"Shine a light" - wielki koncert legendy rocka

Marek Bonarski
Marek Bonarski
The Rolling Stones.
The Rolling Stones. MARCIN OSMAN Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
Najkrócej? W 2006 roku Martin Scorsese nakręcił koncert Stonesów. Przeczytajcie to jeszcze raz - wielki reżyser zrobił film z koncertu legendy rocka! Tego nie można przegapić! Panie i panowie... The Rolling Stones!

Nie będę ukrywał, że ta recenzja jest subiektywna, stronnicza i emocjonalna. Od dwudziestu lat słucham Stonesów i choć ostatni genialny album nagrali prawie dwie dekady temu ("Steel Wheels" w 1989 r.), to wciąż tworzą dobre kawałki, a słuchanie ich muzyki to prawdziwa frajda. Ale zacznijmy od początku...

A początki były smutne. Premiera "Shine a light" (polskie tłumaczenie "Rolling Stones w blasku świateł") w Polsce odbyła się 16 maja. Niestety ominęła Częstochowę. Jak wyczytałem w lokalnej prasie, dystrybutor uznał, że prawie ćwierć milionowe miasto nie zasługuje na kopię filmu i w ten sposób nasze Cinema City ominęła inwazja fanów rocka. Szczęśliwie mamy w Częstochowie Ośrodek Kultury Filmowej, który zadbał o fanów zespołu i zdobył film. Dzięki temu z lekkim poślizgiem w stosunku do premiery mogę Wam zrelacjonować to muzyczno-filmowe wydarzenie.

Film

Martin Scorsese to wirtuoz kina. Zgodzi się ze mną każdy komu wryły się w pamięć takie filmy jak "Wściekły byk", "Taksówkarz", czy "Ostatnie kuszenie Chrystusa". Scorsese jest w moim prywatnym panteonie wielkich reżyserów na poczesnym miejscu. Dlatego powiązanie jego nazwiska ze Stonesami wywołało potężne wyładowanie elektryczne w mojej głowie. Już wtedy wiedziałem, że obejrzę ten film.

Reżyser nie bawi się w filmie w analizę popularności Stonesów, to po prostu jest oczywiste i ta oczywistość wycieka z każdej minuty filmu. Całość produkcji to po prostu koncert Rolling Stonesów, przetykany kilkoma archiwalnymi filmami pokazującymi początki kariery zespołu. Te wstawki to prawdziwe rodzynki w filmie. Ze wzruszeniem patrzy się na młodziutkiego Micka Jaggera, który na pytanie dziennikarza czy wyobraża sobie siebie skaczącego po scenie gdy ma 60 lat, odpowiada - tak, oczywiście. W następnym ujęciu widzimy jak "słowo staje się ciałem" i sześćdziesięciokilkuletni Jagger szaleje po scenie. Naprawdę łza kręci się w oku. W filmie pojawia się też polski akcent, zespołowi przedstawiany jest Aleksander Kwaśniewski (szczęściarz, był na takim koncercie!), ale spokojnie, były prezydent pojawia się ledwie na sekundę, nie ma się czym denerwować.

Do nakręcenia koncertu Scorsese zatrudnił najlepszych operatorów - i, uwierzcie, to widać. Koncert od strony filmowej zrobiony jest rewelacyjnie. Kamera wiruje wśród muzyków i widowni jak Mick po scenie. Jest wszędzie i widzi wszystko. Operatorzy z mistrzowską precyzją wychwytują grymasy muzyków, chwile uniesienia, radość grania. O wspaniałych ujęciach momentu gdzie Richards wypluwa papierosa czy rzuca kostką do gitary w stronę fana czytaliście na pewno w innych recenzjach. Powiem tylko, że to wszystko prawda, genialne ujęcia.

Jak na film wielkiego reżysera przystało, całość zmontowana została z wielką perfekcją. Zespół, kamery, światła, scenografia i publiczność tworzą spójną całość. Można się poczuć jakby było się na koncercie. Nawet lepiej! Który z uczestników koncertu ma szansę zobaczyć to wszystko, co pokazuje nam reżyser? Żaden! Film kipi emocjami, Jagger wije się na scenie, Richards z odwiecznym papierosem zwisającym na wardze gra świetne solówki, całość spięta klamrą mistrzowskich ujęć operatorów i sprawną reżyserią. Wspaniałe!

Koncert

Najtrudniejszy fragment recenzji. Tego się nie da powiedzieć zwykłymi słowami. Luuuudzie, co to za show! Koncert zaczyna się, nie, koncert wybucha dźwiękami "Jumping Jack Flash", Jagger wskakuje jak z katapulty na scenę, feeria barw i dźwięków. Jak Wam to opowiedzieć? Mick skacze po scenie jak nastolatek, oglądałem archiwalne filmy z koncertów Stonesów z lat 60., Jagger skacze z tą samą żywotnością co 45 lat temu, niewiarygodne! Eksplozja energii! Tańczą światła, kamera krąży wokół Jaggera, starając się nadążyć za rytmem muzyki. Tradycyjnie zblazowany Richards kręci się powolnym krokiem po scenie, grając na gitarze. Gdzieś między nimi kręci się Ronnie Wood wtórując Keithowi. Muzyczna ekstaza.

Do udziału w koncercie Stonesi zaprosili kilku gości. Najbardziej zaskoczyła mnie Christina Aguilera, która świetnie wkomponowała się w repertuar Stonesów i stworzyła wraz z Mickiem żywiołowy duet. Najlepszym kawałkiem podczas koncertu był wspólny występ Stonesów i Buddy Guy'a w piosence "Champagne & Reefer". Wspaniałe bluesowe brzmienie (za te bluesowe korzenie pokochałem Stonesów), świetne, współgrające ze sobą głosy Micka i Buddy'ego. W tej piosence widać wielkość zespołu, kunszt filmu. Muzycy bawią się dźwiękami, Buddy "rywalizuje" z Richardsem na gitarowe riffy, z Jaggerem "siłuje się" gitarą przeciw harmonijce ustnej. To wszystko robią z niekłamaną przyjemnością i każdy kto patrzy na tę scenę czuje wzruszenie, radość, muzyczną nirwanę. Choćby za to genialne połączenie muzyki i filmu w tej piosence, dające widzowi wrażenie zespolenia się z tym co widzi, należą się autorom pokłony.

Patrząc na koncert trudno uwierzyć, że jego główni bohaterowie mają już grubo po sześćdziesiątce. Mick to wulkan energii, świetna kondycja, wciąż świetny, charakterystyczny głos. Biega i śpiewa, odwiedza każdy kawałek sceny, elektryzuje publiczność i kamery. Jedyną postacią będącą jego przeciwwagą jest Keith Richards. Muzyk flegmatycznie porusza się po scenie, gra (ale cóż za wspaniała to gra) jakby od niechcenia, w jego ustach wiecznie wisi papieros, którego niedopałek co jakiś czas leci w jakiś kąt sceny, a na jego miejscu pojawia się nowy. I Richards tą flegmą i spokojem elektryzuje widza. Kamera wyraźnie go kocha. Operatorzy uchwycili kilka razy świetne ujęcia Keitha, gdy a to spluwa petem, a to rozdaje kostki do gitary fanom, to znów uśmiecha się trochę melancholijnie i nieobecnie do jakichś swoich myśli. Moim zdaniem Keith "kradnie" Mickowi koncert. Skończyły się już dawno czasy, gdy Jagger był samodzielnym frontmanem zespołu, teraz musi dzielić palmę pierwszeństwa z Richardsem. Trzeba przyznać, że robią to zgodnie. Warto też posłuchać jak Richards śpiewa, chrypiący głoś, praktycznie brak głosu, jedynie muzyczny słuch powoduje, że Keith trzyma rytm. Ale ten głos elektryzuje, przyciąga i czaruje. Porównanie Keitha do śmierci jest mało oryginalne, od dawna wszyscy to robią, tyle że to prawda. Jeśli śmierć miałaby wcielić się w któregoś z ludzi, to byłaby to fizjonomia Keitha Richardsa.

Po koncercie kamera wychodzi wraz z muzykami z budynku, a następnie na rozkaz Scorsese unosi się wysoko, coraz wyżej nad domami, w końcu widzimy nocną panoramę miasta ze spoglądającym na wszystko księżycem. Ten przepoczwarza się nagle w znany symbol Rolling Stonesów i wielki jęzor wysunięty z otwartych ust zawisa nad miastem. To prawda, Rolling Stonesi rządzą, nie można mieć wątpliwości. Napisy końcowe przewijają się przy dziękach tytułowego "Shine a light", opanowuje mnie nostalgia, choć emocje wciąż krążą w żyłach, wielka szkoda, że to już koniec. Nie mogę się doczekać, gdy koncert ukarze się na DVD. Oby nie ominęło to Częstochowy.

Aleksandra Pisula jako Olga Lipińska. "To marzenie dla aktora"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie