Wierszem Fredry przez komórkę. "Śluby panieńskie" Bajona

Redakcja
Plakat do filmu "Śluby panieńskie".
Plakat do filmu "Śluby panieńskie".
8 października 2010 roku wszedł na ekrany polskich kin (w tym także ostrowieckiej Etiudy), najnowszy film Filipa Bajona zrealizowany na podstawie utworu Aleksandra Fredry, "Śluby panieńskie". I jeśli dzieło pana hrabiego zwane jest komedią wszechczasów, to film twórcy "Wahadełka" czy "Wizji lokalnej 1901", śmiało może się ubiegać o tytuł gniota dekady.

Takie tu panuje niezrozumiałe światów pomieszanie. Z wypowiedzi Filipa Bajona i aktorów biorących udział w tym przedsięwzięciu wiem, że twórcy chodziło o uwspółcześnienie tej, nieco już ramotowatej i banalnej historii o dwóch panienkach, które przyrzekły sobie nigdy nie zadawać się z mężczyznami, a już nie daj Boże wstępować w związek małżeński i o dwóch panach, z których jeden zwłaszcza (Gustaw) postanawia złamać tytułowe "śluby panieńskie". Co, jak łatwo przewidzieć, wszak to komedia, uda mu się w pełni - po wykonaniu paru zręcznych intryg i podstępów. Nie wiedziałem jednak, że reżyser tej klasy, co Filip Bajon, ucieknie się do sposobów wziętych jako żywo z przedstawień amatorskich teatrzyków i pseudo - eksperymentatorów. Jednym z "gadżetów" odgrywających w tej filmowej adaptacji niepoślednią rolę jest ... telefon komórkowy, przez który porozumiewają się bohaterowie. Nie jestem ortodoksyjnym zwolennikiem realizacji adaptacji wielkiej literatury "po bożemu", ale jeśli wprowadza się do dzieła takie elementy, jak wyżej wspomniany (oprócz tego jest jeszcze caravaning, wypasiony samochód terenowy, krowy z oznaczeniami Unii Europejskiej, a matrona Dobrójska okazuje się być gwiazdą, o której pisze na okładce plotkarski magazyn "Blask"), to po jakie licho w napisach początkowych informować widza, iż rzecz się dzieje w 1825 roku w majątku Radosta?

Podobnie jest z prawdopodobieństwem psychologicznym. Panienki Klara i Aniela w sytuacjach stresowych raczą się piwem pitym z gwinta lub po prostu wódą i popalają fajkę. A potem idą razem do łoża (wspólnego). Nazajutrz na golasa kąpią się w rzece i radują się z faktu iż podstarzały Radost je podgląda. Ot, nowatorskie odczytanie lektury szkolnej! Z całej tej reżyserskiej koncepcji obronną ręką wychodzi jedynie Anna Cieślak. Jej Aniela mogłaby, jak mniemam, z równym powodzeniem żyć w XIX wieku, jak i w naszych czasach.

A obsadę "Śluby panieńskie" mają przednią: na ekranie pojawia się czołówka najbardziej wziętych aktorów. Mam jednakowoż wrażenie, że niektórzy z nich (na przykład Edyta Olszówka snująca się po ekranie bez szczególnego wyrazu), nie bardzo odnaleźli się w proponowanej przez Bajona koncepcji. Marta Żmuda Trzebiatowska (Klara) zaprezentowała swój ograniczony, znany doskonale z serialu "Teraz albo nigdy", zestaw spojrzeń, gestów i min. I jedynie temperament miała jak Fredrowski pierwowzór.
Lepiej jest z rolami męskimi. Na plan pierwszy wysuwa się Maciej Stuhr grający Gustawa, animatora całej filmowej intrygi. Robert Więckiewicz (Radost) i Borys Szyc (Albin) zagrali role, które ukazują ich inne emploi. Szczególnie dotyczy to Szyca, utożsamianego z postaciami typu "macho", a tu wcielającego się z powodzeniem w rolę rozmemłanego, fajtłapowatego, romantycznego kochanka. Choć, dalibóg, nie wiem dlaczego przez sporą część filmu paraduję w gaciach, także przy dziewczętach i damach. Czyżby tak, zdaniem reżysera, prezentował się współczesny mężczyzna? W rolach mniej eksponowanych pojawiają się też takie tuzy polskiego aktorstwa, jak Daniel Olbrychski, Marian Opania, Marian Dziędziel, Andrzej Grabowski czy Wiktor Zborowski. Jedno trzeba przyznać: wszyscy znakomicie mówią niełatwy przecież wiersz Fredry. Fraza Fredrowska wybrzmiewa w tym filmie w pełnej krasie.
Dobrze też brzmi w "Ślubach panieńskich" muzyka Michała Loranca, bardzo różnorodna i współtworząca atmosferę i tempo filmu. W zdjęciach Witolda Stoka (generalnie udanych) razi nadużywanie perspektywy "przez szybę", ale uroda podlaskich krajobrazów, gdzie kręcono adaptację komedii Fredry została oddana w stopniu zadowalającym.

Filip Bajon w swoim najnowszym dziele odwołał się przynajmniej dwukrotnie do mistrza Wajdy: w scenie tańca krakowiaka, jakby żywcem przeniesionego z "Wesela" i końcowej sekwencji "filmu w filmie" (jak we "Wszystko na sprzedaż"), gdzie aktorzy bez celu przechadzają się po planie i widzimy stołeczki z napisami funkcji służbowych (np. reżyser, kierownik produkcji itp). Szkoda, że w tym miejscu nie umieścił Bajon tzw. "wpadek" aktorskich podczas kręcenia poszczególnych dubli. Może byłyby śmieszniejsze?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie