Trochę chaotyczne wspomnienia z podróży po Turcji, gdzie pracowałam jako wolontariuszka European Voluntary Service.

Przez pewien czas mieszkałam w południowo-wschodniej Turcji. Za mało, żeby poznać ten kraj. Żeby coś naprawdę wiedzieć, należałoby spędzić tam całe życie. Ale na pewno wystarczająco dużo, aby wiedzieć, jak bardzo turystyczna Turcja różni się od prawdziwej Turcji. I jak bardzo prawdziwa Turcja różni się od Europy. Nie chcę tu oceniać ani wartościować żadnego ze światów.

Nie pamiętam, czy w dniu wylotu byłam wsypana. Wylatywałam o 13.40, na lotnisku spotkałyśmy się z K. po 11. Naprawdę, nie wiem, czy się wyspałam - chyba raczej tak, choć często przed wylotem zasypiam z trudem, gdyż jestem podekscytowana podróżą.

Pierwszy raz miałam lecieć lotem rejsowym, a nie czarterowym. Nie miałyśmy biletów, tylko rezerwacje. Nie wiedziałyśmy, czy wszystko będzie dobrze. Nigdy nawet nie byłam w organizacji, która wysyłała mnie do pracy na rzecz organizacji charytatywnych w Gazi Antep. Zdezorientowane, szukałyśmy właściwej hali odlotów, gdyż był to nasz pierwszy start z nowego terminala.

Przy odprawie bagażowej okazało się, że wszystko w porządku. Dostałyśmy karty pokładowe. Mój skrzętnie ugniatany bagaż, z którego w ostatniej chwili pozbywałam się wielu rzeczy, ważył zaledwie 16 kilogramów.

Lot do Istanbulu odbył się bez żadnych problemów. Po trzech godzinach znalazłyśmy się w innym świecie. Już na lotnisku oczywiście odczułyśmy szok kulturowy. Tłum obcojęzycznych ludzi o ciemnej cerze. Mężczyźni pożerający nas wzrokiem, bo jesteśmy blade i nie nosimy hijabów.

Gdy próbowałyśmy kupić na lotnisku napoje, okazało się, że nie można płacić w euro, K. miała tylko kilka lirów. Kupiłyśmy w końcu jakiś sok. Oczywiście, później dowiedziałyśmy się, że sprzedawca nas oszukał, licząc cenę po zawyżonym kursie.

Przed lotniskiem zalana słońcem ulica. W Polsce, gdy wylatywałyśmy, było chłodno, tutaj - nieprawdopodobnie gorąco, chociaż jest po 17. Wszyscy na nas dziwnie patrzyli, bacznie nas obserwując.

Miałyśmy kilka godzin do przesiadki, więc zdecydowałyśmy się na spacer po Istambule. To największe miasto Turcji – jak się potem przekonałam, również, jak się zdaje, najbardziej europejskie.

Oczywiście od razu się zgubiłyśmy, bezradnie miotałyśmy się pomiędzy jezdniami szybkiego ruchu, potem biegając po trawnikach, pomiędzy zraszaczami i przeskakując rowy z wodą. Zdecydowałyśmy się na powrót na lotnisko, żeby zacząć zwiedzanie od tamtejszej stacji metra.

Po drodze dołączył do nas jakiś młody Turek, którego niechcianego towarzystwa nie mogłyśmy się pozbyć. Nie mówił po angielsku, więc zaczepiał wszystkie napotkane osoby, pytając, czy znają angielski i nalegając, aby z nami porozmawiały, choć już kilka osób wyraźnie powiedziało mu, że chcemy się dostać na lotnisko, a i same wiedziałyśmy, gdzie ono jest. Wreszcie opuścił nas pod lotniskiem.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że takie zachowania są dość typowe dla mieszkańców tego regionu. Przykładowo, gdy szukałam bankomatu i zapytałam o to sprzedawcę w sklepie, wyszedł on zza lady, zostawiając swój sklep bez opieki i zaczął mnie prowadzić do bankomatu. Nie był pewien, gdzie się on mieści, więc po drodze zapytał kolejną osobę, która do nas dołączyła. I tak dalej... Tym sposobem, do bankomatu doszłam eskortowana przez kilkanaście osób.

Wreszcie wsiadłyśmy do metra i pojechałyśmy do centrum. Tam - niepodziewany chaos, hałas, tłum ludzi, straszna plątanina straganów. Większość dziewczyn nosiła chusty, na ulicach w ogóle było stosunkowo niewiele kobiet, w porównaniu z Europą. W końcu znalazłyśmy upragnione przez K. stoiska z pistacjami, które okazały się nie takie tanie, jak na to liczyłyśmy.

Strasznie zmęczone upałem, wróciłyśmy w okolice lotniska. Siedziałyśmy dłuższy czas na rozgrzanej słońcem skarpie, prawie pozbawionej roślinności, chłonąc gorące powietrze i niesamowitą atmosferę Turcji. Wreszcie wróciłyśmy do portu lotniczego.

Zasiadłyśmy na krawężniku przed lotniskiem, ja paliłam papierosy, rozmawiałyśmy, aż zapadł zmrok i zrobiło się zupełnie ciemno. Choć nadal było gorąco, czerń nocy była znacznie głębsza, niż w Europie. Powietrze było gorące i suche, owiewało twarze słabym podmuchem, prażyło prawie jak słońce. Turcy patrzyli na nas. Na ciemnym niebie chyba nie było gwiazd - nie pamiętam. Nie potrafię oddać tego nastroju i tego zmroku, mojego pierwszego w Turcji zachodu słońca, 8 lipca 2009 roku. Słońce znika tam za horyzontem niemalże równie szybko jak w północnej Afryce. Biały dzień gwałtownie zmieniał się w zupełnie czarną noc.

Wylot do Gazi Antep był o dwie godziny opóźniony - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że opóźnienia to standard na lotnisku w Istambule. Zaskakujące, że mimo tego, lotnisko to funkcjonuje całkiem sprawnie.

W samolocie do Antep byłyśmy jedynymi białymi na pokładzie. Było natomiast bardzo dużo dzieci - i były bardzo rozwrzeszczane. Powinnyśmy startować o 22, wystartowałyśmy około północy. Po przylocie rozglądałyśmy się niepewnie. Ludzie czekający na lotnisku wydawali nam się obcym, dzikim tłumem.

Co ciekawe, po dłuższym pobycie tam, w ogóle przestałam widzieć w nich ten bezrozumny, nachalny tłum. Postrzegałam później już każdego z osobna i nie wydawali mi się ani tak natrętni, ani tak niepojący, jak wcześniej. Rozglądałyśmy się, licząc na to, że ktoś będzie miał tabliczkę z naszymi imionami albo nazwą organizacji.

Wreszcie usłyszałam: Kasia? - i ktoś z tłumu porwał moją walizkę. Poszłyśmy niepewnie za młodym Turkiem. Zaprowadził nas do minibusa, wypchanego po brzegi.

Czekający na nas wolontariusze zaserwowali nam wiadomość o spartańskich warunkach, w jakich będziemy harować dniem i nocą. Gdy dojechaliśmy na miejsce, do association, gdzie mieliśmy nocować, pojawiły się przed nami bardziej prozaiczne problemy. Oczywiście, na pierwszym planie kwestia toalet. Turecka toaleta - tak zwana „na narciarza”, my nazywaliśmy ją po prostu dziurą.

Zdezorientowane, oszołomione, nie wiedziałyśmy, co o tym wszystkim myśleć. Zgraja Turków wydawała mi się obca, dzika, nie odróżniałam ich imion ani twarzy. Na szczęście po kilku godzinach para Polaków, których poznałyśmy już na szkoleniu w kraju, przyznała, że czarne wizje były żartem. Do naszej dyspozycji była druga toaleta z normalnym, europejskim sedesem, a praca okazała się wcale nie tak ciężka i nie tak czasochłonna.

Gdy jakiś czas później dołączyła do nas Gordana z Macedonii, również na początek pokazaliśmy jej tylko „dziurę”. Nie wiedzieliśmy, jak przełożyć na angielski zwrot „na narciarza”, więc przedstawiliśmy ją jako „telemark”.

Padłyśmy spać nieprzytomne ze zmęczenia. O 4 rano budził nas muezin swoim śpiewem. Tuż obok był bowiem minaret, słynny Broken Minaret, który pękł podczas budowy i taki już pozostał. Po kilku nocach przywykłam na tyle, że śpiew przestał mnie budzić. Spałam spokojnie aż do nadejścia ramadanu, kiedy to nastąpiła zmiana pieśni.

Później kolejne dni wyglądały bardzo podobnie. W dzień praca w sierocińcach. Małe, kurdyjskie dzieci strasznie się do nas garnęły, uwielbiały wspólne zabawy. Na szczęście zaskakująco dobrze mówiły po angielsku, więc nie było większych problemów z komunikacją.

Przez cały pobyt dokuczały nam upały, z trudem można było zasnąć. Temperatura dochodziła do pięćdziesięciu stopni, nocą spadała do trzydziestu pięciu. Chodziliśmy spać często nad ranem, budząc się po kilku godzinach. Nie wiem, czy nakręcała mnie adrenalina, czy zmiana klimatu, ale znosiłam to całkiem dobrze. Tylko przez kilka pierwszych dni miałam krwotoki z nosa z powodu zbyt suchego powietrza.

Wieczorami biegaliśmy po parku, albo siedzieliśmy i rozmawialiśmy na trawnikach, paląc papierosy. W Turcji bardzo dużo się pali. Mimo sukcesywnie wprowadzanych zakazów ograniczających palenie, palić można prawie wszędzie. Nie widziałam jednak palących kobiet. Poprawka - widziałam jedną. Uznaliśmy ją za wojującą feministkę, gdyż jej spodnie sięgały niewiele poniżej łydki, odsłaniając kostki, a spod chusty wysuwały się włosy. Mogła mieć około 40 lat, choć równie dobrze mogła być też młodsza, chusty bowiem często postarzały Turczynki.

Tutaj, na wschodzie, dziewczyny chodziły jeszcze bardziej pozasłaniane niż w Istambule. Jeśli nie miały burki, to nosiły na ubranie długie płaszcze, zasłaniające kształt ich ciała. Niemniej, widziałam też tylko jedną kobietę zasłoniętą całkiem, zakwefioną szczelnie na czarno, z wyjątkiem wąskiej szczeliny na oczy.

Wieczór 10 lipca spędziłam w parku z trojgiem Polaków i naszym mentorem - Caglarem. Pokazywał nam swój dowód, w którym miał wpisaną informację o wyznawanej religii: Islam. Opowiadał nam, jak bardzo nie lubi religii i deklarował się jako ateista. Caglar opowiadał nam o tureckich dziewczynach, o tym, że są wyniosłe, że zadzierają nosa. Dopiero później dowiedziałam się, że wynika to z tamtejszej kultury.

Dziewczyna, która patrzy na mężczyzn, bez przysłowiowych klapek na oczach, która - co gorsza - uśmiecha się do nich, traktowana jest jako łatwa, która gotowa jest iść do łóżka z facetem, nie w ogóle, ale dosłownie tu i teraz. Sama nauczyłam się widzieć, nie patrząc, przechodzić przez tłum, nawet drgnięciem powieki nie pokazując, że w ogóle kogokolwiek zauważam. Miałam o tyle komfortową sytuację, że moja ciemna karnacja, w zestawieniu z odpowiednim ubraniem chroniły mnie w znacznej mierze przed zaczepkami.

Caglar mówił nam także o obłudzie dziewczyn, o tym, że co dziesiąta nosząca grzecznie chustę, tak naprawdę się puszcza - użył słów „They fuck”. Nie wiem, czy chciał ująć to tak brutalnie i wulgarnie, czy wynikało to z jego nie najlepszej znajomości angielskiego. W każdym razie już nigdy z nikim w Turcji nie poruszałam tego tematu i nie wiem, na ile była to prawda, a na ile jego subiektywna opinia.

Sama zaś zauważyłam niezwykłe stosunki panujące pomiędzy mężczyznami. Homoseksualizm jest tam ostro potępiany, ale to, co wyczyniają ze sobą panowie, znacznie przekracza europejskie pojęcie zachowań heteroseksualnych. Obejmują się, tarzają się razem po trawnikach, dotykają w sposób - w moim odczuciu - dwuznaczny. Nie jest niczym niezwykłym para mężczyzn trzymająca się za ręce.

Tamten wieczór zakończyliśmy na huśtawce, na którą zapraszały nas małe dziewczynki - bez chust. Koniecznie chciały nas huśtać. Świetnie się z nimi bawiliśmy, choć nie mówiły po angielsku ani słowa.

Kilka dni później pojechaliśmy jeszcze dalej na wschód do Sanliurfy. Według niektórych to właśnie Urfa, a nie chaldejskie Ur jest miejscem narodzin Abrahama. Zwiedzaliśmy tam meczety i ruiny, półprzytomni z powodu gorąca. Gdy w końcu zatrzymaliśmy się, żeby chwilę odpocząć, uśmiechnęłam się do dwójki dzieci, które po chwili przyniosły mi kwiaty i odeszły.

Wróciliśmy z Urfy kompletnie wykończeni, ale zadowoleni z wyprawy. Niewątpliwym plusem są naprawdę luksusowe autokary dalekobieżne, w których sprawnie działa klimatyzacja i rozdawane są napoje, a steward co jakiś czas obmywa ręce podróżnych przyjemnie pachnącym, orzeźwiającym płynem.

Po powrocie prowadziliśmy spokojne, lecz nie nudne życie. Poza pracą w sierocińcach, uczyliśmy się języka tureckiego oraz lokalnego tańca - Zeybek. Co dziś pamiętam kroki, choć nie należę do osób specjalnie roztańczonych. W wolnych chwilach chodziliśmy na bazary. W Turcji jest ich mnóstwo, prawie każdy czymś handluje. Czasem zastanawiałam się po co, bo niemal każdy oferuje te same towary.

Kupujących jest za to niewielu - przecież nie będą sprzedawać sobie nawzajem tych samych produktów. Być może handel to ich sposób na życie. Dość często spotykaliśmy też biednych ludzi, oferujących za grosze możliwość zważenia się na zwykłej, domowej wadze, jaką nosili ze sobą.

Tu warto wspomnieć o tym, że w całym Antep byliśmy niejako sensacją. Przypadkowi ludzie w sklepach i na ulicach znali nasze imiona. Wiceprezydent miasta przyjął nas na specjalnej audiencji.

Pewnego dnia przypadkiem trafiliśmy na tureckie wesele. W Turcji tańczy się z chusteczką w dłoni - gdy nie ma innych, Turcy sięgają nawet po chustki higieniczne. Na pamiątkę po weselu dostałam taką prawdziwą, haftowaną złotą nicią chustę do tańca.

Z Antepu wyjechaliśmy na tydzień na szkolenie do Artvin. Sama podróż busem była niesamowita - i zarazem stresująca. Widok na góry nieprawdopodobny, jezdnie serpentyny zawieszone nad przepaściami, karkołomne wyczyny kierowców, na pierwszy rzut oka absolutnie nie budzących zaufania.

Artvin to miasto jak ze snu, albo jak z koszmaru. Ciasna, slumsowa zabudowa. Podłe, tanie hoteliki, prostytutki - tlenione blondynki w spódnicach tuż przed kolano. Miasto jakby robotnicze, brzydka zabudowa, musiała tu być jakaś kopalnia albo coś podobnego (osada przemytników tak by się rozrosła?), ale widać, że dziś to miejsce jest biedne, podupadające, lata świetności ma za sobą, choć hotele i sklepy nadal nieźle prosperują.

Oczywiście w Artvinie, jak wszędzie, jest również mnóstwo pomników, obrazów, a nawet neonów z Ataturkiem, jak nazywany jest Mustafa Kemal, założyciel współczesnej Turcji. Z jego wizerunkiem można dostać wszystko, od sprzętu AGD i RTV, przez kalendarze, poprzez magnesy na lodówkę. To, co dla mnie było kwintesencją kiczu, dla Turków było naprawdę ważną sprawą i odnosili się do tych wszystkich gadżetów z szacunkiem.

W Artvin przeżyłam także mój pierwszy deszcz w Turcji. Padało tam codziennie, gdyż miasto jest położone tak wysoko w górach, iż zasnute jest chmurami, które to skraplają się, tworząc deszcz i dodatkowo nadając temu miejscu ponurą aurę.

Gdy wróciłam do Europy, poleciałam prosto do Warny na wakacje. Choć może się wydawać, że miesiąc spędzony w Turcji to niewiele, byłam zszokowana, gdy znowu zobaczyłam skąpo odziane kobiety i mrowie knajp. W Turcji prawie w ogóle nie było barów, z wyjątkiem lokali zarezerwowanych dla mężczyzn, gdzie grali w tryktraka i pili wszechobecną herbatę. Muszę się pochwalić, że jako cudzoziemka, zostałam raz nawet wpuszczona do takiego przybytku.

Oprócz Antepu, Artvinu, Stanbulu i Urfy zwiedziłam Mersin i Trabzon. Ale to już materiał na inną opowieść.

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: