Kilka miesięcy temu na łamach „Studia Opinii” opublikowałem tekst "Wnuki dzieci wojny". Został przychylnie, licznie skomentowany. I jedna z opinii, może najbardziej krytyczna, że zbytnio upraszczam, skłoniła mnie do refleksji.

Kilka miesięcy temu na łamach „Studia Opinii” opublikowałem tekst Wnuki dzieci wojny. Został przyjęty przychylnie, licznie skomentowany. I jeden z owych komentarzy, może najbardziej sceptyczny ze wszystkich, krytyczny, że moje spojrzenie na całe pokolenia jest jednostronne, że zbytnio upraszczam, skłonił mnie do refleksji. Zacząłem się zastanawiać.

Pisząc, a raczej kiedy tamten tekst mi się pisał, chodziło mi o zaledwie, a może aż, poruszenie kwestii mentalnego wychodzenia całego ciągu pokoleń PRL-u z wojny (również wychodzenia do wolności!); o pokazanie, o dotarcie do istoty owego wychodzenia przy pomocy kilku prozaicznych obserwacji wyjętych z codziennego życia, dodatkowo przepuszczonych przez pryzmat refleksji własnych i lektur.

I właśnie jedną z owych moich konstatacji, a raczej wnioski wyciągnięte z niej, w owym komentarzu zakwestionowano. Nie zmieniło to mojego punktu widzenia. Nie uznałem, że zaistniało realne ryzyko zawalenia się konstrukcji, którą na tak pozornie kruchym fundamencie zbudowałem, napisałem. A jednak, pomimo to, zacząłem się zastanawiać.

Przypadłość irracjonalnego gromadzenia wszystkiego na zapas, a także przykładanie wagi do każdej, nawet w dzisiejszej rzeczywistości śmieciowej rzeczy i gromadzenie ich w często monstrualnej skali, autor wspomnianego zakwestionowania przypisał wcale nie syndromowi przeżycia wojny, a po prostu starczej przypadłości „aberracji psychicznej”. Uznałem to za całkiem zasadne, nie pozbawione sensu, ale przy tym paradoksalnie jeszcze mocniej odkrywające warstwę znaczeniową materii, którą zaledwie domyślnie poruszyłem w tekście.

Wojna równa się przecież bieda

Bo jednak aberracyjne (nie tylko) starczych zapasów gromadzenie w PRL-u zwyczajnie trzeba w prostej linii wyprowadzić z wojny. Jeśli wojna równa się bieda.

Jak dobrze bywa poczytać!

Moje kolejne lektury już po napisaniu Wnuków dzieci wojny, tj. Rozmowy w Dragonei między Gustawem Herling-Grudzińskim i Włodzimierzem Boleckim, oraz przypomnienie sobie Orneli Vorpsi Kraju, gdzie nigdy się nie umiera, oraz Ręki, której nie kąsasz (Ostatnią z wymienionych pozycji ktoś nazwał „małą wielką książką”.), przyniosły mi niekwestionowane potwierdzenie trafności moich obserwacji i wniosków.

Wojna równa się przecież bieda

Otóż Herling mimochodem, jakby to było absolutnie oczywiste, wspomina w Rozmowach w Dragonei, byłych łagierników w Korpusie Andersa, którzy zupełnie irracjonalnie, aberracyjnie, obłędnie kupują w wojsku na zapas całe fury codziennego chleba, który potem - jak opisuje diarysta z Neapolu – układają starannie w prawdziwe stosy w namiotach pod swoimi łóżkami. Żeby aby nie zabrakło im chleba powszedniego!

A przecież wówczas - w 1943 roku - nie są dzisiejszymi starcami.

Ile dziś na śmietnikach ląduje ton tak pożądanego w czasie wojny chleba? A pamiętam jeszcze z PRL-u blok mieszkalny w Bydgoszczy. W nim, w klatce schodowej na półpiętrze wisiał zielony pojemnik na suchy chleb. Rolnicy, gospodarze zabierali na wieś stare, zasuszone pieczywo, karmiąc nim inwentarz. Coś mi się nawet przypomina, że ów pojemnik był bodaj pod jakąś specjalną ochroną. W każdym razie nie zapamiętałem bałaganu wokół niego, ani żadnych dewastacji. Ten kosz służył przez wiele lat.

Teraz nie spotykam takich pojemników. Teraz uważa się za lepsze, preferuje się, sztucznie przyrządzane mieszanki pasz na szybki przyrost. A potem boimy się wściekłych krów.

Biedne dzieciństwo i dorastanie Orneli Vorpsi (rocznik 1968) w ekstremalnej Albanii, kraju, który jawi się w jej książkach jako skrajnie komunistyczny i radykalnie biedny, a przy tym nieodłącznie bałkański. Oddzielony tak od Wschodu jak i Zachodu żelazną kurtyną, zza której przez jakieś niewidoczne szpary coś niecoś z zewnątrz jednak dociera. Na przykład pojedyncze sztuki zakazanej, a tak omdlewająco słodkiej gumy do żucia. Kaczor Donald.

I otóż później u piszącej po włosku małżonce Włocha, kiedy już mieszka w Mediolanie, a potem w Paryżu, przyjaciółki zauważają syndrom wychowania w biednej rodzinie, który sama zainteresowana pojmuje jako piętno, jakie ma wpływ nawet na podejmowanie prozaicznych, codziennych decyzji. Jak na przykład lęk przed wzięciem kredytu, przed zadłużaniem się, że zawsze musi być w porządku.

A przecież Ornela Vorpsi nie jest żadną zdewociałą staruchą, a piękną, inteligentną, pisząca nagradzane książki kobietą, czego jej rówieśniczki, inne kobiety, kobiety Zachodu, mają powód najzwyczajniej zazdrościć. Uroda i inteligencja w jednym kobiecym ciele.

Jej opis celebracji żucia zakazanej w Albanii, omdlewająco słodkiej gumy balonowej, oraz przechowywanie w tajemnicy pozłotka po niej i kolorowego papierka, przywołał mi wprost wspomnienie przez Ryszarda Kapuścińskiego z okupowanego Pińska.

Panuje głód. Dzieci słysząc o dostawie słodyczy do sklepu, w którym kompletnie nic nie ma, ustawiają się w kolejce. Kiedy przychodzi im kupować, okazuje się, że pozostały tylko puste, metalowe pudełka po cukierkach. Ale i je można przecież jakże pożytecznie wykorzystać. Można przecież próżną puszkę po landrynkach, gdzie zaledwie pozostały osiadłe na ściankach słodkie okruchy, resztki, zalać wrzątkiem. I jakiż z tego powstanie pożywny i oniryczny, jak z marzenia sennego, napój!

Z wojny, z biedy.

8 kwietnia 2012

Zarejestruj się i napisz artykuł
Znajdź nas na Google+

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!