Marcin Duma: Na politykę w tej chwili tylko zerkamy. W sercach mamy dziki strach przed czwartą falą i powrotem restrykcji

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Rzeszów, RPO, PiS i PO? Wszystkie polityczne emocje, podobnie jak radość z chwilowej wolności od obostrzeń, są bardzo powierzchowne i podszyte lękiem przed powrotem pandemii - mówi Marcin Duma, szef ośrodka badań opinii publicznej IBRiS

Czy przegrana w Rzeszowie mocno zabolała Prawo i Sprawiedliwość?
Problem z Rzeszowem jest taki, że to w zasadzie nie jest ani porażka PiS-u, ani zwycięstwo opozycji. Kiedy się na te wybory patrzy z perspektywy Warszawy, łatwo o myśli w rodzaju „Och, oto wygrał kandydat zjednoczonej opozycji, w takim razie opozycja ma szansę wygrać z PiS-em, o ile się tylko zjednoczy”. Ale kiedy patrzymy na te wybory z perspektywy Rzeszowa, to widzimy coś całkiem innego - na przykład to, że kandydat będący rzeszowianinem wygrał z kandydatami, którzy z Rzeszowa nie są. W dodatku ten kandydat wygrał pomimo tego czy wręcz na przekór temu, że uzyskał bardzo silne wsparcie od polityków warszawskich.

Na przekór?

Tak, bo z badań wynika dość jasno, że wsparcie od polityków z Warszawy raczej Konradowi Fijołkowi w Rzeszowie ciążyło niż pomagało.

I chyba Fijołek dobrze o tym wiedział. Michał Kobosko z Polski 2050 powiedział już publicznie, że sztabowcy Fijołka bardzo pilnowali, by krajowi liderzy opozycyjnej polityki nie pojawiali się w Rzeszowie.

Szczególnie na tej ostatniej prostej kampanii, prawda? To bardzo racjonalne podejście. Silna obecność w rzeszowskiej kampanii polityków ze sceny ogólnokrajowej - w ogóle nie chodzi tu o personalia, czy miałby to być Borys Budka, Włodzimierz Czarzasty czy Szymon Hołownia, to nie ma w ogóle znaczenia - byłaby błędem. Budowałaby w wyborcach wrażenie, że Konrad Fijołek może być prezydentem, który będzie uzależniony od warszawskich elit i zostanie wciągnięty w politykę ogólnokrajową, przez co przestanie się zajmować przysłowiowymi rzeszowskimi dziurami w drogach. Rzeszowianie wybierali przecież prezydenta swojego miasta, który ma się zajmować rozwiązywaniem ich lokalnych problemów. To, że media i politycy z krajowej pierwszej ligi przypisali do tych wyborów kontekst ogólnokrajowy, to już jest zupełnie inna kwestia.

Tędy trafimy tylko na manowce?
Jeżeli przyjmiemy tę warszawsko-ogólnopolską perspektywę polityki jako manichejskiego starcia samego Dobra z czystym Złem i konfrontacji PiS-u z opozycją, to nie do końca zrozumiemy, co się wydarzyło w Rzeszowie. Oowszem, w rzeszowskiej infosferze również wiele kręciło się wokół walki opozycji i PiS-u, ale nie były to te kluczowe kryteria, którymi kierowali się rzeszowianie. Mieszkańcy Rzeszowa chcieli bowiem wybrać kogoś, kto będzie sprawnie zarządzał ich miastem, rozwiązywał jego i ich problemy i pchnie rozwój Rzeszowa na nowe tory. Nowe, ale wcale nie tak znowu radykalnie inne od tego, co im proponował Tadeusz Ferenc. Dlatego tak ważne dla nich było, żeby to był ktoś stamtąd. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę stawkę kandydatów, to tak naprawdę z Rzeszowa był tylko Konrad Fijołek. Podczas jednego z badań focusowych pytaliśmy rzeszowian, jak oni postrzegają lokalność poszczególnych kandydatów. Marcin Warchoł? Wiadomo, polityk z Warszawy. Niby poparty przez Ferenca, ale to stanowczo za mało, żeby go od razu „urzeszowić”. W wypadku Grzegorza Brauna nikt z badanych nie miał szczególnych wątpliwości, że to polityk związany z Rzeszowem bardzo luźno, co de facto zawężało jego możliwości wyborcze do elektoratu Konfederacji. Największe zdziwienie było jednak wtedy, kiedy zaczęliśmy rozmowę o Ewie Leniart, czyli bądź co bądź wojewodzie podkarpackiej i osobie dość jednoznacznie związanej z regionem. Nam, badaczom spoza Rzeszowa wydawała się ona na pierwszy rzut oka „prawdziwą rzeszowianką”. Ale podczas badań focusowych pytamy o Leniart, dorzucając że „przecież ona jest z Rzeszowa” i wtedy zapada pełna konsternacji cisza. W końcu ktoś z grupy badanych zaczyna nieśmiało, „Bo wiecie, Ewa Leniart nie jest z Rzeszowa. Ona jest SPOD Rzeszowa”. Na to chór: „No właśnie!”. A ponieważ Rzeszów jest miastem, które aspiruje do bycia czymś więcej niż reszta Podkarpacia i miastem, które chce być wyspą postępu w tej polskiej Bawarii, to tego typu niuanse stają się bardzo istotne. Bycie spod Rzeszowa a nie z Rzeszowa oznacza brak paszportu na tę liberalną wyspę wolności. I to zdecydowanie Ewie Leniart nie pomogło.

No dobrze. Zjednoczona Prawica wysłała jednak do wyborców dość jasny komunikat, że w koalicji nie dzieje się najlepiej, wystawiając dwoje konkurencyjnych kandydatów, którzy nawzajem odbierali sobie głosy, pośrednio wzmacniając Fijołka. Czy te koalicyjne wojenki robią na wyborcach wrażenie?

Sprawa z Warchołem i Leniart nie różni się znacząco od innych koalicyjnych spięć. To raczej kolejne potwierdzenie tego, co wyborcy rządzącego obozu już o Zjednoczonej Prawicy sobie myślą. Oni nieźle zdają sobie sprawę z różnic między Solidarną Polską, PiS a Porozumiem. Rosną w nich jednak wątpliwości, czy też niepewność nie tyle co do spójności tego środowiska, ale co do jego wiarygodności i przewidywalności w realizacji różnych zapowiedzi czy to wyborczych, czy programowych. To widać w przypadku Polskiego Ładu. Tym razem wyborcy Zjednoczonej Prawicy wcale nie mają pewności, że nowe obietnice zostaną im dostarczone. I nie, nie chodzi o poczucie, że PiS ich oszukuje i najpierw coś obiecał, a potem tego nie da. Chodzi o to, że ta dotychczas dość sprawna machina parlamentarna coraz częściej się zacina.

I teraz wyborcy prawicy spodziewają się, że Gowin może zablokować zmiany w podatkach, a Ziobro jakiś inny element Polskiego Ładu?

Oni niekoniecznie schodzą na ten poziom szczegółowości. Mają za to poważne obawy, że Zjednoczona Prawica nie będzie już na tyle zwarta i jednomyślna, by zgodnie przegłosować zapowiedziane zmiany.

Nie działa już mit wszechmocnego PiS-u spełniającego obietnice?

W wypadku Polskiego Ładu wyborcy PiS mają nadzieję, że to się uda, ale uwierzą dopiero wtedy, kiedy będą to mieli na papierze. I wtedy też dopiero Polski Ład ma szanse zacząć działać - w sensie politycznym. Obecna sytuacja w koalicji nie do końca pozwala wyborcom Zjednoczonej Prawicy uznać zapowiedzi Polskiego Ładu za skierowane do wdrażania. Dominuje niepewność.

Czyli jednak Rzeszów ma jakieś znaczenie dla ogólnopolskiej polityki? I dla Zjednoczonej Prawicy?

Ma o tyle, że to, co wyborcy Zjednoczonej Prawicy zobaczyli na przykładzie Rzeszowa, wzmacnia ich obawy dotyczące spójności koalicji. Ba, problem koalicji z Rzeszowem nie ogranicza się tylko do samego startu Leniart przeciw Warchołowi i na odwrót. Przecież dosłownie chwilę po tym głosowaniu i w jego kontekście Jarosław Gowin dość niedwuznacznie zakwestionował część założeń Polskiego Ładu i jeszcze posłużył się przy tym językiem używanym przez liberalną część opozycji.

To jest takie czytelne dla wyborców PiS?

Oczywiście, że nie wszyscy z nich śledzą Twittera, jednak informacja, że Gowin ma wątpliwości dotyczące Polskiego Ładu zdecydowanie się w tym elektoracie utrwala. I podważa jego zaufanie co do tego, że PiS mu ten Polski Ład przeforsuje.

A sytuacja z poparciem przez Gowina wbrew koalicjantom Marcina Wiącka jako kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich? To jest kwestia jakoś istotna dla wyborców Zjednoczonej Prawicy, czy raczej sprawa z gatunku tych, którymi zajmują się wyłącznie dziennikarze polityczni?

To jest trochę wydarzenie z życia chrząszczy. Ono z pewnością wzmaga to poczucie niepewności wśród wyborców PiS, ale trudno mu nadać rangę przesądzającą. Kwestia poparcia Gowina dla Wiącka jest znacznie bardziej istotna z punktu widzenia polityki gabinetowej. Gowin przecież bardzo chce udowodnić Kaczyńskiemu, że bez jego głosów nic nie uda się przegłosować, za to Kaczyński na odwrót - szuka sposobów na to, by pokazać Gowinowi, że spokojnie może się bez niego obejść - a jak będzie się stawiał, to można go kimś zastąpić. De facto widzieliśmy to we wtorek w wynikach kluczowych głosowań w sprawie RPO.

W wypadku kandydatury Lidii Staroń PiS udało się i bez Gowina uzbierać te magiczne 231 głosów. Z łapanki i na siłę...

...Ale jednak. „Widzisz drogi Jarosławie Gowinie, jesteś, nie ma cię, co za różnica. Jak będziesz stawiać zbyt wygórowane warunki, to jakoś bez ciebie przeżyjemy” - może teraz powiedzieć Jarosław Kaczyński. Oczywiście to nie jest prawda, to jest raczej stroszenie piórek - chodzi przecież o to, by doprowadzić tę drugą stronę do uległości. Gowin i Kaczyński grają tu w dokładnie tę samą grę.

Niepewność - to słowo padło już kilka razy w opisie emocji wyborców PiS. Ona dotyczy samej polityki i wyników politycznych gierek, czy także innych obszarów życia?

Niepewność, która przejawia się w zachowaniach i deklaracjach Polaków dotyczących polityki, jest symptomem czegoś znacznie głębszego. To poczucie niepewności i niestabilności wynika przede wszystkim z antycypowania dalszego przebiegu tego, co narzuca rytm życiu społecznemu i politycznemu nie tylko Polski, ale i świata - czyli pandemii. Niepewność dotyczy obecnie przede wszystkim tego, co będzie jesienią. Polacy na badaniach mówią nam jeden przez drugiego: „Covid wróci jesienią”. Ale w rzeczywistości nie są tego wcale tacy pewni. Zdecydowanie natomiast wolą przyjąć takie założenie - by uniknąć kolejnego rozczarowania. Takiego, jakie było ich udziałem jesienią zeszłego roku, gdy ochoczo przystali na obietnicę premiera (której zresztą oczekiwali), że covid się już skończył, a za moment się okazało, że się jednak nie skończył - tylko tak naprawdę dopiero się zaczyna. W tej chwili wolą więc być miło zaskoczeni, niż jeszcze raz tak niemiło się rozczarować - i taką przyjmują postawę. Ale to wszystko podszyte jest ogromną niepewnością - jak to będzie wyglądało, i ile nam ta pandemia będzie jeszcze towarzyszyć.

ZOBACZ ROZMOWĘ FORUM IBRiS O BADANIACH NASTROJÓW POLAKÓW DOTYCZĄCYCH PANDEMII I POLITYKI:

Teraz jest jak na tej ostatniej okładce New Yorkera? Niby trwa impreza, ale każdy ma pod ręką szafę z zapasem żywności, papieru toaletowego i maseczek?

Nie wiem, bo tego nie badałem, w jakim stopniu ta okładka oddaje nastroje Amerykanów, ale emocje Polaków oddaje wręcz idealnie. Nie pozwalamy sobie na luksus wiary w to, że pandemia się już skończyła. Radość z końca trzeciej fali i zluzowania obostrzeń jest bardzo, ale to bardzo powierzchowna. Dziś żyjemy tak, jakby jutra już miało nie być. Cieszymy się szybko i intensywnie, bo cały czas spodziewamy się szybkiego powrotu do skrajnie negatywnych emocji. Albo inaczej - te negatywne emocje są w nas cały czas, tylko przykrywamy je warstwą powierzchownego entuzjazmu z tego, że możemy znów iść nad jezioro czy do restauracyjnego ogródka. Na twarzach mamy przyklejone radosne uśmiechy, ale głęboko w sercach strach.

Czy ta przydeptana pandemiczna depresja Polaków...

...Przypudrowana. My ją pudrujemy...

...A zatem czy ta przypudrowana depresja Polaków może wpłynąć na ich decyzje i wybory dotyczące polityki?

A są jakieś wybory w najbliższym czasie?

Oczywiście, że nie.

No to jak nie ma żadnych wyborów, to nie może to znaleźć ujścia przy urnach.

Zawsze można też porzucać kamieniami. Widły wyciągnąć.

Jeżeli przyjmiemy, że jesienny wybuch protestów antyaborcyjnych miał tak naprawdę swoje źródło w tej pandemicznej frustracji, a temat aborcji był tylko triggerem, katalizatorem nastrojów, bo tak naprawdę chodziło o zawiedzioną nadzieję, to tym razem Polacy są o wiele bardziej gotowi na kolejne złe wiadomości. A tym samym ich frustracja wywołana ewentualną kolejną falą epidemii powinna mieć niższe natężenie. Ale, ale! To jest tylko pół prawdy. Bo z jednej strony spodziewamy się nawrotu pandemii i on niespecjalnie by nas zdziwił, ale jednocześnie rzeczą, której bardzo chcielibyśmy uniknąć i która bardzo by nas frustrowała, jest powrót obostrzeń. Gdyby więc nastąpiła czwarta fala i jednocześnie po raz kolejny musielibyśmy wrócić do obostrzeń w wymiarze, w którym doświadczyliśmy ich ostatnio, to z całą pewnością władza, która je wprowadzi, będzie musiała ponieść koszt polityczny.

Nawet gdyby to był nowy, groźniejszy wariant? Bardziej balibyśmy się obostrzeń niż, dajmy na to, owego „czarnego grzyba” towarzyszącego infekcjom spowodowanym wariantem Delta?
Nastroje Polaków w tej kwestii można sprowadzić do formuły: brak zgody na uspołecznianie kosztów pandemii. To znaczy, że jesteśmy bliżsi temu, żeby te koszty były ponoszone indywidualnie.

Na kogo trafi, na tego bęc?

Polacy myślą mniej więcej tak: Jeśli zachorowałeś i cierpisz, to jest to twój problem. Ale to nie znaczy, że my wszyscy mamy ponosić koszty tego, żebyś nie zachorował.

Żywi maszerują dalej, zostawiając zmarłych?

Kogo?

Zmarłych.

Kogo?

Jak to?
Oj, bo te statystyki ze zgonami i zgonami nadmiarowymi to w ogóle nie oznaczają, że to był covid. Tak czytałem na facebooku.

Rozumiem, że to cytat z badanych wyborców.

Tak, jeden ze stu podobnych. Oni w ogóle nie chcą rozmawiać o żadnych zgonach czy zgonach nadmiarowych.

A czyi to wyborcy?

Wszyscy. To są wyborcy. To są Polacy. Nie ma tu żadnej różnicy, czy głosują na PiS, Polskę 2050 czy Platformę. Ewentualnie można by stawiać tezę, że wyborcy lewicy okazują odrobinę więcej empatii - ale tu też szału nie ma.

Spora część Polaków już się chyba zetknęła ze zgonem na covid gdzieś w swoim otoczeniu? To nie daje do myślenia?
Po pierwsze, nieprawdopodobnie mocno rozpowszechnione są wśród badanych te spiskowe teorie, jakoby lekarze skuszeni dodatkową zapłatą celowo dopisywali zmarłych do statystyk covidowych. Po drugie, są całe regiony, w których zgonów było nieco mniej - i tam to doświadczenie było mniej powszechne. Istnieje tu zróżnicowanie geograficznie. No i mamy 38 milionów Polaków i 70 tysięcy zgonów. Hmm...

Ciągle za mało, żeby to uspołecznić?

Tak. I zdecydowanie za mało, by ponosić kolejne koszty obostrzeń. Polacy postrzegają obostrzenia jako koszmar i zbiorową traumę. Obchodzi ich to o wiele bardziej niż los ofiar covid - i tych zmarłych, i tych żyjących z powikłaniami. Woleliby kolejną falę epidemii niż kolejny lockdown.

To skoro tak, to kogoś przecież muszą winić za poprzednie obostrzenia? Czy identyfikują jakiegoś „sprawcę” ich lockdownowego cierpienia? Jest nim może Mateusz Morawiecki czy Adam Niedzielski?

To nawet ciekawa sprawa. O ile na przykład Mateusz Morawiecki nie ponosi żadnej, hmm, kary za te nastroje, to minister Niedzielski już tak. W ostatnich badaniach zaufania do polityków, które przeprowadziliśmy w czerwcu, Adam Niedzielski stracił aż 10 punktów procentowych.

Dlaczego akurat teraz?

Bo wyszliśmy z lockdownu i podnosimy głowy. I dopiero zaczynamy rozliczenia. A kto ogłaszał kolejne restrykcje?

Ha, ha, ha, no przecież nie Mateusz Morawiecki.

A no nie. Ogłaszał je Niedzielski. Odpowiedzialność została nieco odroczona, ale teraz przyszła i ponosi ją minister zdrowia. Jak rozumiem, taki był plan.

Nikt poza nim nie jest obwiniany przez Polaków?

Czy PiS zostanie rozliczony za obostrzenia? Dzisiaj, teraz - raczej nie. Czy PiS może stracić na przyszłych obostrzeniach? A tak, to już może być całkiem realne. I nie jest wcale pewne czy ucieczka do przodu w Polski Ład zdołałaby mu pomóc tego uniknąć. Gdyby doszło do czwartej fali, sytuacja, w jakiej znalazłby się polski rząd, byłaby ekstremalnie trudna. To byłby wybór pomiędzy odpowiedzialnością społeczną a odpowiedzialnością polityczną ugrupowania za określone decyzje.

A teraz, w tę piękną pogodę, gdy obostrzeń nie ma, kiedy nawet w polityce pozornie dzieje się tyle ciekawych rzeczy, a to wybory w Rzeszowie, a to głosowanie na RPO, to i tak zepchnięta możliwie głęboko w mrok podświadomości pandemia tak naprawdę organizuje nasze życie społeczne i polityczne?

Zdecydowanie tak. Łącznie z tym, że to właśnie ta pandemia powoduje, że w tym konkretnym momencie chcemy się tą polityką interesować jednak trochę mniej. Bo usiłujemy żyć na zapas, choć odrobinę nadrobić stracony czas i zaległości w naszym normalnym życiu. Szukamy okazji, by nacieszyć się tym życiem, póki tylko się da, bo co nam pozostało?

A CO POLACY SĄDZĄ DZIŚ O SZCZEPIENIACH?

To dla Polaków taki karnawał, po którym nadejdzie przednówek i post?

Tak. W dodatku tym razem jesteśmy absolutnie pewni, że ten post nadejdzie. Że nie świętujemy zwycięstwa nad wirusem, tylko cieszymy się krótkim przerywnikiem.

Wideo

Materiał oryginalny: Marcin Duma: Na politykę w tej chwili tylko zerkamy. W sercach mamy dziki strach przed czwartą falą i powrotem restrykcji - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie