Czystka w rządzie Ewy Kopacz miała na celu „odcięcie się” od taśmowej spuścizny po premierze Tusku, rodzaj rytualnego zamknięcia sprawy. W praktycznie oznaczała przyjęcie warunków podyktowanych przez przeciwnika.

Ogłaszając decyzje o zmianach w swoim rządzie (oczyszczeniu, uzdrowieniu?!) premier Kopacz rezolutnie oświadczyła, że nie pozwoli, aby tego rodzaju operacje odbywały się pod dyktando taśm. Trudno o mniej wiarygodne zapewnienie! Pani premier chyba nie chciała, abyśmy przyjęli, że „przemeblowanie”, podjęte w ślad za wyciekiem akt śledztwa w sprawie tzw. afery taśmowej nie ma z aferą nic wspólnego. Przeczyłyby temu zresztą dalsze wyjaśnienia samej premier i rzeczników strony rządowej, według których chodziło o „odcięcie się” od taśmowej spuścizny po premierze Tusku, rodzaj rytualnego zamknięcia sprawy taśm poprzez poświęcenie winnych narażenia się na nielegalne nagrywanie - a pech chciał, że odbywało się to akurat w toku nieformalnej wymiany myśli, jakie nawiedzają polityków (zresztą czy tylko polityków) w czasie konsumpcji ośmiorniczek i drogich win. Taki akt oczyszczenia miałby umożliwić zrekonstruowanemu rządowi zajęcie się troskami szarego obywatela i walkę o utrzymanie topniejącego elektoratu Platformy Obywatelskiej.
Point de rêveries, Madame! Prokurator generalny Seremet zeznał w sejmowej komisji służb specjalnych, że na aferę taśmową składa się ponad 100 nagrań „obciążających” – w społecznym odczuciu – jakieś 90 osób. Z tego urobku na pewno da się jeszcze wybrać sporo cytatów, dających się użyć przeciwko autorom nagannych wypowiedzi. A tak się składa, że dotychczas ogłaszane fragmenty są wymierzone przeciwko członkom ekipy rządzącej. Nie ma więc wątpliwości, że ci co nagrywali, a zwłaszcza ci co publikowali co smakowitsze kąski nagrań nie należą do przyjaciół Platformy Obywatelskiej. Dlaczego po kosmetycznym zabiegu, mającym symbolizować odcięcie się „zdrowego trzonu” tej partii od moralnej zgnilizny niektórych jej członków ci zaczajeni wrogowie mieliby zrezygnować z tak cudownie prostego, a skutecznego sposobu wpływania na jej losy – w konkretnej sytuacji na jej szanse wyborcze?

Czystka pod dyktando przeciwnika

Przeprowadzając czystkę rządu, premier Kopacz praktycznie przyjęła warunki podyktowane przez przeciwnika dysponującego nielegalnymi nagraniami i udoskonalone przez pisowską opozycję. Innowacja polega na tym, że podstawą do wysuwania oskarżeń i propagandowych ataków stało się nie to co rzeczywiście powiedzieli niefortunni goście restauracji „Sowa i Przyjaciele”, tylko to co chcieli usłyszeć ich krytycy, których krąg z biegiem czasu niebezpiecznie się powiększał, aż stawały się własnością szerokich kręgów opinii publicznej.
Modelowym przykładem takiej interpretacyjnej obróbki jest nagranie rozmowy szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Banku Centralnego Markiem Belką. Pomijając formy wypowiedzi i i okoliczności w jakich padały, wymiana zdań między obu biesiadnikami na temat możliwości „poluzowania” polityki pieniężnej niczym się nie różniła co do meritum od dyskusji nad polityką monetarną Rezerwy Federalnej USA, w wyniku której zaczął się przed paru laty masowy druk dolarów zasilających gospodarkę amerykańską (a pośrednio także innych krajów). Jeżeli prezydent Obama nie spotkał się z zarzutami, że jedynym celem tej gigantycznej operacji było zdobycie głosów wyborców dla partii demokratycznej, to tylko dlatego, że przyniosła ona ożywienie gospodarki i w tych okolicznościach trudno byłoby podnosić zarzuty, że te dolary drukowano wyłącznie dla podreperowania pozycji prezydenta i jego partii. W Polsce niejasne napomknienia w rozmowie Sienkiewicza z Belką o możliwości zastosowania podobnego mechanizmu ściągnęło na nich oskarżenie o spisek, mający na celu wsparcie PO w walce o utrzymanie władzy kosztem destabilizacji finansów państwa. Zaczęły się wołania o dymisje. Pryncypialnym krytykom obu dygnitarzy dymisje wydawały się zresztą karą zbyt łagodną. Żądali trybunału stanu.

Napuszczanie prostego człowieka

Wręcz katastrofalne efekty propagandowe przyniosły wynurzenia wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej na temat wynagrodzeń wysokich urzędników państwowych – nędzne, w jej opinii. Nie jest to pogląd odosobniony. Głosi on, że zbyt skąpe wynagrodzenia zmuszają sługi państwa do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodów, albo wręcz wystawiają ich na pokusy korupcyjne. W rozmowie z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem wynagrodzenie w sumie 6 tys. złotych uznała za niewystarczające również Elżbieta Bieńkowska. Dotąd wszystko się zgadza. Dalej wszystko nieprawda. Z dalszych fragmentów wypowiedzi, co prawda dalekich od klarowności, nieprzyjaźni komentatorzy wyrozumieli i podali do wiadomości opinii publicznej, że wicepremier obraziła ogół zwykłych Polaków twierdząc, że za taką sumę mogą pracować tylko idioci albo złodzieje czyli przytłaczająca większość narodu. W tej rozmowie większość narodu, a już najmniej prości ludzie, w ogóle nie znaleźli się w sferze zainteresowania obojga rozmówców. Sześć tysięcy złotych nie wystarcza na przyzwoite życie znajomej Bieńkowskiej, a gotowych pracować za takie wynagrodzenie uważają za idiotów albo złodziei koledzy z uczelni owej pani, najwidoczniej zarabiający o wiele więcej niż ona. W dalszej części rozmowy Bieńkowska i Wojtunik pochylają się nad „klepiącymi biedę” wiceministrami, z czego można wydedukować, że również znajoma Bieńkowskiej należy raczej do kategorii niezadowolonych z uposażeń funkcjonariuszy, a nie zwykłych ludzi, zarabiających o wiele mniej. Sposób, w jaki spreparowano, prawda, ekstremalnie skrótowe i bardzo obcesowe wypowiedzi wicepremier Bieńkowskiej, nie ma nic wspólnego z troską o prostego człowieka, a wiele z napuszczaniem prostego człowieka na zdemoralizowanych funkcjonariuszy państwa.
Na „taśmach” można znaleźć też obfity materiał na dowód pogardy ludzi władzy dla prostego człowieka i pławienia się w niedostępnych dla niego luksusach. Do rangi symbolu urosły osławione ośmiorniczki. Nic to, że – jak później odkryli dociekliwi dziennikarze – jest to akurat produkt tani i ogólnie dostępny. Symbole nie mają ceny.

Upolityczniona żona Cezara

Zapisy, gęsto poprzetykane „ brzydkimi słówkami” i przekleństwami są ulubionym pretekstem do obtrząsania się nad moralną i obyczajową nędzą wybranej ofiary, od czego łatwe przejście do totalnego potępienia, żądania przeprosin, dymisji, usunięcia się z życia publicznego. Wszak polityk, funkcjonariusz państwa winien być czysty jak żona Cezara! To alegoryczne zawołanie stało się w ustach rzeczników opozycji knutem do biczowania zdemoralizowanego rządu, a zarazem stłumiło wszelkie odruchy obrony w obozie rządzącym, który wreszcie poczuł się zmuszony do odprawienia obrządku puryfikacji swoich szeregów w nieosiągalnym, jak wykazuje praktyka polska i międzynarodowa, dążeniu do sformowania ekipy z samych „żon cezara”.
Praktycznym skutkiem takiego podejścia jest kadrowe wykrwawianie się aparatu rządzenia platformerskiej proweniencji. Jaskrawym tego przykładem jest spektakularne załamanie kariery byłego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. „To był dobry minister – wzdychają jego partyjni koledzy – ale to nagranie…”. W trakcie ucieczki od skutków tego nagrania Sikorski przestał być ministrem spraw zagranicznych, by z niezrozumiałych względów objąć funkcję marszałka Sejmu, z której musiał – rzekomo dla dobra swojej partii – zrezygnować. Nie koniec na tym: dwaj jego koledzy (rywale?) z ław rządowych, wicepremier Siemoniak i minister Schetyna podali publicznie w wątpliwość możliwość jego kandydowania w najbliższych wyborach do Sejmu.
Zapoczątkowana przez premier Kopacz czystka własnych szeregów grozi rozszerzeniem się poza granice Polski. Oto rozlegają się nawoływania, żeby była wicepremier, dziś komisarz KE Elżbieta Bieńkowska (także zaliczania do zdolniejszych członków rządu Tuska) nie tylko przeprosiła biednych Polaków, zawiedzionych w swych aspiracjach konsumpcyjnych, ale po prostu zrzekła się wysokiej funkcji zajmowanej w Brukseli. Ba, tego samego zażądali niektórzy, zapewne czystsi od żony Cezara, radykałowie z obozu opozycyjnego od byłego premiera Tuska, dziś przewodniczącego Rady Europejskiej. W obecnej chybotliwej sytuacji w strefie euro i w obliczu bankructwa jej frywolnego członka, Grecji, brakuje nam tylko dymisji prezesa Banku Centralnego Marka Belki.

Błąd Tuska

Osieroceni przez byłego premiera działacze PO wypominają mu, że po wybuchu afery nie przeprowadził czystki, na jaką zdecydowała się, ich zdaniem zbyt późno, jego następczyni. Uważają (podpowiadają im to propagandyści obozu przeciwnego), że popełnił błąd. Gdyby w porę poświęcił kolegów „trafionych” przez tajemniczych inicjatorów nagrywania, całej aferze udałoby się szybko ukręcić łeb. Na czym opierają się takie kalkulacje skoro do tej pory nieznana jest pełna treść nagrań i nie ma gwarancji, że w stosownym czasie nie pojawią się nowe? Trudno bowiem przyjąć, że umiejętność podsłuchiwania polityków posiadł jedynie biznesmen Falenta i dwaj kelnerzy.
Obrona przed tego rodzaju wpadkami winna polegać na ich unikaniu i kultywowaniu ascetycznego trybu życia, ale, skoro już się zdarzyły, nie może też polegać na skwapliwym spełnianiu oczekiwań szantażystów. Błąd Tuska nie polegał na podjęciu decyzji odrzucenia szantażu, tylko na niepodjęciu choćby próby przeciwstawienia się budowaniu alternatywnej rzeczywistości, w której nielegalne nagrania, nie darmo nazywane przez atakującą opozycję taśmami prawdy, stają się podstawowym kryterium oceny wieloletniej działalności politycznej i źródłem wiedzy o funkcjonowaniu polskiego państwa.
Atakowanie z użyciem oręża „taśm” nie jest wyłączną domeną polityków PiS i ich akolitów. Po to narzędzie chętnie sięgają też inni. Zastanawiający jest zwłaszcza żywy udział w kampanii przeciw nagranym politykom PO aktywistów SLD, natarczywie domagających się dymisji rządu. Stawia ich to w rzędzie użytecznych idiotów, jako że jest oczywiste, że nie oni byliby beneficjentami jego upadku.
Duże zasługi dla utrwalenia aberracyjnego kodeksu, na podstawie skazuje się na polityczny niebyt ludzi często zasłużonych dla kraju, w świadomości społecznej mają środki masowego przekazu. Kiedy komentatorka najpierwszego garnituru komentatorów politycznych w jednej z najbardziej opiniotwórczych stacji telewizyjnej dopytuje się rozmówcy, czy uważa, że Elżbieta Bieńkowska powinna przeprosić za swoje wypowiedzi w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, przyjmuje za fakt, że Bieńkowska obraziła. Nie widzi potrzeby wyjaśniania, kogo konkretnie i czym. Po prostu, oburzonemu całą tą aferą społeczeństwu przeprosiny się należą.
Kiedy widzimy zasiadających w studiu telewizyjnym polityka Platformy i polityka PiS, czy - nawet częściej – zabiegających o łaski Prezesa outcastów, pierwszy zwykle tłumaczy się, przeprasza i deklaruje poprawę, drugi – pogodnie informuje milionową rzeszę telewidzów o tym, co wyczytał w taśmach i ani mu w głowie przepraszać za cokolwiek. A przemawia w imieniu partii, w której nie zabrakło drobnych malwersantów, niejasnych manipulacji polskim kapitałem, a nawet skazanego na więzienie wiceprezesa.
W tych okolicznościach trudno doprawdy wierzyć w deklaracje o nowym otwarciu, gotowości do walki o zwycięstwo w nadchodzących wyborach, zwartości partyjnych szeregów, składane przez panią premier. Przepraszanie, nawet za winy ewidentnie popełnione, jest złym sposobem obrony przed atakami, w których nie liczy się prawda.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!