Po kilku latach wróciłam z Warszawy do rodzinnego Lublina i rozpoczęłam poszukiwania pracy. Okazały się nie tyle owocne, co bardzo interesujące. Na ostatniej rozmowie spotkałam się z molestowaniem i obrzydliwymi propozycjami.

W ostatnich dniach nastąpiło gwałtowne ożywienie w smutnym procesie poszukiwania pracy przeze mnie. Dostałam zaproszenia na kilka rozmów kwalifikacyjnych.

Stanowisko sprzedawcy. Szału nie ma, ale zawsze to jakieś dochody. Wszystko jest pięknie - umiem obsługiwać kasę fiskalną, znam się na danej branży - do chwili, w której mówię, że co drugi weekend mam zajęty. Praca jest bowiem w galerii handlowej, która pracuje siedem dni w tygodniu. - Oddzwonimy - słyszę klasyczną formułkę na pożegnanie.

Oczywiście, nie oddzwonili w sprawie stanowiska sprzedawcy. Nic to.

Zadzwonili z firmy windykacyjnej. Według ogłoszenia szukali pracowników biurowych. Podczas rozmowy okazało się, że szukają windykatorów. Pudło.

Podobnie zadzwonili z firmy ochroniarskiej. Szukali osób do sprzedaży ich oferty. OK, napisałam. W rozmowie wyszło na jaw, że nie chodzi o ofertę ochrony, ale o wciskanie ubezpieczeń. Własnym samochodem, oczywiście. No nie wiem. Na rozmowę umówiłam się jutro. Już jednak się domyślam, jak wygląda to "motywujące wynagrodzenie".

A teraz hit sezonu.

Z dużej firmy produkcyjnej dostałam telefon o 20.30 w piątkowy wieczór. Było to na tyle niespotykane, że przyjęliśmy tę nowinę z konsternacją, zwłaszcza, że zostałam zaproszona na sobotę na rozmowę.

Ubrałam się jednak w sobotę ładnie i skromnie, w spódnicę za kolano i bluzkę pod szyję. Innych na rozmowy nie wkładam, bo tylko tak mogę zakryć tatuaże.

Wchodzę do biura, przede mną była na rozmowie jakaś dziewczyna, po mnie - chłopak. Myślę sobie: OK, normalna rekrutacja, tyle, że w sobotę. Nie była normalna, o nie!

Po przedstawieniu stanowiska - chodziło o kampanię marketingową, moja działka i mam w tym doświadczenie - pan prezes, gdyż on osobiście prowadził ze mną dyskurs, zajrzał do mojego CV. Zauważył moje asystenckie doświadczenie. Zapytał więc, czy jeździłam z szefem w delegację, na imprezy, na wspólne noce... Zamurowało mnie. Mówię: - Nie. Bo i nie jeździłam! Na imprezy biznesowe zabierał swoich najbliższych współpracowników, na prywatne - żonę. Był zresztą super sympatycznym szefem, a w firmie panowała rodzinna atmosfera. Siostrzano - braterska, bez żadnych podtekstów.

Tu jednak, na rozmowie, podtekst był aż nadto oczywisty. Pan, w zasadzie nie owijając w bawełnę, mówi, że szuka "asystentki", która będzie z nim jeździć w podróże. - I co? Narzeczony będzie się czepiał, że pani nie wraca na noc? - Indaguje. Nie mówię nic, oszołomiona, ale pan brnie dalej, co tam robiłam. Tłumaczę, że była to dystrybucja filmów. Facet przerywa mi:
- Porno? Ja zastanawiam się, czy już wstać i wyjść, czy za chwilę.

- A co by pani chciała robić w życiu? Ja, już wiedząc, że tej pracy nie wezmę, nie owijam w bawełnę, nie silę się na wypowiedź, że wiąże przyszłość z tą firmą i tak dalej. Mówię, że chcę realizować się w sprawach redakcyjnych, dziennikarskich.

On na to: - Bo skończyła pani polonistykę.
Ja: - Tak.
On: - W jakiej szkole może pani uczyć?
Ja, zaskoczona: - Nooo... w każdej.
Na co on:- A w liceum?
Ja, zaskoczona jeszcze bardziej: - No tak.
On: - Przecież w liceum są inne lektury.

Ja patrzę na niego, nie wiedząc czy kpi, czy o drogę pyta. Najwyraźniej myśli, że po pięciu latach studiów nie znam licealnych lektur. Jestem w szoku i nie wiem, jak mu wytłumaczyć, że znam je wszelako, ale najwyraźniej pana nie obchodzi moja odpowiedź.

Wstaje zza biurka i siada po mojej stronie stołu, bardzo blisko.

Odsuwam się, a pan nalewa mi wody.

- Proszę się napić.
Przerażona, widzę oczyma wyobraźni tabletkę gwałtu rozpuszczoną w tej szklance. Nie tykam jej do końca spotkania.

Pan wszakże nie spuszcza z tonu. Nagle wyskakuje do mnie z tekstem:
- Lubi się pani rozbierać przed mężczyzną?

Ja wykrztuszam: - Co?
A on ciągnie: - No wie pani, tak zdjąć ciuszki, tak się pokazać - i przysuwa się.

Łapię torebkę i płaszcz.

On łapie mnie przy drzwiach, nagle znowu mówi o tej kampanii, ja już w głowie mam tylko myśl, żeby wyjść, on chwyta mą dłoń i całuje, coś ohydnego. W domu umyłam rękę ze dwadzieścia razy.

- Pani ma kolczyk w nosie - mówi, patrząc na moją twarz. - A w łechtaczce? - pyta.
Oczy robią mi się wielkie jak 5 złotych. On tymczasem wyciąga rękę i dotyka moich włosów, odsłaniając ucho: - I tu ma pani kolczyki, ślicznie.

Roztrzęsiona, przepełniona obrzydzeniem, naciskam klamkę.

On: - Nie wypiła pani wody.
Ja: - Nie jestem spragniona - odkrzykuję już na schodach, zbiegam do samochodu i odjeżdżam, tak szybko jak to możliwe bez łamania przepisów.

Jutro idę na kolejną rozmowę. Po ostatnim doświadczeniu, zamierzam ją nagrywać.

Portfel

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!