowana. Czułam się pewnie. Wyszły mi perfekcyjne zawody, wszystkie próby były idealne, sędziowie je ocenili na 3,0. A takie przypadki rzadko się zdarzają.

To o tyle ważne, że w jej konkurencji nie liczy się tylko sama siła. Niezmiernie ważna jest technika i wykonanie podejścia.

- Na zawodach trzeba wszystko zrobić perfekcyjnie. Sędziowie oceniają każdą próbę, wykonanie musi idealne. Sztanga po opuszczeniu nie może „wtopić się” się w klatkę piersiową, tylko delikatnie ją dotknąć. Musi być nieruchoma przez około półtorej sekundy, potem trzeba ją równiusieńko podnieść. Nie może się bujać, nie może być krzywo - mówimy, że ma być prosto, jak z poziomicą. Jeśli będzie opuszczona za krótko, to bój będzie spalony. A jak się przytrzyma ją zbyt długo, to ciężko później wypchać ciężar do góry. Na dół to nie jest problem, gorzej w drugą stronę (śmiech). Trzeba mieć duże wyczucie. Potrzebne są lata treningów, aby poprawnie to zrobić z dużym ciężarem - opisuje reprezentantka Polski.

Mąż i siostrzeńcy największymi fanami

Podkreśla, że na jej sukces złożyło się wiele czynników, a udział w nim miały liczne osoby. Jako że to sport w pełni wyczynowy, współpracuje z psychologiem (- Dużo mi to pomogło, na przykład trening wyobrażeniowy), fizjoterpeutą, ma specjalną dietę (- Sama przygotowuję jedzenie, nie korzystam z cateringu). Podkreśla też wagę rodziny, która pomagała rozwijać - mimo wszystko nietypową - sportową pasję i cały czas ją wspiera.

- Wiadomo, jak to dawniej było, zwłaszcza na wsi. Ludzie uważali, że skoro dziecko jest niepełnosprawne, to najlepiej zamknąć je w domu, nie pokazywać nikomu. Moi rodzice nigdy tego nie robili, wręcz pchali mnie do ludzi. Mam trzy siostry, zawsze byłam równo traktowana z nimi, nie miałam specjalnym względów - mówi. - Wszyscy wiedzieli, że te ciężary mi się podobają. Jak byłam mała, mama woziła mnie ze szkoły prosto na treningi, potem siostra. Szkoda, że nikt nie poszedł w moje ślady. Siostry próbowały wycisnąć sam gryf, który waży tylko 20 kilogramów, i był z tym problem - uśmiecha się pani Marzena.

Dodaje, że nadal ma ogromne wsparcie bliskich, zwłaszcza męża Piotra, z którym znają się od kilkunastu lat. - Wielu ludzi z obawą podchodzi do „silnej baby”, a on się nie bał - śmieje się. - Jeśli ma czas, to jeździ ze mną na treningi, pomaga, podaje mi sztangę, zakłada ciężary. Sam nie chciał się w to jakoś bardziej zaangażować. Powiedział, że w ogóle go to nie interesuje. Nie chodzi na siłownię.

Jej najwięksi kibice to - oprócz męża - siostrzeńcy, których jest pięcioro, od przedszkolaka po nastolatka. - Często mnie odwiedzają. Gdy jadę na zawody, to zawsze muszę im pokazać, gdzie mieszkam, jakie mam widoki. Oglądają w internecie zawody, bardzo mi kibicują i przeżywają te starty, cieszą się sukcesów, smucą i płaczą po porażkach - zaznacza.

Mężczyźni patrzą z niedowierzaniem

Będąc na tak wysokim poziomie, zdarza się mieć satysfakcję nie tylko z samej sportowej rywalizacji. Tężyzną fizyczną można zaimponować innym. Jak mówi Zięba, jej forma na osobach, które nie zawsze wiedzą, że mają do czynienia z profesjonalnym sportowcem, robi ogromne wrażenie

- Niektórzy nie mogli wyjść z podziwu, jak to możliwe, że kobieta, w dodatku niepełnosprawna, tyle podnosi. Stawali, patrzyli i potem pytali, jak ja to robię?

- Trenujemy w sali PWSZ w Tarnowie. Czasami przychodzą pełnosprawni koledzy naszych zawodników, z niedowierzaniem patrzą, jak na ławeczce wyciskam 140 kg. Ja z tego żartuję. Później przy mnie nie podchodzą do ciężarów, chyba się wstydzą (śmiech). Mam z tego trochę satysfakcji, lubię być mocniejsza od chłopaków na siłowni, mobilizuje mnie to do dalszych treningów - mówi reprezentantka Polski.

A tę moc podziwiać należy. Takie 140 kg na treningu, trwającym zazwyczaj około 2 godzin, potrafi wycisnąć 4-5 razy. Łącznie podczas zajęć wychodzi gładko ponad tona „przerzuconego” ciężaru. To wszystko 3-4 razy w tygodniu, a na zgrupowaniach nawet 2 razy dziennie.

- Przeciętny człowiek pewnie by tej sztangi nie ruszył ze stojaka. Ja trenuję ciężary pół życia, jestem na to przygotowana - wyjaśnia Zięba. - Zaczynamy od tak zwanej rozgrzewki, 40 kilogramów, później skok robimy co 20 kg, aż dochodzę do 140 kg. Nawet próbujemy 145 kg. Na treningach się udaje, ale wiadomo, że na zawodach, gdy jest stres, a technika musi być idealna, to nie jest o to łatwo - wyjaśnia.

W Tokio powalczy o medal

Nie kryje, że na igrzyska paraolimpijskie do Tokio jedzie po medal, ale zdaje sobie sprawę, że nie będzie o niego łatwo. Swój start ma zaplanowany na 30 sierpnia.

- Mam doświadczenie, wiem, co mnie tam czeka, na co się przygotować. Dobrze znam rywalki, wiem, ile podnoszą, nastawiam się na walkę o brąz. Muszę być fizycznie i psychicznie silniejsza od nich, dobrze się zmotywować, pozytywnie myśleć. Nie można się ciężaru bać, bo nawet sędziowie to widzą - mówi.

Dodaje: - Jestem już medalistką olimpijską, trenerzy będą wymagać ode mnie dobrego wyniku. Zdaje sobie sprawę, że teraz presja będzie większa, czuję ją. Pierwszy raz się znajdę w takiej sytuacji, na razie sobie z tym radzę. Wiem, że stać mnie na dobry wynik. Samego ciężaru jestem pewna, tylko trzeba jeszcze technicznie poprawnie wykonać próbę. To klucz do sukcesu.

Sportowy24.pl w Małopolsce

Q&A z Robertem Kubicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie