Wielgie poruszenie

Kuba Wandachowicz
Kuba Wandachowicz
W ostatnich dniach przez media przelała się taka rzeka górnolotnych sformułowań, wzniosłych przemówień, nadętych hymnów, że nic tylko się kąpać i patrzeć jak rosną skrzydła...

Katoliccy i niekatoliccy (są jeszcze tacy?) komentatorzy mieli pełne ręce, usta, serca i głowy. Różańce rozsypywały się w dłoniach, w chrzcielnicach gotowała się woda święcona. Duch Święty wiał wte i wewte, zrzucając z głów czapki, kapelusze, moherowe infuły i aksamitne berety. Świat wstrzymywał oddech, narażając się tym samym na niedotlenienie i ciężką zapaść. Po decyzji Bendetykta XVI, dotyczącej odwołania inkryminowanego Stanisława Wielgusa z zaszczytnej funkcji arcybiskupa Warszawy (w rzeczywistości nie była to „decyzja”, lecz – uwaga! – akceptacja prośby arcybiskupa, która została wymuszona prośbą o taką prośbę), Igor Janke napisał na swoim blogu, że „milionom ludzi w Polsce spadł kamień z serca”...

Wiem, mieszkam w kraju katolickim, w którym premier ma prawo utożsamiać kościelną aferę z tragedią narodową. Niestety, jako człowiek negujący zasadność funkcjonowania instytucji Kościoła Katolickiego (w wersji light
ta awersja przyjmuje postać postulatu kategorycznego oddzielenia tej instytucji do struktur państwowych) zostałem w ostatnich dniach narażony na katusze. Przypomniały mi się te wszystkie znienawidzone lekcje polskiego, podczas których natchniona Pani Polonistka (występująca obowiązkowo na tle krzyża zawieszonego nad szkolną tablicą) wpychała mi do głowy rozmaite narodowo-katolickie symbole, które miałem wytatuować sobie gdzieś w pod czaszką złotą czcionką... Nigdy nie zdołałem się załapać na te posępne klimaty „ogólnonarodowego czyśćca” - 
pijackie korowody prowadzone w imię „Boga, Honoru i Ojczyzny”, rejtanowskie gesty, miałeś-chamie-złote-rogi, przydrożne kapliczki, chochole tańce i tym podobne...

W mediach zgroza. Kto może, ten analizuje, wyciąga wnioski, załamuje ręce, pisze odezwy, petycje – wszystko po to, aby felietonistycznym gipsem zasmarować pęknięcia rysujące się na wizerunku Kościoła. No bo przecież jeśli Kościół Polski jest w zagrożeniu to i Polska jest w zagrożeniu! A co z tymi, których ogólnonarodowa histeria nijak nie potrafi ogarnąć? Czy oni mogą nie czuć się zagrożeni? A może taka postawa to grzech i wszystkich niewiernych należałoby łagodnie przesunąć na margines oficjalnego, narodowo-katolickiego dyskursu?

Inna sprawa: dlaczego ma być tak istotne, aby głową Kościoła Polskiego nie został grzesznik? Przecież zgodnie z doktryną kościelną grzesznik może być kapłanem – nie wpływa to nijak na „skuteczność” jego posługi. Powiem więcej, gdybym był człowiekiem wierzącym, to taka pozorna „niekonsekwencja” , osobliwa „nielogiczność” decyzji o nadaniu grzesznikowi znaczącej funkcji w Kościele, byłaby dla mnie czymś niezwykle zastanawiającym, niemalże „mistycznym”. OK, przepraszam. Jeśli sam wymagam od Kościoła, aby nie wtrącał się w moje życie, to tym bardziej nie powinienem się wtrącać w jego decyzje.

Nie wiadomo ile jeszcze potrwa ten osobliwy lustracyjny karnawał. Mam nadzieję, że skończy się szybko, choć biorąc pod uwagę zainteresowania rządzących, to można być prawie pewnym, że nadchodzący rok upłynie w podobnej atmosferze. Nadal pozostaniemy żałośnie zakompleksionym krajem, w którym – zamiast poważnie zająć się problemami, jakie niesie przyszłość – będzie się celebrować ogólnonarodowego kaca, wywoływać upiory przyszłości, stroszyć patriotycznie pióra, załamywać ręce, po rejtanowsku rozrywać szaty i modlić się o wyśnioną Jedność. A co – powtarzam pytanie – z tymi wszystkimi, dla których owa mityczna, narodowo-katolicka Jedność, jest ślepą wyrocznią której nie należy ufać? Jeśli Gombrowicza, największego krytyka opacznie rozumianej "polskości", już usunięto z kanonu lektur szkolnych, to może niebawem zacznie się marginalizować jego czytelników? Czy uda nam się kiedykolwiek wyjść poza duszny krąg narodowo-katolickiej psychodramy? Czy jesteśmy w stanie, jako mieszkańcy nowoczesnej Europy, zacząć żyć nowym życiem? Czy możliwe jest, aby współczesny Polak „mógł podobać się sobie w dwóch sprzecznych ze sobą postaciach – jako ten, kim jest w tej chwili, i jako ten, kto burzy w sobie tego, kim jest”? Ostatnie dni pokazały, że chyba jednak nieprędko ten moment nastąpi. Widać lubimy tę pozycję - na klęczkach, z głową zwróconą do tyłu. To pozwala nam lepiej tłumaczyć wszystkie teraźniejsze niepowodzenia, unikać wyzwań przyszłości i pielęgnować w sobie to absurdalne, pokacowe cierpiętnictwo.

Mobilnych ołtarzy jednak nie będzie?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie